Zagrożenia duchowe Zobacz

Siła modlitwy

Cze 10, 2019 Świadectwo

Dwukrotnie moja rodzina wchodziła w dialog z szatanem, zwracając się do wróżki. I dwukrotnie przegrała w ten sposób

Pojawiłam się na świecie jako zdrowe dziecko, ale mając siedem miesięcy, poważnie zachorowałam. Lekarze nie mogli ustalić przyczyny mojej choroby. Miałam problemy z kośćmi długimi, traciłam na wadze i wciąż wymiotowałam.

Rozpoczęły się dla mnie długie miesiące choroby i jeżdżenia po szpitalach. Rozwijałam się źle. Moi rówieśnicy już chodzili, a ja leżałam w wózku.

Lekarze tylko rozkładali ręce, mówiąc, że medycyna jest tutaj bezsilna. Mój ojciec znalazł wtedy jakąś wróżkę. Ona, nie wiadomo skąd, sporo wiedziała o naszej rodzinie, także o tym, że jest w niej chore dziecko.

Powiedziała, że urok został rzucony na dorosłego członka rodziny, a dotknął bezbronne dziecko. Kobieta owa zaczęła przeprowadzać nade mną różne rytuały, po czym powiedziała, że dziecku powinno to ulżyć.

Ja jednak wciąż pozostawałam na oddziale intensywnej terapii. Mojej mamie nie pozwolono zbliżać się do mnie. Mogła tylko patrzeć na mnie przez szybę i podejść ukradkiem w nocy, kiedy było mało osób w szpitalu.

Pewnej nocy, gdy mama wychodziła ode mnie, straciła wszelką nadzieję na moje wyzdrowienie. Usiadła na schodach i ze wszystkich sił zaczęła płakać i błagać Maryję o cud uzdrowienia dla mnie.

Następnego dnia rano powiedziano jej, żeby przyszła mnie zabrać ze szpitala. Oznaczało to, że albo umarłam, albo mój stan się poprawił.

Mama pomyślała, że umarłam. Kiedy jednak zobaczyła, że czuję się lepiej, radości nie było końca! Od razu zrozumiała, że za uzdrowienie swojej córki powinna dziękować Maryi.

Po tym wydarzeniu mama zaczęła się gorliwie modlić i wierzyć w Boga, czego wcześniej nie czyniła. W moim domu bowiem o Bogu mówiło się tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

W celu mojego dalszego leczenia trzeba było jechać do Leningradu (obecnie Petersburg). Wróżka mówiła, że trzeba przeprowadzić jeszcze kilka rytuałów nade mną, ponieważ urok nie został w pełni zdjęty i może przejść na drugie dziecko. Mama nie traciła jednak nadziei i modliła się o moje pełne wyzdrowienie.

Pojechaliśmy do Leningradu i po jakimś czasie zaczęłam samodzielnie chodzić. Po powrocie do domu rodzice więcej nie zwrócili się do wróżki. Powoli zaczynaliśmy o wszystkim zapominać. Mijały lata, wyzdrowiałam i dorosłam.

Mój brat także dorósł i wyjechał do Petersburga. Gdy skończył 30 lat, nagle umarł. Wtedy przypomnieliśmy sobie, że kiedyś wróżka nam to przepowiedziała. Rodzice jednak uznali to za zbieg okoliczności. Stwierdzili, że bratu sądzone było żyć tak krótko.

W wieku 15 lat po raz pierwszy poszłam do kościoła. Bardzo mi się tam spodobało. Zaczęłam uczęszczać na katechezy, a po dwóch latach przystąpiłam do sakramentu pojednania i Eucharystii.

W kościele poznałam swojego przyszłego męża, za którego wyszłam za mąż po upływie kilku lat. Urodził nam się zdrowy syn. Jednak gdy chłopiec skończył siedem miesięcy, zaczęły się moje problemy ze zdrowiem.

Nasz proboszcz posługuje darem modlitwy o uzdrowienie. Często modlił się nade mną. Członkowie grup parafialnych także modlili się o moje uzdrowienie. Mój tata stracił jednak wszelką nadzieję, ponieważ było ze mną coraz gorzej.

Pomyślał, że powtarza się wszystko to, co przeszłam w dzieciństwie… I że śmierci drugiego dziecka on nie przeżyje. Ojciec udał się po pomoc do kobiety, która wróżyła z kart. Przyniósł jej moją fotografię, a ona powiedziała, że może mnie wyleczyć.

Kazała przynieść sobie określoną sumę pieniędzy. Domagała się, żebym ja też przyszła, ponieważ mają być nade mną przeprowadzone jakieś rytuały. Kiedy tata mi wszystko opowiedział, nie chciałam pójść do wróżki. Mówiłam:

„Po co mam iść do niej, skoro jestem już wierząca?”.

Ale niestety było ze mną coraz gorzej i w końcu postanowiłam ulec namowie ojca.

Gdy weszłam do domu tej kobiety, zauważyłam, że na ścianie wiszą ikony. Wróżka powiedziała wtedy:

„Widzisz, ja też jestem wierząca! Pomaga mi Bóg”.

Potem przeprowadziła nade mną swoje rytuały i powiedziała, że dziewiątego dnia mój stan się poprawi. Do końca jej nie uwierzyłam. Po tej wizycie coś nie dawało mi spokoju. Modliłam się i zrozumiałam, że jeszcze raz zdradziłam Boga, i to świadomie.

Tego samego dnia wpadła mi w ręce broszurka o życiu ojca Pio. Była tam nowenna o uzdrowienie z choroby przez jego wstawiennictwo. Zaczęłam ją odmawiać. Dziewiątego dnia poczułam się lepiej.

„Znów zbieg okoliczności” – pomyślałam.

Po kilku dniach o wszystkim opowiedziałam naszemu proboszczowi, a on na to:

„Tosiu, ty naprawdę myślisz, że wróżka ci pomogła? Jeśliby ci było od Boga sądzone umrzeć, to żadna wróżka by ci nie pomogła! A ikony, które u niej widziałaś w domu, nie wiadomo komu były poświęcone, ale na pewno nie Bogu!”.

Potem proboszcz długo się nade mną modlił. Wyrzekłam się wówczas tych wszystkich rytuałów i Bóg nam pomógł. To była druga próba, którą przeszła moja rodzina.

Pięć lat później urodziłam drugiego syna. Narodziny dziecka przebiegły pomyślnie, byliśmy oboje zdrowi. Niestety, 10. dnia po porodzie zaczęłam mocno krwawić. Straciłam wtedy dwa litry krwi i moje życie zawisło na włosku.

Lekarze mówili, że mam silnego Anioła Stróża, ale w głębi duszy tracili nadzieję na to, że przeżyję. Tym razem wszystkie siły w rodzinie zwróciliśmy ku modlitwie i wierze w Boga. On wysłuchał naszych próśb i uzdrowił mnie.

Kilka razy znalazłam się na granicy życia i śmierci. Dwukrotnie moja rodzina wchodziła w dialog z szatanem, zwracając się do wróżki. I dwukrotnie przegrała w ten sposób.

Chcę zapytać wszystkich, którzy myślą o szukaniu pomocy u czarodziejów i wróżek: czy to się opłaca? Szatan nigdy nie daje czegoś ot tak. Zawsze wymaga zapłaty, która jest bardzo wysoka!

Pamiętajcie, że w dialogu z nim zawsze będziecie przegranymi. Lepiej mieć niebiańskich patronów, takich jak Matka Boża, św. o. Pio, Anioł Stróż i wielu innych. Ci wspomożyciele nigdy Was nie zdradzą, a pomogą Wam zarówno teraz, jak i w godzinie Waszej śmierci.

Moja rodzina kilka razy zdradzała Boga, ale Bóg nigdy nas nie zdradził. On czekał na nas i przebaczył nam, przyjmując naszą skruchę. Przyjął nas w swoje objęcia jak syna marnotrawnego.

Przeżyliśmy próbę wiary i teraz jesteśmy pewni, że Bóg jest zawsze z nami. Nasza modlitwa, jeśli tylko wychodzi z głębi naszego serca, zawsze zostanie przez Niego wysłuchana.

Antonina z Mołdawii
(przetłumaczył i opracował Bartłomiej Grysa)