Nawrócenia Zobacz

Zbawienny wypadek

Paź 01, 2018 Świadectwo

Pewnego dnia, kiedy jak zwykle jeździłam poza wyznaczoną trasą, natrafiłam na warstwę lodu. Upadłam, łamiąc kręgosłup i uszkadzając rdzeń kręgowy…

Urodziłam się w chrześcijańskiej rodzinie, mam troje rodzeństwa. Dzieciństwo i młodość upłynęły mi szczęśliwie: bawiłam się, studiowałam, uprawiałam różne sporty, miałam wielu przyjaciół i zawsze maksymalnie korzystałam z życia.

Na studiach dobrze sobie radziłam. Miałam wtedy wielu chłopaków, w zasadzie zmieniałam ich średnio co dwa lata. Po studiach poszłam do pracy i wyszłam za mąż, ale po ośmiu latach małżeństwa się rozstaliśmy.

Jedna wielka katastrofa

Od tego momentu moje życie stało się bardzo nieuporządkowane, można powiedzieć, że było ono jedną wielką katastrofą. W zasadzie składało się jedynie z nocnych imprez.

Poznałam wtedy chłopaka, który zajmował się organizacją dyskotek. Chodziłam więc z różnymi celebrytami z imprezy na imprezę. To było straszne! Kiedy po imprezie wracałam do domu, myślałam:

„I co teraz? Na co mi to? Po co to wszystko?”.

Czułam się pusta w środku; miałam wrażenie, że nic mi to wszystko nie dawało, nic to nie wnosiło do mojego życia. Kiedy nie imprezowałam, to chodziłam na siłownię, ponieważ wygląd fizyczny był dla mnie bardzo ważny – chciałam mieć idealnie wyglądające ciało! Uwielbiałam też sporty ekstremalne.

Jakby tego było mało, próbowałam też wtedy różnych narkotyków – właściwie nie wiem dlaczego; może po prostu kreowałam się na „łobuzicę”?… Dzięki Bogu nie wkręciłam się w narkotyki na dobre.

Kupiłam sobie wypasiony motor i czarną skórę, zrobiłam tatuaż i piercing. Do tego wszystkiego doszła jeszcze bulimia. To ona sprawiała, że było beznadziejnie: z nikim nie rozmawiałam, nie potrafiłam się otworzyć, czułam się po prostu fatalnie!

Feralny wyjazd

Trzy miesiące po rozstaniu się ze swoim mężem pojechałam ze znajomymi na narty w Sierra Nevada. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle jeździłam poza wyznaczoną trasą – zawsze robiłam wszystko to, co niebezpieczne i zabronione – natrafiłam na warstwę lodu. Upadłam, łamiąc kręgosłup i uszkadzając rdzeń kręgowy…

Zostałam sparaliżowana, choć w momencie wypadku nie byłam tego jeszcze świadoma… Natychmiast na sygnale zabrano mnie karetką do szpitala.

Przez miesiąc byłam w śpiączce, potem przewieziono mnie do innego szpitala i tam się wybudziłam. Byłam kompletnie skołowana, miałam nawet halucynacje.

Kiedy już trochę doszłam do siebie, lekarze zaczęli ze mną rozmawiać o moim stanie zdrowia. Mówili, że nie można powiedzieć, czy w ogóle wrócę do sprawności, a jeśli tak, to w jakim stopniu.

Jesteś w Bożych rękach

Pamiętam, że wtedy pewnego dnia przyszedł odwiedzić mnie mój tato. Usiadł przy łóżku i powiedział:

„Wiesz… Nie wiemy, co się stanie, ale jesteś w Bożych rękach!”.

Aż zaniemówiłam ze zdziwienia! Wtedy byłam daleko od Boga i Kościoła. Co prawda chodziłam czasem na niedzielne Msze św., ale robiłam to rzadko, bo strasznie się na nich nudziłam. Od czasu Pierwszej Komunii Świętej nie byłam też u spowiedzi.

Wiedziałam jednak, że to Bóg mnie stworzył i że to On kocha mnie najbardziej. Wszystko to spowodowało, że gdy usłyszałam, iż odtąd jestem w Jego rękach, wiedziałam, że to najlepsze, co mogło mnie spotkać! Pomyślałam:

„Dobrze, w takim razie od teraz przestaję się martwić o to, w jakim stopniu wrócę do sprawności, ponieważ to On się tym zajmuje. I to, co zadecyduje, będzie dla mnie najlepsze”.

Od tego momentu moja relacja z Bogiem stawała się bliższa.

Pomimo trudnej sytuacji przychodziły mi do głowy same pozytywne myśli.

Stwierdziłam, że skoro przydarzył mi się taki ciężki wypadek, to w zasadzie to nie mogło lepiej trafić, bo trafiło właśnie na osobę, która uwielbia ryzyko – byłam specjalistką od niebezpiecznych przygód – więc pomyślałam sobie, że to dzięki temu może uda mi się przezwyciężyć swoją słabość do ryzyka.

Nawet nie zamartwiałam się specjalnie o to, w jakim stopniu odzyskam sprawność. Wiedziałam, że Bóg nad tym czuwa, i dzięki Niemu czułam się spokojna.

Zapewne również z powodu mojego wcześniejszego stylu życia ten wypadek i paraliż postrzegałam jako danie mi przez Boga szansy, żeby zmienić swoje życie i je uporządkować.

Powrót do normalnego życia

W szpitalu spędziłam jakieś sześć miesięcy. Biorąc pod uwagę to, że całe trzy miesiące leżałam podłączona do wielu urządzeń i patrzyłam w sufit, to pierwszy dzień, kiedy posadzono mnie na wózku, był wspaniały!

Byłam zachwycona i szczęśliwa! Wszystko mnie fascynowało: postępy, jakie robiłam, mój powolny powrót do zdrowia i zwiększanie moich możliwości ruchowych. Wtedy zapragnęłam wrócić do swojego normalnego życia.

Ale kiedy wreszcie wyszłam ze szpitala, znowu zaczęłam żyć jak dawniej – wróciło nocne życie. I chociaż pozornie wszystko było po staremu, to jednak moja relacja z Bogiem uległa odtąd zmianie.

Zaczęłam na przykład chętnie chodzić na Msze św. niedzielne i wracałam z nich zachwycona. Tylko ze spowiedzią nadal miałam ogromny problem. Chciałam się wyspowiadać, jechałam na wózku już nawet w kierunku konfesjonału, ale nagle zawracałam. Miałam wrażenie, że spowiedź nie jest mi do niczego potrzebna…

Kolejne podróże

Po jakimś czasie – pomimo tego, że nadal jeżdżę na wózku – znowu zaczęto proponować mi różne wyprawy.

Pierwszą, na którą pojechałam po wypadku, była podróż do Nepalu – a ja kocham góry! Więc kiedy zaproponowano mi trekking w Himalajach, byłam zachwycona. Było cudownie i spędziłam tam wspaniały miesiąc.

Następnego roku pojechałam do Tanzanii, żeby zdobyć Kilimandżaro, i chociaż nie udało mi się osiągnąć samego szczytu, to i tak było genialnie!

Rok później pojechałam ze swoją asystentką, która jest jednocześnie moją dobrą przyjaciółką, na cały miesiąc do Ekwadoru.

Ale pewnego roku nie miałam żadnych planów na wakacje. Wtedy właśnie zadzwonił do mnie ksiądz, którego znam od dawna, i zaprosił mnie do Kambodży – został tam mianowany biskupem i zajmował się osobami niepełnosprawnymi.

Pokazywał mi zdjęcia z tamtejszymi dziećmi – one są naprawdę cudowne! Dlatego też zdecydowałam się na ten wyjazd i w rezultacie zostałam tam na cały miesiąc, bo zakochałam się w tym miejscu, w dzieciach, w ich uśmiechach, w całej tej pracy i w zaangażowanych w nią całym sercem kapłanach. I tak już od 10 lat każde wakacje spędzam właśnie tam.

Udało mi się także wrócić do jazdy na nartach – mam taki specjalistyczny sprzęt, dzięki któremu mogę zjeżdżać w pozycji siedzącej.

Najważniejsza zmiana

Jednak najważniejsze jest to, że od jakichś pięciu lat bardzo rozwijało się moje życie duchowe: już nie uciekam od spowiedzi i mam nawet stałego spowiednika.

Zaczęłam też uczęszczać na kursy biblijne i adoracje Najświętszego Sakramentu. I nagle, po kilku miesiącach, zdałam sobie sprawę, że się zakochałam…

Zakochałam się w Jezusie! Czułam się cudownie – jakbym fruwała nad ziemią! I nadal fruwam, ale teraz już nieco bliżej ziemi.

To zmieniło całe moje życie. Nagle przestałam być nocnym markiem, zaczęłam częściej wychodzić w ciągu dnia – zamiast go przesypiać – i wstawać rano. Filmy i książki, które wcześniej mi się podobały, zaczęły mnie nudzić. Już coś innego mnie interesowało.

Jakieś trzy lata temu zaczęłam też studiować teologię i bardzo polubiłam swoje życie! Wróciłam również do pracy, a to było dla mnie najtrudniejsze w tym powrocie do normalności.

Wydaje mi się, że to wszystko, co się stało, i to, że czuję się taka szczęśliwa, to zasługa tych wszystkich ludzi, którzy się za mnie modlili i cały czas się modlą.

A kiedy ludzie pytają:

„Skoro tyle się modlisz, to dlaczego nie poprosisz o cud, aby móc znowu chodzić?”,

wtedy ja odpowiadam:

„Ja już dostałam swój cud – otrzymałam szansę na rozpoczęcie nowego, pięknego życia! Chodzenie nie jest mi potrzebne do szczęścia”.

M. Luisa

Tłum. i oprac. Agnieszka Kańduła

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Świadectwo (MM). Alicja Lenczewska (oprawa miękka, mały format)Kochać, cierpieć, wynagradzaćW ramionach Boga