Wiara Zobacz

Zabrał ją zmartwychwstały Pan

Lis 12, 2018 Świadectwo

Ula urodziła się 20 września 1997 roku, odeszła z tego świata 18 września 2013 roku. Była pełna radości, dowcipna, dusza towarzystwa.

Lubiła się przytulać, mówić miłe słówka, ale potrafiła też okazywać emocje zagniewania i buntu.

W szkole Ula była zdolną uczennicą, co potwierdzają świadectwa szkolne i listy gratulacyjne. Wraz z siostrą Magdą należały do wspólnoty Ruchu Światło-Życie przy naszej parafii. To właśnie w niej dojrzewały w wierze i doświadczały miłości oraz obecności Boga.

Kiedyś wychowanie swoich córek przypisałabym sobie i najbliższym. Dziś wiem, że to Bóg jest naszym prawdziwym i jedynym Ojcem, któremu dziękuję za wychowanie i opiekę nad nami.

21 stycznia 2013 roku dowiedzieliśmy się o chorobie Uli – białaczce limfoblastycznej. Przeżyliśmy moment pytań. Pytaliśmy:

„Dlaczego?! Przecież trwamy wszyscy blisko Boga”.

To niemożliwe! Pojawiały się tłumaczenia:

„To taka próba – doświadczenie, przez które musimy przejść”.

Ula znosiła to chyba najlepiej. To ona sama nas uspokajała, byśmy zaufali Panu Bogu. Mówiła, że czasami musimy doświadczać cierpienia; że wtedy uczymy się pokory i cierpliwości.

Ula napisała w swoim świadectwie, że sama choroba nie była męcząca, ale jej długotrwałe, niebezpieczne i uciążliwe leczenie.

Pamiętam, że pierwszym postanowieniem w izolatce szpitalnej było oddanie się Bogu. Postanowiliśmy odmawiać Nowennę pompejańską i jednocześnie prosiliśmy wszystkich o modlitwę w intencji ozdrowienia Uli.

Leczenie sterydami spowodowało bóle kości, kręgosłupa. Widziałam cierpienie w oczach Uli, ale nie roniła łez. Trwała cierpliwie. Pewnego razu poprosiła, bym cały czas modliła się przy niej modlitwą Zdrowaś Maryjo – to ją uspokajało i uśmierzało ból.

Ufaliśmy, że będzie dobrze i Ula wyzdrowieje, byleby wytrwać cierpliwie w leczeniu. Wszystkie święta udawało nam się spędzać w domu. Wtedy były podwójne święta, bo radowaliśmy się tym, że możemy być wszyscy razem. Niestety, na oddziale onkologii dziecięcej mogli przebywać tylko najbliżsi i w pojedynkę z Ulą, ze względu na jej niską odporność.

O pierwszym wznowieniu się choroby dowiedzieliśmy się dzień po Bożym Ciele; wtedy lekarze podjęli decyzję przygotowania Uli do przeszczepu szpiku.

Wraz z Ulą zastanawialiśmy się, co Bóg chce nam przez to powiedzieć. Nie ustawaliśmy w modlitwach.

Pomimo cierpienia Ula nie poddawała się. Chętnie korzystała z lekcji pedagogów szkolnych. Postanowiła uczyć się języka francuskiego, rozwijała swoje zdolności gry na gitarze, śpiewała, w domu spędzała czas, grając również na perkusji.

Postanowiła nie marnować czasu, którego podczas choroby miała bardzo dużo, a zarazem tak mało: niekiedy chemioterapia odbierała jej siły nawet do rozmowy.

Ula znajdowała ukojenie w Bogu. Lubiła rozmawiać z księżmi, korzystała z sakramentów – spowiedzi i Komunii Świętej.

Tego roku rówieśnicy Uli przyjmowali sakrament bierzmowania. Niestety, Ula nie mogła uczestniczyć w tym wydarzeniu wraz z nimi. Ksiądz Marek, kapelan szpitala, powiedział, że w wyjątkowych sytuacjach można za zgodą i pozwoleniem biskupa udzielić takiego sakramentu w szpitalu.

Ula nie chciała odkładać tego na następne lata. Powiedziała, że Jezus obecny w każdym sakramencie uzdrawia mocą swojej miłości. Duchowo wszystkich, którzy Go z wiarą przyjmują, a fizycznie tylko tych, dla których będzie to konieczny etap ich dojrzewania do nieba.

Bierzmowanie odbyło się w gronie najbliższej rodziny w kaplicy szpitalnej. Ula przyjęła imię Świętej Weroniki. Podczas swojej choroby trzykrotnie przyjmowała sakrament namaszczenia chorych. Kiedy pewnego dnia rozpoczęłam modlitwę, prosząc o wyzdrowienie Uli, moja córka powiedziała:

„Mamusiu, proś Boga, abym została uzdrowiona według Jego woli. Bo Bóg może mnie uzdrowić, ale to On zaplanował całe moje życie i może mieć dla mnie inny plan. Jeżeli odrzucę Jego wolę, to na pewno będę cierpieć bardziej albo zejdę na złą drogę.”

Powiedziała, że Bóg zna ją najlepiej i wie, co będzie dla niej dobre, a jeśli będzie chciał ją zabrać do siebie, to nic tego nie zmieni i my musimy Mu zaufać. Dziękowaliśmy za każdy dzień jej życia na ziemi. Pewnego dnia Ula czuła się taka przygnębiona. Zapytałam ją:

„Co się stało?”.

Odpowiedziała że nic, ale chciałaby skorzystać z sakramentu spowiedzi. Wtedy powiedziałam do niej, że leżąc tu, w łóżku szpitalnym, raczej nie nagrzeszyła. Odpowiedziała mi pytaniem:

„A czy Ty, Mamusiu, jak ktoś lub coś Cię zdenerwuje, to nie złościsz się w sercu?”.

I zrozumiałam, że z tych grzechów spowiadałam się podczas spowiedzi powszechnej, lecz rzadko w konfesjonale. Do tamtej pory nie rozumiałam powagi najdrobniejszego grzechu. Ula nauczyła mnie przybliżać się do Boga i uczyć się od Niego miłości.

W izolatce wspólnie czytałyśmy Pismo Święte. Któregoś dnia Ula zaczęła podkreślać w nim poszczególne fragmenty. Podniosłam wtedy głos:

„Co robisz? Pomazałaś Pismo Święte!”.

Wtedy Ula z uśmiechem na twarzy odpowiedziała:

„Mój Bóg i będę z Nim rozmawiała, jak będę chciała”.

Miała rację. Bóg często przez żywe słowo mówił do nas. Od tamtego czasu sama zaczęłam zaznaczać w Piśmie Świętym fragmenty, które budziły moje serce.

Kiedy nowy rzut choroby Uli powtarzał się po każdym bloku chemii, lekarze poinformowali nas o braku możliwości dalszego leczenia. Mówili, że to koniec i czeka nas śmierć.

Ostatni blok chemii miał Ulę zabić – miała już nacieki białaczkowe. Nie mogła łykać śliny. Po podaniu chemii Ula zaczęła przełykać i pić wodę. Nazywałam to działaniem Boga. Z dnia na dzień czuła się lepiej. Wszystko wskazywało na to, że będzie zdrowa.

Wtedy pozwolono nam całą rodziną przebywać – trwać przy Uli jeszcze przez prawie miesiąc. Jej marzenia spisane w świadectwie – że dałaby wszystko, aby spędzać czas razem w gronie najbliższych, się spełniły. Niestety, pojawiła się ostateczna wiadomość, że złe komórki odżyły.

Bóg wylał na naszą rodzinę łaskę wiary i miłości. Trwaliśmy w przekonaniu, iż chce uzdrowić Ulę na swoją chwałę. Wychodząc do domu, Ula spytała, czy teraz może pojechać do kościoła w Sokółce, by pomodlić się w miejscu, gdzie w 2008 roku wydarzył się cud eucharystyczny.

Część konsekrowanej Hostii zamieniła się wówczas we fragment ludzkiego mięśnia sercowego, które – jak stwierdzili naukowcy – bardzo cierpi i jest w stanie przedzawałowym. Pan Jezus dał ten cudowny znak, aby nam uświadomić, że On naprawdę jest obecny w Eucharystii.

Zaraz po powrocie do domu pojechaliśmy do Sokółki według życzenia Uli. Tam oznajmiła nam, że sam Pan Jezus powiedział jej, iż jeszcze tylko troszkę pocierpi. I tak było.

W sobotę pojechaliśmy do szpitala, aby przetoczyć płytki krwi, a wieczorem udaliśmy się do naszego księdza proboszcza celem przywdziania szkaplerza karmelitańskiego.

W niedzielę odwiedzili Ulę wolontariusze z Fundacji „Pomóż Im” – radości było co niemiara podczas gry w kalambury. Wtedy ostatni raz widziałam ją taką radosną. W poniedziałek pełna wiary, uśmiechu powiedziała, że wie, kiedy ją Jezus uzdrowi:

„Jak ona umrze, a On ją wskrzesi”.

Tyle było w niej wiary… We wtorek, 17 września 2013 roku, rano przyjechali lekarz, pielęgniarki oraz ksiądz z hospicjum. Ula tego dnia poczuła się słabo i została w łóżku. Wieczorem miała silne bóle głowy.

Pod domem zebrało się dużo ludzi; odmawiali różaniec. My w domu również czuwaliśmy na modlitwie. Ula prosiła, by znowu odmawiać Zdrowaś Maryjo – podkreślała, że ta modlitwa koi jej ból.

Ksiądz Kamil, który był z nami tego dnia, odprawił Eucharystię przy łóżku Uli. Wtedy po raz ostatni Ula przyjęła Komunię Świętą i bóle ucichły.

Nad ranem, w środę 18 września 2013 roku, oddech Uli zaczął słabnąć. Zawołaliśmy księdza, a sami trwaliśmy na modlitwie. Tego dnia przy Uli czuwało czterech kapłanów, pielęgniarka, lekarz i najbliżsi.

Odmawialiśmy Nowennę pompejańskąKoronkę do miłosierdzia Bożego. Wtedy mój mąż Krzyś – tata Uli, zaczął się modlić i tłumaczył jej, że bardzo ją kocha i że jest tylko jej ziemskim ojcem, że prawdziwym jej Tatą jest Bóg i powinna teraz z Nim iść.

Po tej modlitwie oddania zapaliłam gromnicę, a ksiądz z hospicjum zaczął odmawiać Litanię do wszystkich świętych. Na ostatnie wezwanie litanii Uli oddech ucichł – odeszła ze wszystkimi świętymi, a ksiądz z hospicjum przeczytał czytanie z Pisma Świętego z dnia 18 września 2013 roku, z Księgi Mądrości 4,7-15 – paradoks śmierci przedwczesnej.

Zabrał ją zmartwychwstały Pan. W dniu, w którym Ula odeszła, było wspomnienie św. Stanisława Kostki – patrona dzieci i młodzieży.

Te fakty uświadomiły nam, że Bóg był, jest i będzie przy nas cały czas. Ula wierzyła w to najbardziej i nigdy nie chciała nas obciążać swoją chorobą, cierpieniem. Bóg obdarzył nas miłością w chwili śmierci córki. Ta miłość trwa w nas do dziś i na pewno w części stanowi spełnienie prośby Uli, i jest efektem jej wiary.

Bóg zabrał od nas lęk, smutek, rozpacz, a obdarzył nas radością i zapewnił, że Ula umarła, ale żyje w pełni szczęścia z Bogiem. Pomimo tęsknoty za Ulą trwamy mocno w wierze, iż niebawem ją ujrzymy. Dziś dziękuję Bogu, że obdarzył nas tak dobrym i oddanym Mu dzieckiem.

Małgorzata – mama Uli

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

W strumieniach miłosierdziaPrzyszliśmy na świat, by nigdy już nie umrzećCzyimi dziećmi jesteśmy? Jaka czeka nas przyszłość. Stefano Tardani