Młodzież

Życie czy śmierć – co wybierasz?

Kwi 19, 2016 ks. Marek Dziewiecki

Chrystus pragnie, aby Jego radość w nas była i aby nasza radość była pełna. On wie, że własną mocą takiej radości nie osią­gnie­my. Żyjemy bowiem w świe­cie, który moż­na porównać do krzywej pod­ło­gi. Podłoga naszego życia jest po grzechu pier­wo­rod­nym bardzo po­chy­lo­na w kie­run­ku ne­ga­tyw­nym. Aż tak bar­dzo, że łatwiej przy­cho­dzi nam czynić zło, którego nie chcemy, niż dobro, któ­re­go pragniemy.

To pochylenie w kie­run­ku zła, to we­wnętrz­ne zranienie czło­wie­ka spra­wia, że naszą sytuację ży­cio­wą możemy porównać rów­nież do sy­tu­acji pasażerów na tonącym „Titanicu”. Część z nich nie zdaje sobie w ogóle sprawy z gro­żą­ce­go im nie­bez­pie­czeń­stwa. Część lek­ce­wa­ży zagrożenie. Nie­któ­rzy próbują wal­czyć o prze­trwa­nie, ale brakuje im wy­trwa­ło­ści, motywacji, siły. Tylko nieliczni są czuj­ni i roz­trop­ni. Nie poddają się trudnej sy­tu­acji. I tylko oni zostaną uratowani. Sta­je­my nie­ustan­nie wobec konieczności wy­bo­ru. W na­szym życiu nie ma ziemi neu­tral­nej. Na­szy­mi de­cy­zja­mi i za­cho­wa­nia­mi wcho­dzi­my na dro­gę życia i wiecz­ne­go szczę­ścia w nie­bie lub na drogę śmier­ci i wiecz­ne­go po­tę­pie­nia.

Z Rokiem Jubileuszowym związana jest symbolika świętych drzwi, sym­bo­li­ka bramy sprawiedliwości. Tą bramą jest dla nas sam Chrystus. Niestety, cza­sa­mi wy­bie­ra­my inne bramy: bramy grze­chu i nie­szczę­ścia. Nie dlatego, że chcemy być ludź­mi nieszczęśliwymi, lecz dlatego, że bra­my zła potrafią przy­brać pozór dobra, że potrafią nas ocza­ro­wać iluzjami ła­twe­go szczęścia. Jed­nak po oczarowaniu przy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­nie i cierpienie. Przy­pa­trz­my się bliżej tym groźnym bra­mom.

Brama doraźnej przyjemności

Tylko ludzie niedojrzali kierują się za­sa­dą przyjemności, natomiast czło­wiek doj­rza­ły kieruje się zasadą re­ali­zmu. Kto nie prze­cho­dzi takiej prze­mia­ny, ten za­trzy­mu­je się na poziomie ma­łe­go dziec­ka i wchodzi na drogę za­bu­rzeń psy­chicz­nych. Kie­ro­wa­nie się do­raź­ną przy­jem­no­ścią oznacza bo­wiem, że dany czło­wiek czyni to, co ła­twiej­sze, a nie to, co war­to­ściow­sze. Ktoś, kto kieruje się je­dy­nie logiką przy­jem­no­ści, nie jest zdolny do tego, żeby kochać i być od­po­wie­dzial­nym. Nie jest zdolny do wierności i wy­trwa­ło­ści. Co gor­sza, stop­nio­wo staje się coraz bar­dziej nie­wol­ni­kiem ciała, popędów, ego­izmu, wy­god­nic­twa. Wchodzi w coraz bar­dziej bo­le­sny kon­flikt z samym sobą, z dru­gim czło­wie­kiem i z Bogiem. A chcąc uciec od to­wa­rzy­szą­cych kryzysowi bo­le­snych emocji, sięga po al­ko­hol, nar­ko­ty­ki, leki psychotropowe. W ten spo­sób brama do­raź­nej przyjemności prze­mie­nia się nie­po­strze­że­nie w bramę nie­wo­li, cier­pie­nia i śmier­ci. Jakże wielu ludzi w na­szych cza­sach, zwłaszcza mło­dych, staje się ofiarą bramy doraźnej przy­jem­no­ści.

Brama naiwności i mi­łych iluzji

Jest to druga z bram, która pro­wa­dzi do śmierci. To właśnie ludzka na­iw­ność stała się podstawą grzechu pier­wo­rod­ne­go. Pierwsi ludzie okazali się aż tak skraj­nie naiwni, że zaufali sza­ta­no­wi bardziej niż Bogu. Uwierzyli, że Bóg chce ogra­ni­czyć ich wolność i bro­ni im dostępu do pełni szczęścia. Oka­za­li się bezkrytyczni wobec pokusy. Uwierzyli, że poza Bo­giem, własną mocą, osiągną szczęście. Uwierzyli, że mogą być dobrym sędzią we własnej sprawie. Okazało się, że własną mocą potrafią jedynie czynić zło i ukry­wać się przed Bogiem.

Czasami się buntujemy, że przy­cho­dzi nam ponosić konsekwencje grzechu pier­wo­rod­ne­go. A przecież każdy z nas po­wta­rza dramat grzechu pier­wo­rod­ne­go za każdym razem, kiedy ulega na­iw­no­ści, gdy oszukuje sam siebie, gdy po­zwa­la, by nim manipulował współ­cze­sny wąż oszustwa i przewrotności. Kiedy zgrze­szy­my, ale uczci­wie przyznajemy się do winy, mamy szan­sę się nawrócić. Gdy natomiast zgrze­szy­my i wmawiamy so­bie, że po­stę­pu­je­my słusz­nie, wtedy sami pozbawiamy się szan­sy na nawrócenie. Oszukiwanie sa­mych siebie stało się epi­de­mią naszych cza­sów. Coraz trudniej odróżniamy to, co nas roz­wi­ja, od tego, co nas krzywdzi i nisz­czy. Istnieje wiele modnych wręcz form na­iw­no­ści oraz uciecz­ki od praw­dy o czło­wie­ku. Przy­kła­dem ogromnej naiwności może być kie­ro­wa­nie się przez wielu mło­dych ludzi su­biek­tyw­ny­mi prze­ko­na­nia­mi. Oto przy­kład ty­po­wych iluzji: niektórzy z nastolatków w rozmowie ze mną stwier­dza­ją, że chcą w przyszłości założyć ro­dzi­nę, ale uwa­ża­ją, że małżeństwo wcale nie musi być nierozerwalne. Kiedy w ich przy­szłym życiu małżeńskim pojawią się jakieś trud­no­ści, wtedy mogą po prostu wziąć roz­wód. W obliczu takiego ro­zu­mo­wa­nia sta­wiam im bardzo proste pytanie: „a więc nie mielibyście nic przeciwko temu, gdy­by ju­tro wasi rodzice po­wie­dzie­li wam, że się rozwodzą?” Ogrom­na większość mło­dych przyznaje wte­dy, że byłby to dla nich wiel­ki dramat i że nie chcą nawet do­pusz­czać do siebie takiej myśli. W ten sposób uświa­da­mia­ją sobie, jak naiwne były ich do­tych­cza­so­we poglądy na te­mat ro­ze­rwal­no­ści małżeństwa.

Kolejny przykład naiwnego my­śle­nia to przekonanie sporej grupy mło­dych lu­dzi, że do zawarcia szczęśliwego mał­żeń­stwa wystarczy to, iż ona i on się ko­cha­ją. Tym­cza­sem sama miłość tu nie wy­star­czy! Sama miłość może wy­star­czyć do oka­za­nia ko­muś przyjaźni. Założenie mał­żeń­stwa i ro­dzi­ny wy­ma­ga jednak cze­goś wię­cej. Wy­ma­ga dojrzałej oso­bo­wo­ści. Wy­ma­ga we­wnętrz­nej wolności i od­po­wie­dzial­no­ści. Wymaga szla­chet­ne­go charakteru i wraż­li­wo­ści moralnej. Wy­ma­ga na­by­cia okre­ślo­nych umie­jęt­no­ści, po­trzeb­nych w życiu rodzinnym, za­wo­do­wym i spo­łecz­nym. Wymaga zdol­no­ści do utrzy­ma­nia rodziny oraz do od­po­wie­dzial­ne­go wy­cho­wa­nia własnych dzie­ci. Moż­na być przy­ja­cie­lem czło­wie­ka chorego psychicznie albo al­ko­ho­li­ka czy nar­ko­ma­na, który na­dal sięga po sub­stan­cje uzależniające. Nie można jed­nak ko­goś znajdującego się w takiej sy­tu­acji wy­brać na współmałżonka i ro­dzi­ca swoich dzieci, gdyż dopóki dana oso­ba trwa w ta­kim stanie, dopóty nie może dojrzale wy­peł­nić obowiązków mał­żeń­skich i ro­dzi­ciel­skich. Nawet jeśli ko­cha bardzo szcze­rze.

Brama naiwności jest bardzo sze­ro­ka i początkowo miła. Wprowadza bo­wiem w miłe iluzje o istnieniu łatwego szczę­ścia, o tym, że można żyć na luzie i być szczę­śli­wym, o tym, że możemy po­ra­dzić sobie w życiu bez Boga, bez autorytetów, bez zasad moralnych, bez stawiania so­bie wy­ma­gań. W uleganiu tego typu tok­sycz­nym złudzeniom „po­ma­ga­ją” mło­dym cy­nicz­ni dorośli, któ­rzy próbują zbi­jać ma­jąt­ki na słabości i naiwności dziew­cząt i chłop­ców, sprze­da­jąc im alkohol, nar­ko­tyk, pa­pie­ro­sy, pornografię, filmy prze­mo­cy, tok­sycz­ne psychicznie cza­so­pi­sma, za­chę­ca­jąc ich do kierowania się doraźną przy­jem­no­ścią i do tolerowania wszyst­kie­go. Zwłasz­cza do tolerowania zła. W ten spo­sób brama naiwności łączy się z bra­mą doraźnej przyjemności i oka­zu­je się drogą do cierpienia oraz nie­szczę­ścia.

Brama zawężonych pragnień

Jest to kolejna brama, do której za­pra­sza nas szatan. Jest ona równie groź­na jak dwie poprzednie. Każdy czło­wiek rodzi się z bogactwem pragnień, ma­rzeń i aspiracji. Już małe dzieci mają mnó­stwo nadziei i planów na przyszłość. Okres dorastania jest czasem budzenia się in­ten­syw­nych pragnień i po­szu­ki­wa­nia ide­ałów. Marzymy o tym, żeby kochać i być ko­cha­ny­mi, aby być silnymi, szcze­ry­mi, uczci­wy­mi, aby założyć piękną, szczę­śli­wą ro­dzi­nę, by żyć w przy­jaź­ni z Bogiem i w zgodzie z samym sobą, by cieszyć się uznaniem innych, by mieć licz­ne za­in­te­re­so­wa­nia, pasje, hobby. Pra­gnie­nia, aspi­ra­cje i ideały stają się źró­dłem radości i entuzjazmu. Czy­nią nas silnymi. Po­sze­rza­ją ho­ry­zon­ty. Po­bu­dza­ją do wysiłku. Mobilizują. Po­zwa­la­ją nam prze­trwać trudne chwile i pod­trzy­mać na­dzie­ję. Niestety, w miarę upły­wu lat nasze pragnienia i aspi­ra­cje ule­ga­ją zu­bo­że­niu. Wiąże się to z prze­ży­wa­ny­mi roz­cza­ro­wa­nia­mi w ro­dzi­nie, szkole, otoczeniu, z do­świad­cza­niem własnych słabości, za­nie­dbań i błę­dów. Nieszczęście za­czy­na się wte­dy, gdy następuje dramatyczne zu­bo­że­nie, nie­mal uśmiercenie pra­gnień. Zdarza się tak, że początkowe bo­gac­two pragnień i ide­ałów zostaje za­wę­żo­ne do kilku za­le­d­wie, a czasem do jed­ne­go pra­gnie­nia. Są lu­dzie, dla których jedynym pra­gnie­niem jest już tylko posiadanie pie­nię­dzy, al­ko­hol, seks, narkotyk. W takiej sytuacji czło­wiek sta­je się nie­wol­ni­kiem tych nie­licz­nych pra­gnień, które mu jesz­cze po­zo­sta­ły. Dzie­je się tak dla­te­go, że pragnienia te po­chła­nia­ją całą jego ener­gię ży­cio­wą i wy­da­ją się nie­zwy­kle atrak­cyj­ne, gdyż czło­wiek z ka­le­ki­mi aspi­ra­cja­mi nie wi­dzi już innej drogi do szczę­ścia.

Konsekwencją każdego za­wę­że­nia pragnień jest najpierw znie­wo­le­nie, a po­tem dramatyczne cierpienie. Czło­wiek uzależniony cierpi w dwóch sytuacjach: gdy nie zdobył rzeczy, od któ­rej się uza­leż­nił, oraz gdy… tę rzecz zdo­był. Cierpi więc zawsze. Jeśli się uza­leż­nił od po­sia­da­nia pieniędzy, to cier­pi, gdy ich nie ma. Ale gdy zdo­bę­dzie pieniądze, to szyb­ko odkrywa, że nadal nie jest szczęśliwy. Wyciąga wte­dy wnio­sek, że… musi zdo­być więcej pie­nię­dzy. Poświęca więc na­dal wszyst­ko, byle tylko zdobyć jesz­cze więcej pieniędzy, i znów przekonuje się, że nie jest tak szczę­śli­wy, jak tego ocze­ki­wał. I znowu wy­cią­ga wnio­sek, że do szczęścia potrzeba mu w takim razie jesz­cze więcej pie­nię­dzy. Jest tak o­wład­nię­ty żądzą po­sia­da­nia pie­nię­dzy, że do śmier­ci może nie wyciągnąć oczy­wi­ste­go wniosku, iż same pie­nią­dze nie wystarczą do tego, by być szczę­śli­wym.

Chrystus wie, że każdy z nas jest zagrożony przez po­ku­sy wchodzenia w bramy doraźnej przyjemności, na­iw­no­ści i zawężonych pragnień. On przy­szedł po to, by­śmy uwolnili się od tych po­kus, które łudzą łatwym szczę­ściem i które w rzeczywistości prowadzą do ła­twe­go nie­szczę­ścia. Chrystus wie, że każdy z nas potrafi uczynić z wła­sne­go życia drogę krzyżową, drogę grzechu i cier­pie­nia. Dlatego obwołuje rok łaski od Pana, dlatego przy­cho­dzi jako Zba­wi­ciel, jako nasza droga, prawda i ży­cie. On uczy nas re­ali­zmu. Przypomina nam, że po grzechu pier­wo­rod­nym mamy tylko dwie możliwości: szukać ła­twe­go nieszczęścia lub trud­ne­go szczę­ścia. On jest bra­mą wą­ską, stawiającą trudne wy­ma­ga­nia. Ale jest jed­no­cze­śnie bramą pro­wa­dzą­cą ku ży­ciu w mi­ło­ści, prawdzie i wol­no­ści.

Ojciec Święty przypomina nam, że „Rok Ju­bi­le­uszo­wy jest jakby za­pro­sze­niem na ucztę weselną” (IM,4). Jest uro­czy­stym zaproszeniem na ucztę Zba­wi­cie­la. Chry­stus przyszedł na ziemię po to, ażeby zaprosić nas na ucztę swo­jej miłości: tej bezwarunkowej, wiernej i nie­odwo­łal­nej. Na ucztę przyjaźni, wierności, radości. Na ucztę wy­ba­wie­nia od wszystkiego, co nas niepokoi, krzywdzi, boli, co odbiera nam radość życia i co zagraża naszej przy­szło­ści (por. Łk 14,15-24). Jednocześnie On sam nam uświa­da­mia, że na tej ziemi wiele osób i środowisk kie­ru­je do nas zaproszenia na inne uczty. Na uczty znacz­nie mniej­szej miłości: tej niewiernej, niepłodnej i od­wo­łal­nej. Na uczty egoizmu, agresji, naiwności… Na uczty al­ko­ho­li­zmu, narkomanii, pornografii… Na uczty, które kończą się cier­pie­niem, utratą wolności, roz­go­ry­cze­niem. Na uczty tru­ją­ce fizycznie, psychicznie, moralnie, spo­łecz­nie. Łatwo ulec takiemu zaproszeniu, bo są to uczty, na których nie trzeba mieć szaty ludzkiej godności i doj­rza­ło­ści. Są to uczty, które obiecują iluzję łatwego szczę­ścia i per­spek­ty­wę doraźnej przyjemności. Na takie uczty ła­two za­pra­szać i łatwo przyjąć na nie zaproszenie.

Bóg, który zna serce człowieka, wie o tym za­gro­że­niu lepiej od nas samych. Z tego właśnie powodu po­sta­no­wił zaprosić nas na swoją ucztę miłości i radości w spo­sób najbardziej niezwykły: wysyłając do nas swe­go Syna, aby On nas osobiście zaprosił. Jego Syn prze­szedł przez ziemię, wszystkim czyniąc dobrze. Do koń­ca. Do śmierci krzyżowej. Więcej nie mógł już zrobić. Teraz odpowiedź zależy od każdego z nas. Na którą ucztę pój­dę? Kto lub co jest moją drogą, prawdą, ży­ciem? Którą bramą wejdę w dorosłe życie? Którą bra­mą wejdę w nowe tysiąclecie? To najtrudniejsze py­ta­nia i decyzje, przed jakimi stoi każdy człowiek. Jezus nie pozostaje obo­jęt­nym ob­ser­wa­to­rem w obliczu na­szych zmagań, rozterek i po­szu­ki­wań. On nieustannie znajduje ludzi i wy­da­rze­nia, po­przez które ponawia swoje zaproszenie: „Jeśli chcesz, pójdź za Mną na ucztę tej miłości, za którą naj­bar­dziej tęsknisz”.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

koniec-wymowek_218x310 co-czynie-ze-skarbem_218x310 planeta-ludzi_218x310