Rodzina Zobacz

Ślubuję, że Cię nie opuszczę aż do śmierci

W wierności mamy wytrwać do końca, naśladując samego Boga, wiernego swoim obietnicom na zawsze, albowiem „On wiary dochowuje na wieki” (Psalm 146,6).

W przysiędze małżeńskiej słowami:

„Ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”

zapewniamy o swojej dozgonnej bliskości. Wymawiając je jako nowożeńcy, zobowiązujemy się do przeżywania razem wszystkich sfer życia, planowania życia tak, aby nie rozstawać się na długo bez konieczności, oraz potwierdzamy i wzmacniamy pierwsze ślubowanie dotyczące miłości, w którym złożyliśmy się sobie w darze (por. ks. Stanisław Gancarek, O przysiędze małżeńskiej).

W zamyśle Bożym małżonkowie opuszczają dom rodzicielski, aby budować nową wspólnotę, komunię osób, jedno ciało i jedno serce. W Piśmie św. znajdujemy wyraźne potwierdzenie nierozerwalności małżeństwa:

„Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24).

Jezus wskazuje, że oznacza to nienaruszalną jedność ich życia, przypominając, jaki był „na początku” zamysł Stwórcy:

„A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało” (Mt 19,6) (por. KKK 1605).

Obrazem tej przedziwnej wspólnoty męża i żony jest więź Chrystusa z Kościołem.

„Chrystus i Kościół to Cały Chrystus, Chrystus Totalny. Chrystus jest głową Kościoła. Kościół jest Ciałem Chrystusa. Jak nie można oddzielić głowy od reszty ciała bez powodowania śmierci, tak nie można oddzielić Chrystusa od Kościoła” (Jerzy Laskowski, Małżeństwo i rodzina, 1979).

Podobnie małżonkowie w Bożym zamyśle mają stanowić jedność.

Jedność tę trzeba na co dzień budować i troszczyć się o nią jak o delikatną roślinę, która potrzebuje podlewania i nawożenia. W małżeństwie nie wszystko przychodzi od razu. Na spełnienie się tego, o co się modlimy, trzeba wytrwale czekać. Oczekiwanie również ma swoje znaczenie i wartość.

Praktykujący chrześcijanin oczekuje na spotkanie z Chrystusem obecnym w Eucharystii. To oczekiwanie na Pana, który przychodzi, by nas podnosić z nędzy i karmić sobą, przydaje znaczenia przeżywanym sytuacjom dnia codziennego. Analogicznie w wymiarze ludzkim przebiega oczekiwanie na współmałżonka, na dzieci, na potrzebne nam łaski.

Radość bycia razem trzeba rozniecać, nigdy gasić. Rozstań i powrotów jest w życiu wiele. Pocałunek, krzyżyk kreślony na czole czy inny znak wzajemnego błogosławieństwa pozwalają nam przetrwać rozstanie. Powitanie też jest zawsze radosnym rytuałem. Warto czekać, mieć nadzieję, budzić nadzieję w innych.

Zerwaniem jedności małżeńskiej jest rozwód

Niekiedy rozstanie się jest postrzegane jako jedyne rozwiązanie narastających problemów. W rzeczywistości pociąga ono za sobą cały szereg nowych strat, bólu, zranień i pokus (por. KKK 2382).

Jakikolwiek zamach na jedność Kościoła (również domowego) rani Jezusa, obecnego w każdym sakramentalnym małżeństwie. Rani małżonków oraz dzieci. Jak wykazuje wiele badań naukowych, rozwód rodziców jest miażdżącym ciosem dla dzieci. Spustoszenie, jakie powoduje rozejście się rodziców, pozostaje w duszy dzieci do końca życia.

Wykroczeniem przeciwko jedności jest również separacja, chociaż w szczególnych przypadkach, po wnikliwym zbadaniu wszystkich okoliczności, Kościół ją dopuszcza. Separacja pozwala wyciągnąć rannych z pola bitwy, ale nie leczy. Bez miłości nie przemieni się egoistycznych postaw, które doprowadziły do rozpadu rodziny.

Dzieci dobrze wyczuwają, czy rodzice się kochają. Jeżeli postawy taty i mamy wobec siebie zamieniają się we wrogość lub obojętność, dzieciom grunt usuwa się pod nogami, tracą ostoję swojego szczęścia – miłość rodziców!

Ale co robić, kiedy pojawiają się trudne sytuacje, kiedy napięcia rosną z dnia na dzień i tworzy się zamęt? Skoro podjęliśmy trud budowania na skale Bożej miłości, Bogu zawierzyliśmy swoją wspólnotę małżeńską, to nie poddawajmy się z byle powodu.

Pamiętajmy, że kiedy wokół nas pojawi się jakieś zamieszanie, jest to przede wszystkim próba wiary. Zły duch zawsze próbuje dzielić, nie chce, byśmy wspólnie budowali swoją przyszłość, podsuwa nam przewrotne scenariusze, szepcze, że game over, że nie warto się starać. Nie wolno pójść za tą pokusą. Przypomnijmy sobie, co Pan Jezus powiedział w Ogrójcu do apostołów:

„Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie” (Mt 26,41).

Kiedy Pan Bóg dopuszcza kolejną próbę, spokojnie stawiajmy jej czoła, modląc się, byśmy nie upadli.

Jeśli nie czuwam i się nie modlę, ulegnę tej czy innej pokusie. Nie zawsze zauważę sygnały ostrzegawcze, które pomogą mi uznać, że coś jest nie tak. Mogą się pojawić silne nieuporządkowane przywiązania do ludzi lub rzeczy, zamiłowania czy wręcz uzależnienia, a to z kolei może prowadzić do stopniowego opuszczania współmałżonka.

Często nie zdaję sobie sprawy, w jakich sytuacjach, a przede wszystkim dlaczego do tego dochodzi. Odpowiedź na to pytanie znajdę, jeśli zdecyduję się stanąć przed Bogiem w prawdzie i tę prawdę o sobie zanieść Chrystusowi w sakramencie pokuty i Eucharystii.

Relacje: „ja – Pan Bóg”, „ty – Pan Bóg” przekładają się na relację małżeńską. Jeśli zachowuję i pogłębiam więź z Bogiem, to jedność małżeńska rośnie. Jeśli zaś więź z Bogiem jest zaniedbywana, wtedy powoli zamiera życie duchowe i relacja małżeńska też się spłyca. Wówczas jedność małżeńska zaczyna być zagrożona.

Stopniowe łamanie słów przysięgi „ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci” jest wynikiem wzgardzenia Chrystusem obecnym we współmałżonku.

Warto zastanowić się nad procesem narastającego oddalania się od małżonka. Nie można abstrahować od uwarunkowań zewnętrznych, które kształtują nasze postawy. Mogą to być sprawy zawodowe, trudności w podejmowaniu decyzji, sprawy współżycia i zamknięcia się na prokreację, nieuporządkowana hierarchia wartości, trudności w dialogu małżeńskim itd.

Sprawy zawodowe

Nawet bardzo nawrócony i pobożny człowiek może się wkręcić w wir kariery zawodowej. Warto rozeznać, czy nie rozpiera nas nadmierna ambicja i czy praca nie odbywa się kosztem rodziny.

Niektóre dziedziny są bardzo absorbujące, człowiek myślami jest niejednokrotnie w pracy przez 24 godziny. Co robić? Nie dać się zwariować. Rozszyfrować: kto nas złapał i na jaki haczyk? Rozeznać wolę Bożą: czy biegnę w dobrym kierunku?

Podjęcie pracy daleko od miejsca zamieszkania, wyjazd do pracy za granicę to dzisiaj sprawa powszechna. Normą stały się eurosieroty, czyli dzieci, których tata czy oboje rodziców przebywają za granicą. Coraz więcej wykształconych młodych kobiet ma status bussiness woman, pracując na odpowiedzialnych stanowiskach, które wymagają wyjazdów na spotkania, kongresy itd.

Dla młodego pracownika wielką szansą jest odbycie stażu zagranicznego. Potem pojawia się kolejna okazja wyjazdu, jeszcze później następna. Osoby wyjeżdżające powinny uważać, by nie wystawiać swojej „drugiej połowy” i dzieci na zbyt trudne sytuacje.

Decyzji o dłuższym wyjeździe nie może podejmować za nas dyrektor instytucji czy promotor doktoratu. Podjąć ją mają wspólnie sami małżonkowie, nie zamykając oczu na straty psychologiczne i duchowe, które mogą z tego wyniknąć, i starając się im zapobiec.

Można również pomyśleć o tym, jak pozytywnie wykorzystać konieczną rozłąkę. Osoba, która wyjechała, może przecież poświęcić więcej czasu na modlitwę za swoich bliskich, pójść do kościoła, uczestniczyć w liturgii, przyjąć Komunię św. w intencji osób pozostawionych w domu, ofiarować za nie swoje trudności.

Również osoba, która pozostała w domu, może czas rozłąki wykorzystać po Bożemu, chronić dzieci przed skutkami braku taty czy mamy, modlić się z dziećmi za nieobecnego rodzica, ułatwiać im kontakt z nim przez telefon czy komunikatory internetowe, które pozwolą widzieć drugą osobę i porozmawiać bez pośpiechu. Nie zapominajmy jednak, że spotkanie na Skypie jest środkiem zastępczym. Tata czy mama nie mogą stać się postaciami świata wirtualnego.

Pozostawienie współmałżonka samego

W decyzjach czy działaniach, które podejmuje, czy w trudnościach, jakie przeżywa, żona ma prawo liczyć na obecność męża oraz na jego wsparcie. Analogicznie w sytuacjach, gdy to ona jest mu potrzebna, nie może bez naruszenia małżeńskiej przysięgi powiedzieć:

„to twoja sprawa, radź sobie sam”.

Decydując o czymś istotnym, nie można powiedzieć „to moja prywatna sprawa, nie powinno cię to obchodzić”. To by było odtrąceniem obecnego przy nas Chrystusa o twarzy męża czy żony. Komunia życia, bycie jednym ciałem jest nie do pogodzenia z takim myśleniem.

Nieuporządkowana hierarchia wartości

Kiedy współmałżonek nie jest pierwszą po Bogu osobą, ma to poważne konsekwencje na dłuższą metę. Potulna zamężna córeczka słucha swoich rodziców, jakby nieprzekonana, że wychodząc za mąż, gniazdo rodziców opuściła i powinna budować przede wszystkim relację z mężem, choćby nie zawsze szło gładko.

Żonaty maminsynek w chwilach trudności chętnie wraca po pocieszenie do mamusi i daje jej sobą dyrygować. Nieprawidłowe relacje dorosłych dzieci z rodzicami wykrzywiają relację małżeńską młodych.

Małżonkowie powinni mieć świadomość, że ich wspólne życie jest pełną prób drogą wzrastania w wierze, drogą do świętości. Przeżywane w małżeństwie próby wiary służą wspólnemu wzrastaniu w pełnieniu woli Bożej.

Napięcia rodzą się zawsze, kiedy nasza osobista wola nie zgadza się z wolą Bożą i nie chcemy podejmować trudu dopasowania się do niej. Przeszkodą na drodze do świętości na drodze małżeńskiej staje się wtedy nasze własne „widzi mi się”.

Ponieważ nie wypada nam wprost odmawiać Panu Bogu i otwarcie sprzeciwiać się Jego woli, często uciekamy się do obronnego mechanizmu racjonalizacji, czyli do przekonywania siebie i innych, że obrana decyzja (korzystna z punktu widzenia naszego interesu) jest najwłaściwsza.

Mechanizm ten ukazuje, jak wiele jest w naszych pragnieniach i działaniach szukania samego siebie. Jakże często każdy z nas dorabia sobie jakąś teorię usprawiedliwiającą niewłaściwe postępowanie. Tłumaczymy się:

„nie mam czasu, nie mogę się tym zająć”.

W ten sposób oszukujemy samych siebie i zwodzimy na manowce również współmałżonka, gasząc jego gorliwość w poszukiwaniu woli Bożej. Mechanizmy obronne racjonalizacji nie pozwalają stanąć w prawdzie i uznać, jakimi naprawdę jesteśmy.

Jednym z nich jest znana wszystkim „spychologia”: spychanie na innych, wypieranie pewnych spraw z pamięci albo zamiatanie ich pod dywan. W takich wypadkach trzeba szukać pomocy, inaczej małżonkowie będą pod jednym dachem prowadzić dwa równoległe życia, czego efektem będzie napięta atmosfera, coraz więcej cichych dni, brak zrozumienia i samotność.

Wspólny spowiednik lub kierownik duchowy może okazać się bardzo pomocny w uświadomieniu sobie istnienia mechanizmów obronnych. Chrystus działający przez łaskę sakramentu kapłaństwa może interweniować, posługując się osobą kapłana w delikatny sposób i w odpowiednim momencie. Otrzymane wskazówki powinny stanowić materiał do wewnętrznej pracy nad własnym sumieniem, do podejmowania autonomicznych decyzji.

Wspólne dbanie o relację z Chrystusem wzmacnia jedność, przeciwdziała procesowi stopniowego opuszczania współmałżonka. Dojrzała wiara małżonków zapewnia trwałość ich związku i niezawodnie prowadzi do komunii życia. Przylgnięcie do Boga daje najlepszą gwarancję, że wypowiedziane słowa przysięgi będą zachowane (por. ks. S. Gancarek, O przysiędze małżeńskiej).

Pielęgnowanie wiary oznacza wspólną modlitwę, dbanie o życie sakramentalne, wspólną formację duchową, rekolekcje, dni skupienia oraz troskę, aby współmałżonek nie zaniedbał życia duchowego.

Postawa otwarcia na życie

Postawa otwarcia na życie jest jak okno, którym dopływa świeże powietrze. Zamknięcie się na życie i prokreację jest poważną przyczyną stopniowego opuszczania współmałżonka. Płodność daje życie miłości i jest jej istotą. Jeżeli miłość małżeńska w imię innych, drugorzędnych wartości zamyka się na życie, ona sama obumiera, co prowadzi do rozpadu związku małżeńskiego. Dzisiaj przeżywamy prawdziwą plagę rozwodów, a jej najpoważniejszą przyczyną jest lęk przed poczęciem i przyjęciem nowego życia. Plaga ta znacznie rzadziej dotyka rodzin wielodzietnych. Jeśli zrozumiemy, że to miłość daje życie, postawa wielkoduszności wobec nowego życia będzie czymś naturalnym i oczywistym.

Dialog małżeński

Dialog małżeński pozwala na zweryfikowanie postaw, wspólne podejmowanie decyzji i umacnianie wzajemnego szacunku. Dialog musi być autentyczny (nie chodzi o perswazję), trzeba go traktować bardzo poważnie, a nawet się go uczyć, na przykład w katolickiej poradni rodzinnej. Warto podejmować taki serdeczny i konstruktywny dialog, usuwać przeszkody na drodze do porozumienia się i modlić się do Ducha Świętego o światło i rozeznanie.

Szczególną pomocą mogą być roztropne akty pokuty i wyrzeczenia w intencji właściwego odczytania Bożych znaków i podjęcia dobrych decyzji w danej sprawie. Żyjąc w łasce uświęcającej, przekreślając własne ja dla dobra rodziny, mąż i żona stanowią dla siebie sakramentalny kanał łaski, także w tym, by pomagać sobie nawzajem w rozeznawaniu woli Bożej i wypełnianiu jej.

Pan Bóg często daje światło poprzez osobę, z którą idziemy razem do nieba. Małżonkowie powinni wspólnie się zastanowić, w jakich sprawach najtrudniej im pełnić wolę Bożą. Im bardziej pozwalamy, aby łaska była obecna w naszym dialogu, tym bardziej doświadczymy, że

„jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,30).

W świecie podziałów, gdzie jest tyle wrogości i napięć,

„wcielenie Słowa w ludzkiej rodzinie, w Nazarecie, porusza swoją nowością historię świata” (papież Franciszek, Amoris laetitia, 65).

Aby zrozumieć, co znaczy być wiernym do końca i budować nasze rodziny na skale Bożej miłości, musimy

„zagłębić się w tajemnicę narodzin Jezusa, w »tak« Maryi wobec zwiastowania anielskiego, kiedy w Jej łonie poczęło się Słowo; również w »tak« Józefa” (papież Franciszek, Amoris laetitia, 65),

który nie opuścił Maryi w najtrudniejszej próbie i zawsze troszczył się o Nią.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Duchowa Pedagogia Miłości. ks. Jan KochelMały poradnik życia rodzinnego