Nowości Rodzina

Żyje dzięki bojaźni Bożej

Maj 14, 2018 Świadectwo

Przed kilkunastu laty urodziłam dwoje małych dzieci, chłopczyka i dziewczynkę, i nie planowaliśmy z mężem więcej potomstwa.

Uważałam, że dwójka dzieci w zupełności nam wystarczy, dlatego rozdawałam rzeczy po swoich pociechach. Nie pracowałam, byłam wówczas na urlopie wychowawczym, a mąż mój zarabiał niezbyt wiele, więc kolejne dziecko byłoby dla nas dużym obciążeniem finansowym. Ponadto otrzymałam też wtedy szansę na podjęcie bardzo dobrze płatnej pracy za granicą.

Naraz jednak zaczęłam się źle czuć. Po badaniach wykryto u mnie jakieś anomalie hormonalne i przepisano mi leki.

Ponieważ jednak nie mieliśmy za dużo pieniędzy, nie wykupiłam ich. Którejś nocy nagle dostałam silnego krwotoku. Pojechałam do szpitala. Tam stwierdzono u mnie bardzo silną akcję poronną. Do dziś pamiętam, jak lekarz robiący USG krzyknął:

„Zobaczcie, płód nadal się trzyma, a tak krwawi!”.

Dla mnie był to szok. Wprawdzie w dzień krwotok ustał, ale lekarz powiedział mi, że nic w życiu nie ma za darmo i że są tylko dwie możliwości: albo będzie łożysko przodujące (co jest groźne zarówno dla życia matki, jak i dziecka), albo dziecko może się urodzić z jakąś wadą (najczęściej zdarza się to w obrębie układu kostnego).

To był koniec drugiego miesiąca ciąży, więc zrozumiałam, iż mam jeszcze czas na „usunięcie tego problemu”. Wypisano mnie do domu, a tam czekała już na mnie wspaniała oferta pracy (wysokość kwoty wynagrodzenia przeszła moje najśmielsze oczekiwania); musiałam tylko wypełnić odpowiedni formularz. Dodatkowo mój mąż właśnie się dowiedział, że za kilka miesięcy straci posadę…

Tego było już dla mnie za wiele. Ktoś z mojej rodziny zaproponował wówczas „szybką usługę”:

„Nikt się nie dowie, tym bardziej, że po takim krwotoku było to bardzo prawdopodobne”.

Miałam tylko jedną noc na zastanowienie się, mąż nic o tym nie wiedział. Nocy tej nie zapomnę nigdy… Rozwiązanie problemu wydawało się przecież takie proste i leżało niemal w zasięgu ręki – a zaraz potem wymarzona praca, dużo pieniędzy, no i spokój, bez płaczu dziecka i ponownie wielu nie przespanych nocy. Mimo to czułam jednak wyraźnie jakiś nieokreślony strach i wyrzuty sumienia.

Przez całą tę noc kołatała mi się w głowie wciąż jedna tylko, uporczywa myśl: jak spojrzę kiedyś Bogu w twarz, co zrobię, jak przed Nim stanę, co Mu wówczas powiem? Była to myśl przerażająca, bo wprost nie mogłam sobie wyobrazić tego, że miałabym Mu wówczas odpowiedzieć:

„zabiłam”…

Jednakże z drugiej strony byłam przecież jeszcze młoda, przed sobą miałam całe właściwie życie, więc – rzekłby ktoś – nad czym tu się zastanawiać?…

Nad ranem myślałam, że zwariuję; stanęłam wtedy przed małym obrazkiem Pana Jezusa i powiedziałam:

„Nie zrobię tego. Urodzę to dziecko, jakiekolwiek by ono było, ale Ty, Boże, pomóż mi je wychować. I ma to być chłopiec, i ma się urodzić w piątek”.

Sama nie wiem, dlaczego postawiłam wówczas Panu Bogu takie – można powiedzieć – ultimatum. Chyba jedynie ze strachu, złości i bezsilności…

Później zaczęły się kłopoty z ciążą. Było dokładnie tak, jak przepowiedział wspomniany wyżej lekarz: łożysko przodujące i związane z tym cały czas problemy. Było mi trudno się poruszać. Mówiłam sama do siebie:

„Jeśli to wola Boża, to będzie tak, jak ma być”.

Często robiono mi wtedy badania, gdyż obawiano się zmian w układzie kostnym dziecka; ja jednak, gdzieś w środku, cały czas miałam przeczucie, że będzie dobrze i że dzieciątko urodzi się zdrowe (chociaż nikt nie mógł mi tego obiecać).

Był to naprawdę trudny dla mnie okres. Mimo wszystko dziecko rosło, a łożysko przesunęło się trochę w bok. Stale jednak mi przypominano, żebym bardzo uważała na siebie, ponieważ w razie oderwania się łożyska lekarze mogą nie zdążyć uratować ani mnie, ani dziecka…

Nareszcie nadszedł dzień porodu. Odbył się on dość szybko, w znieczuleniu zewnątrzoponowym. I choć nie było łatwo, dziecko na szczęście urodziło się zdrowe – był to chłopiec, a do tego przyszedł na świat w piątek, i to równo o godz. 15. Fakty te jednak skojarzyłam znacznie później, gdyż wtedy zupełnie zapomniałam o swoim „ultimatum” dla Pana Boga.

Do dziś łzy napływają mi do oczu, kiedy staję nad łóżeczkiem swojego synka: mogło go przecież nie być i nigdy bym go nie przytuliła, ani nawet nie ujrzała… I do dzisiaj również dziękuję Bogu za dar bojaźni Bożej, ponieważ to właśnie ta obawa przed spotkaniem twarzą w twarz z Panem Bogiem uchroniła mnie od tej strasznej decyzji o dokonaniu aborcji.

A już w kilka miesięcy po porodzie dostałam dobrą pracę, mąż mój zaś znalazł zatrudnienie w innej firmie. Przez cały czas czułam, że ktoś tam „na górze” stale się nami opiekuje. Było to tak wyraźnie wyczuwalne, takie piękne i cudowne – po prostu tak jakby ktoś zawsze szedł przed nami z tarczą i nas osłaniał, a potem przytulał do swego serca. Nie potrafię tego opisać, ale dużo bym dała, aby ten okres znów powrócił – i to w takiej sile i mocy jak wówczas.

Dzisiaj mój syn jest dużym chłopcem; często mam wrażenie, że przez cały czas chce mi coś wynagrodzić, choć przecież o niczym nie wie. Zawsze o mnie pamięta, stale o mnie dba i wyprzedza moje pragnienia, mimo że sam jest jeszcze dzieckiem – dzieckiem, które żyje dzięki Bożej bojaźni.

Maria Krystyna

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Życie jest cudemW objęciach Boga.  Rachunek sumienia dla narzeczonych i małżonkówWybierz więc życie