Historia Kościoła Nowości

„Titanic”: Pycha kontra ufność w Panu

Sty 02, 2017 Grzegorz Kucharczyk

Los „Titanica” to nie tylko tragiczny symbol tego, czym może zakończyć się zbytnie zaufanie ludzkiemu rozumowi. To nie tylko ilustracja ludzkiej beztroski, której szczególnym wyrazem było to, że feralnej nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, gdy tonął „Titanic”, orkiestra grała do końca. Jednak ostatnie, dramatyczne godziny „Titanica” to także wielkie świadectwo chrześcijańskiej wiary i heroiczności postaw ludzi Kościoła.

Lokomotywa i papież

„Długi wiek XIX” zakończył się hekatombą pierwszej wojny światowej (aż do 1939 roku zwanej Wielką Wojną). Zakończyła się w ten sposób belle epoque, epoka niezwykłego rozwoju cywilizacji materialnej. Nie bez przyczyny wiek XIX nazywany jest do dzisiaj wiekiem żelaza i pary, gdy nastał czas forsownego uprzemysłowienia i całej serii wielkich technicznych wynalazków. Wydawało się wielu, że przed umysłem ludzkim nie ma już żadnych barier, że człowiek, który wynalazł telegraf, fonograf, żarówkę, silnik spalinowy, fotografię i dokonał znacznego postępu w dziedzinie medycyny, jest już właściwie samowystarczalny i znajduje się krok od ziszczenia starego marzenia ludzkości: zbudowania raju na ziemi.

Dzięki lekturze Pisma św. wiemy, że po raz pierwszy tego typu mrzonki, będące mieszanką pychy i naiwności, ludzkość przeżyła w czasie budowania wieży Babel. Jak to się skończyło – wiemy. Pokusa podobna do tej, którą mieli budowniczowie wieży, przydarzyła się tym, którzy u progu wieku XX twierdzili, że dzięki postępom cywilizacji technicznej ludzkość będzie doświadczać stałego postępu.

Jeśli przejrzeć XIX-wieczną prasę, nie sposób się nie zadziwić tym, do jakiego stopnia zachwycano się kolejnymi udogodnieniami technicznymi – otaczał je wówczas prawdziwy kult. Na przykład przez całe dziesięciolecia lokomotywa poruszana parą była przedstawiana jako symbol nadchodzącego, nowego i lepszego świata. W 1840 roku w jednym z bardziej poczytnych periodyków niemieckich pisano: „na żelaznych torach podąża nasze stulecie w kierunku olśniewających, wspaniałych celów”. Motyw rozpędzonej lokomotywy, jako symbolu niepowstrzymanego postępu ludzkości, był często wykorzystywany w europejskiej prasie liberalnej (niemieckiej i włoskiej) w kontekście wspierania przez nią kolejnych odsłon antykatolickich „wojen o kulturę”. Nic – nawet Kościół personifikowany za pomocą karykatur papieża Piusa IX – nie mogło powstrzymać nadejścia „nowych, lepszych czasów”, symbolizowanych przez kolej żelazną.

„Niezatapialna” wieża Babel

Jak wiemy, mrzonki o „końcu historii” (tj. przekonanie o bezalternatywnym modelu rozwoju ludzkości dzięki postępowi technicznemu) zakończyły się w 1914 roku wybuchem krwawej wojny światowej. Dwa lata wcześniej nastąpiło jednak wydarzenie, które z perspektywy stu lat można potraktować jako ostrzeżenie – także dla nas.
W kwietniu 1912 roku w swój dziewiczy rejs wyruszył z Anglii do USA największy na świecie okręt pasażerski, okrzyknięty przez prasę jako niezatapialny z racji zastosowanych przy jego budowie w stoczni w Belfaście wielu nowinek technicznych. Okręt nazywał się „Titanic”, a jego zatonięcie można potraktować jako straszliwą przestrogę: nie ma niezatapialnych okrętów i nie ma wiecznej cywilizacji opartej tylko na wysiłku ludzkim.

Ale los „Titanica” to nie tylko tragiczny symbol tego, czym może zakończyć się zbytnie zaufanie ludzkiemu rozumowi. To nie tylko ilustracja ludzkiej beztroski, której szczególnym wyrazem było to, że feralnej nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, gdy tonął „Titanic”, orkiestra grała do końca. Jednak ostatnie, dramatyczne godziny „Titanica” to także wielkie świadectwo chrześcijańskiej wiary i heroiczności postaw ludzi Kościoła. Gdy oceaniczne fale wdzierały się na kolejne pokłady okrętu i jasne się stało, że wszystkie szalupy są już pełne, wspomniana orkiestra zaczęła grać dla tych, którzy pozostali na głównym pokładzie (i dla siebie) protestancki hymn Być bliżej Ciebie chcę, o Boże mój.

Ta scena została również utrwalona w obsypanym Oscarami przeboju kinowym Jamesa Camerona o tragicznym rejsie „Titanica”. Pojawia się tam również postać katolickiego księdza, który strwożonym wiernym cytuje księgę Apokalipsy jako spełniającą się właśnie zapowiedź straszliwego kataklizmu. Słynna hollywoodzka produkcja nie pokazała jednak wszystkiego, co wiązało się z obecnością katolickich księży na pokładzie „Titanica”.

Najdłużej rozbrzmiewał różaniec

Na statku było w rzeczywistości trzech katolickich księży oraz jeden irlandzki seminarzysta. Tylko ten ostatni przeżył katastrofę. Trzech kapłanów znalazło się wśród ofiar tragicznej kolizji statku z górą lodową i wbrew obrazowi sprzedawanemu przez Jamesa Camerona nie zachowywali się oni jak jacyś protestanccy kaznodzieje udowadniający z Biblią w ręku, że nadszedł „dzień Pański”. Zachowywali się jak katoliccy księża, trwający do samego końca z powierzonymi im ludźmi, niosąc im nie słowa grozy, ale pocieszenie płynące z sakramentów i modlitwy.

Jednym z księży był dwudziestosiedmioletni ks. Józef Montwiłł (lit. Jouzas Montvila). Ten katolicki kapłan przez kilka lat pełnił posługę w parafii w Lubowie na Suwalszczyźnie. Jest on uznawany za jednego z animatorów litewskiego odrodzenia narodowego na obszarze diecezji sejneńskiej, obejmującej Augustowskie oraz Suwalszczyznę. Na pokład „Titanica” zabrał około sześciuset rękopisów ludowych pieśni litewskich zebranych przez kleryków sejneńskiego seminarium duchownego.

Ksiądz Montwiłł nie znalazł się na żadnej szalupie ratującej rozbitków z „niezatapialnego” statku. Pozostał do końca na pokładzie, udzielając rozgrzeszeń in articulo mortis (w niebezpieczeństwie śmierci) tym, dla których zabrakło miejsc w łodziach ratunkowych. Jeden z ocalałych, który był świadkiem tych chwil, mówił potem, że ksiądz Montwiłł „wypełnił swoje powołanie do końca”. Odmówił wejścia na szalupę, gdy oferowano mu szansę uratowania życia. Podobnie uczynił czterdziestojednoletni niemiecki benedyktyn ks. Joseph Peruschitz. Do końca udzielał absolucji oraz prowadził modlitwę różańcową.

W podróż do Nowego Jorku wybrał się „Titanikiem” również ks. Thomas Byles (ur. 1870). W Nowym Jorku miał udzielić ślubu swojemu młodszemu bratu Williamowi. Biografia księdza Bylesa jest jednym z dowodów na wielką siłę brytyjskiego katolicyzmu na przełomie XIX i XX wieku. Przyszły bohater z „Titanica” urodził się jako Roussel Byles w rodzinie protestanckiej (jego ojciec, Alfred Byles, był znanym pastorem kongregacjonalnym). Droga do Rzymu rozpoczęła się dla Roussela podczas studiów w Oksfordzie (od 1889). W 1894 roku nastąpiła jego konwersja na katolicyzm. Po przystąpieniu do Kościoła przybrał również nowe imię. Na cześć autora Summy teologicznej wybrał imię Tomasz (Thomas).

Po odbytych w Rzymie studiach teologicznych (1899-1902) Thomas Byles przyjął w Wiecznym Mieście święcenia kapłańskie 15 czerwca 1902 roku. W 1905 roku rozpoczął posługę jako wikariusz w jednej z parafii w Essex (kościół św. Heleny w Ongar). Stamtąd wyruszył 10 kwietnia 1912 roku do Southampton, gdzie w porcie czekał największy na świecie statek pasażerski. Ksiądz Byles miał zarezerwowany bilet w drugiej klasie, w której (jak również w klasie trzeciej) podróżowało najwięcej pasażerów potrzebujących duchowej opieki katolickiego księdza: przede wszystkim Irlandczycy oraz Włosi (lub Amerykanie o tych korzeniach).

Niedziela 14 kwietnia 1912 roku była pierwszą niedzielą po Zmartwychwstaniu. Jak wiemy, dzisiaj jest to święto Bożego Miłosierdzia. Tego dnia ksiądz Byles wraz z dwoma innymi kapłanami odprawił swoją ostatnią Mszę św. Świadkowie dobrze zapamiętali słowa, które kapłan wypowiedział wówczas podczas swojego ostatniego – jak się okazało – kazania. A mówił o groźbie stania się „duchowym wrakiem w czasach pokusy”nawoływał do „korzystania z szalup ratunkowych w postaci modlitwy i sakramentów”.

Gdy w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku rozpoczął się dramat pasażerów „Titanica”, ksiądz Byles uspokajał spanikowanych pasażerów, pomagał im wchodzić do szalup. Przede wszystkim jednak słuchał spowiedzi (potem udzielał absolucji in articulo mortis) i prowadził modlitwę różańcową na pokładzie. Dwukrotnie odmówił skorzystania z oferowanego mu miejsca na szalupie.

Uratowana z katastrofy pasażerka trzeciej klasy Helen Mary Mocklare, która była świadkiem dwukrotnej odmowy przez ks. Bylesa opuszczenia wiernych zgromadzonych na pokładzie, zanotowała później: „Po tym jak dostałam się do szalupy, która odpłynęła jako ostatnia, i gdy powoli oddalaliśmy się od statku, wyraźnie słyszałam głos księdza i odpowiedzi wiernych na jego wezwania modlitewne. Stawały się one coraz słabsze i słabsze, aż mogłam rozróżnić tylko dźwięki Być bliżej Ciebie chcę, o Boże mój oraz krzyki tych, którzy pozostali”.

Heroizm wiary i drwiny gawiedzi

Ciała księdza Thomasa Bylesa nigdy nie odnaleziono. Gdy parę miesięcy po tragedii „Titanica” jego brat William wraz ze swoją żoną przebywali w Rzymie w podróży poślubnej, zostali przyjęci na audiencji przez papieża św. Piusa X. Ojciec Święty miał wówczas powiedzieć, że uważa zmarłego księdza za „męczennika Kościoła”.

Być może w tych słowach papieża tkwi nie tylko odniesienie do słów Pana, który mówił, że „nie ma większej miłości, gdy ktoś oddaje życie swe za przyjaciół swoich”, ale również odniesienie do straszliwej atmosfery ostatnich chwil przed zatonięciem „Titanica”. I nie tylko chodzi tutaj o wdzierające się wszędzie fale i przechylający się okręt. W opowieściach wielu świadków ostatnich chwil „Titanica” pojawia się bowiem relacja o naigrawaniu się przez niektórych pasażerów, ufnych w „niezatapialność” statku, z modlitwy różańcowej prowadzonej przez katolickich kapłanów na pokładzie „Titanica”. Klęczący ludzie mieli być – wedle tych relacji – otaczani przez żartownisiów przedrzeźniających ich modlitwę. A woda pokonywała w tym czasie kolejne grodzie…

Czy coś Wam to przypomina, Drodzy Czytelnicy?

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie: