Nowości Rodzina

Wpadłam

Lut 01, 2017 Świadectwo

Wkrótce skończę 25 lat, aku­rat wtedy uro­dzi się moje pierw­sze dziecko, któ­re­go w ogóle się nie spo­dzie­wa­łam. Po prostu „wpa­dłam”. Miesz­kam w Ne­apo­lu od 6 lat. Jak większość dziew­czyn z Polski i ja po­zna­łam chłopaka, który po­tra­fił za­wró­cić mi w gło­wie. Tak by­łam nim ocza­ro­wa­na, za­śle­pio­na, że nic mnie nie ob­cho­dzi­ło poza tym, żeby z nim być.

I tak pewnego dnia się do­wie­dzia­łam, że jestem w ciąży. My­śla­łam, że cały świat wali mi się na głowę. Nie mo­głam w to uwierzyć. Pytałam siebie: jak to jest moż­li­we? Co ja na­ro­bi­łam? Co ja te­raz zrobię?

Nagle świat, na który pa­trzy­łam przez różowe oku­la­ry, rozprysnął się, jak my­dla­na bań­ka. Czułam ogrom­ny ciężar na swo­ich ra­mio­nach. Wydawało mi się, że to wszyst­ko nie jest na moje siły. Podczas pierw­szej wizyty u lekarza spy­ta­no mnie, czy chcę usunąć tę cią­żę. Moja od­po­wiedź była zde­cy­dow­ana – nigdy. Nawet jeżeli wie­dzia­łam, że nie mam naj­lep­szej sy­tu­acji eko­no­micz­nej, bo do tej pory wy­sy­ła­łam pieniądze mamie, jak­żebym mogła po­zba­wić życia tę malutką, nie­win­ną isto­tę? Czy po­tra­fi­ła­bym żyć spokojnie, wiedząc, że kie­dyś za­bi­łam własne dziec­ko? Ni­gdy! Przede wszyst­kim Pan Bóg w V przy­ka­za­niu mówi: „Nie zabijaj”.

Lekarz jednak nie dawał za wygraną, mówiąc, że gdybym zmie­ni­ła zdanie, to mam tyle i tyle cza­su na zastanowienie się. Opo­wie­dzia­łam wszystko swojej dobrej koleżance, któ­ra nie miała wąt­pli­wo­ści: „nie ma mowy, musisz usu­nąć, bo ty sama sobie z dziec­kiem nie po­ra­dzisz”…

Po tej dys­ku­sji przez kilka dni mia­łam silne po­ku­sy i już prawie się zde­cy­do­wa­łam na pod­danie się aborcji. Dzięki Bogu te strasz­ne myśli minęły, kiedy zaczęłam się mo­dlić, zwierzać się Matce Naj­święt­szej, mówić Jej o moim bólu. Po mo­dli­twie zaczęłam czuć się sil­niej­sza i do mojego serca przy­cho­dził pokój.

Nad­szedł w końcu dzień, w którym oznajmiłam wszyst­ko swe­mu chło­pa­ko­wi. Po­cząt­ko­wo myślał, że so­bie żar­tu­ję z niego, ale kiedy wyciągnęłam z to­reb­ki kart­kę pa­pie­ru od lekarza, na której było napisane czarno na bia­łym, w którym jestem ty­go­dniu ciąży, to wtedy zbladł i zdecydowanie po­wie­dział: „musisz usunąć, bo ina­czej nie bę­dzie­my mieli sobie już nic do po­wie­dze­nia”. Tłu­ma­czył, że jest zbyt młody na to, żeby zostać oj­cem. Kie­dy wi­dział, że nie namówi mnie na do­ko­na­nie aborcji, wte­dy uciekł się do szantażu, mó­wiąc, że ma cho­re­go bra­ta, któ­ry jest niedorozwinięty, a to może być dzie­dzicz­ne. Wie­dzia­łam, że chce mnie tylko przestraszyć, ale po­mi­mo wszystko nie dawało mi to spo­ko­ju. W moim ser­cu to­czy­ła się strasz­na walka: po­słu­chać go czy nie?…

Na szczęście dzięki zna­jo­me­mu ad­wo­ka­to­wi do­wie­dzia­łam się wszystkiego na jego te­mat. Oka­za­ło się, że okłamał mnie w tym, kim jest, co robi i ile ma rodzeństwa. Naprawdę jest jedynakiem, i to na bezrobociu. Po co były te kłam­stwa?…

Później za­czę­ły się telefony od niego. Dzwo­nił zawsze tylko raz w mie­sią­cu, żeby się dowiedzieć, czy usu­nę­łam albo jak się czu­ję; mówił, że chce mnie zobaczyć. Ja mu wtedy odpowiadałam, żeby mi dał spokój, żeby więcej do mnie nie dzwonił. Gdyby nie codzienne modlitwy i czę­ste Msze święte, już dawno temu bym się poddała i zde­cy­do­wa­ła na abor­cję…

Gdy byłam w szóstym miesiącu ciąży, zadzwonił, żeby mnie przeprosić i powiedzieć, jak mnie bardzo kocha, że się zastanowił, że chce być ze mną. Był bardzo przekonujący. Mówił, żebym po­my­śla­ła o naszym dziecku. Zapewniał, że się zmienił, obiecywał, że zadzwoni na drugi dzień, żeby się ze mną umówić. A ja na to, że mu nie wierzę i nie ufam! No i mia­łam ra­cję: nie za­dzwo­nił już nigdy… Za dwa tygodnie będę ro­dzić i po­mi­mo wszyst­ko jestem bar­dzo szczęśliwa i dumna, że nie ule­głam pokusie, a moje dziecko żyje.

Pracowałam ciężko do ósme­go mie­sią­ca ciąży. Moja „dobra ko­le­żan­ka”, któ­ra mi tak bardzo do­ra­dza­ła, żebym usu­nę­ła ciążę, od­wró­ci­ła się ode mnie, mówiąc, że mi zazdrości, że też by chciała mieć dziecko. Tylko dzięki wierze i wytrwałej modlitwie prze­trwa­łam ten niezwykle trudny dla mnie okres. Swo­je­mu byłemu chłopakowi nigdy źle nie życzyłam, miałam tylko żal do niego. Dopiero parę dni temu zrozumiałam, że mogę mu prze­ba­czyć! Jak? Od­ma­wia­jąc Ojcze nasz, za­trzy­ma­łam się na słowach: „odpuść nam nasze winy, jako i my od­pusz­cza­my na­szym wi­no­waj­com”. Skoro Pan Bóg przebaczył mi moje grzechy, za które bardzo żałuję, czemu ja bym nie mo­gła przebaczyć swojemu „eks”? Nie mam prawa, aby go sądzić, niech to czyni miłosierny Bóg.

Żałuję bardzo, że od sa­me­go po­cząt­ku nie myślałam o kon­se­kwen­cjach współżycia przed ślu­bem, ale jed­ne­go nie żałuję: decyzji, że urodzę moje ukochane dziecko. Zaufałam Bogu i tego nie żałuję. Współ­czu­ję tym młodym dziewczynom, które tak jak ja „wpa­dły” i które nie­ste­ty usunęły ciążę, i modlę się za nie. Jedyna nadzieja dla nas wszyst­kich to nie­skoń­czo­ne mi­ło­sier­dzie Boże.

Polka z Neapolu

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie: