Rodzina Zobacz

Rodzina – miejsce działania Bożego miłosierdzia

Aby dostąpić radości cudu przebaczenia grzechów, przejścia z duchowej śmierci do pełni życia w wolności dziecka Bożego, trzeba przyjść do Jezusa i przyjąć od Niego dar nieskończonego miłosierdzia, wyznając w sakramencie pokuty wszystkie swoje grzechy, żałując za nie i postanawiając poprawę.

Dotknięcie miłosiernego Pana

W Afryce miałem okazję uczestniczyć w niezwykłych grupach dzielenia. Było to w największym więzieniu w Kenii, w którym przebywało aż 4000 więźniów, pomimo tego, że zostało ono zbudowane dla 1400 osób. Do tego więzienia zawitaliśmy z księdzem, który jeszcze w drodze powiedział do mnie:

„Dziś mocno doświadczysz dotknięcia miłosiernego Pana”.

Po pewnych trudnościach, związanych z uzyskaniem zezwolenia na wejście, dyrektor więzienia dał nam pozwolenie na półgodzinne spotkanie z grupą więźniów! Jednak w moim sercu zrodziło się niezwykłe przeświadczenie, że przecież to nie on decyduje z kim i jak długo będziemy rozmawiać, tylko Bóg. Czułem, że Bóg przygotował z miłością to dotknięcie Pana, w odpowiedzi na modlitwę księdza, moją i tych nieznanych ludzi po tamtej stronie więziennego muru.

Dyrektor zlecił dwóm groźnym strażnikom, by nam towarzyszyli. Byliśmy w czterech pawilonach, w różnych celach, gdzie dzieliliśmy się fragmentem książki Rozważania o wierze ks. Tadeusza Dajczera mówiącym o „szczęśliwej winie” (por. Exultet).

Podbudowany otwartością i wiarą tych więźniów byłem pod wrażeniem ich świadectw – były prawdziwe, szczere, czasem pełne bólu, ale jednocześnie pełne wiary, ufności i skruchy.

Większość z nich była mężami i ojcami, tak jak ja. Bardzo skruszeni wyznawali przewinienia, których się dopuścili wobec swojej rodziny.

W wielu przypadkach ich kara była nieproporcjonalnie duża w stosunku do winy, np. siedzieli za kradzież, której się dopuścili, aby opłacić pobyt w szpitalu żony po porodzie. Niektórzy byli skazani bez winy.

W ich świadectwach zamiast rozpaczy była ufność – potrafili oni zawierzyć Bogu los swój i swoich rodzin, chociaż niektórzy byli skazani na śmierć albo czekali na taki wyrok.

Dzieląc się z nimi i słuchając ich świadectw, czułem niezwykłe duchowe braterstwo, że wszyscy jesteśmy naprawdę kochani przez Boga pomimo naszej nędzy i że zawsze jest z nami Maryja, kochająca Matka.

Kiedy byliśmy już w ostatnim, największym więziennym pawilonie, ja również podzieliłem się świadectwem. Atmosfera obecności Maryi i Jej miłości sprawiła, że ośmieliłem się opowiedzieć o bardzo trudnej sprawie, z której nigdy przedtem nikomu się nie zwierzyłem.

Chodziło o coś, co gdyby nie miłosierdzie Boże, mogłoby mnie kiedyś doprowadzić do położenia, w którym oni teraz przebywali. Zrzuciłem z siebie maskę dobrego mniemania o sobie, puściły hamulce wstydu, bo w tej atmosferze, w obecności bezwarunkowej miłości Maryi, miałem pewność, że tak jak oni jestem kochany.

Po dzieleniu się zdałem sobie sprawę, że od naszego wejścia minęły już cztery i pół godziny. Jak to możliwe, że strażnicy nie zareagowali? A tu nagle jeden ze strażników zbliża się szybkim krokiem… Przestraszyłem się! Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, nieśmiało i pokornie zapytał, czy on też mógłby podzielić się swoim świadectwem!

Nie sposób opisać pokory tego strażnika, również ojca rodziny, który wyznawał swoją słabość, prosił więźniów o modlitwę w jego intencji. Powiedział:

„Bracia, liczę na waszą modlitwę. Wy tutaj nie macie tyle okazji, aby grzeszyć, jesteście pilnowani. Ja, kiedy wychodzę stąd, nieraz ciężko upadam i ranię moją rodzinę”.

Chwile spędzone wśród skazanych i ten moment przyznania się przed Bogiem w obecności braci więźniów były czasem szczególnym, doświadczeniem „szczęśliwej winy” oraz miłosiernej miłości Boga.

Kiedy pozwolimy, aby bezwarunkowa miłość Boga nas ogarnęła, wtedy znikają hierarchie i względy ludzkie, a zostaje pragnienie bycia przytulonym przez Niego, bo wierzymy zapewnieniu Jezusa:

„Im większa nędza, tym większe ma prawo do miłosierdzia mojego” (Dz. 1182).

Maryja daje nam przykład

Dar Bożego miłosierdzia trzeba nieustannie przyjmować, żyć nim na co dzień i przekazywać go innym. Maryja, która matczyną miłością troszczy się o nasze zbawienie, daje nam najlepszy przykład tego, jak powinniśmy ufać i uwielbiać Boga za Jego nieskończone miłosierdzie. Hymn Magnificat jest streszczeniem Jej postawy całkowitego zaufania i wielbienia Bożego miłosierdzia.

Pierwszy cud, jaki Pan Jezus uczynił, miał miejsce na weselu w Kanie Galilejskiej, gdzie młodej parze zabrakło wina. Mogło to stać się powodem wielkiej kompromitacji. Maryja, Matka miłosierdzia, spostrzegła ten brak i pośpieszyła, aby zaradzić tej kłopotliwej sytuacji.

Taka jest nasza Matka: wyprzedza nas i zanim sami zauważymy braki w swoich rodzinach, u swych dzieci, w swoich postawach, Ona już wyprasza dla nas to, czego nam brakuje, i „przyspiesza” Boże działanie.

Pan Bóg będzie mógł skutecznie działać w naszym życiu i przychodzić nam z pomocą, gdy będziemy w codziennej modlitwie zawierzali Mu siebie i wszystkie swoje sprawy przez Maryję, w Jej Niepokalanym Sercu.

Rodzina jest pierwszą wspólnotą, miejscem szczególnego rozlewania się Bożego miłosierdzia. Jak gąbka chłonąca wodę, tak każda rodzina powinna być przesiąknięta miłością miłosierną Boga.

Im większa słabość i braki jej członków, tym bardziej Bóg pragnie pochylać się, aby rozlać swoje miłosierdzie. Jest szczęśliwy, kiedy może to robić. Wtedy zawsze ma miejsce tak zwane prawo nadmiaru, albowiem nadmiar hojności cechuje działanie Boże (J. Ratzinger, O sensie bycia chrześcijaninem).

Kiedy trwamy na modlitwie, kiedy zdecydowane odwracamy się od zła i przystępujemy bezzwłocznie do sakramentu pokuty po popełnieniu grzechu ciężkiego, to wtedy doświadczamy ogromu Bożego miłosierdzia i coraz bardziej budzi się w nas wdzięczność wobec miłosiernego Boga.

Przykładem może być choćby  nasza rodzina, podobna do innych, borykająca się z różnymi problemami. Mamy tyle ułomności i tak wielka jest nasza słabość, że bez pomocy Bożej już na początku byśmy się zniechęcili. Nie dalibyśmy rady bez ciągłego ufnego otwierania się poprzez modlitwę na działanie miłosiernego Boga i bez wstawiennictwa Maryi, Matki Miłosierdzia.

Pan Bóg przeprowadził nas przez różne zagrożenia. Patrząc na minione lata, nie możemy się nadziwić, ile łask otrzymaliśmy. Pozostaje nam upaść na kolana i dziękować całym sercem za Bożą dobroć.

Bóg nie tylko uzupełnia nasze braki, ale swoim miłosierdziem także nas kształtuje, uczy przepraszać i przebaczać, uznawać własną pychę (która wielokrotnie dochodzi do głosu), pokazuje, jak być pokornymi i wyciągać ręce ku Niemu z prośbą o miłosierdzie.

Dzięki modlitwie różańcowej, Koronce do miłosierdzia Bożego, częstemu i pełnemu uczestnictwu w Eucharystii oraz adoracji Najświętszego Sakramentu mogliśmy zrozumieć, że kiedy uznajemy przepaść swojej nędzy i zwracamy się do Niego, przyciągamy nieskończone miłosierdzie Boże.

Z głębi swojej nędzy, po uznaniu jej i oddaniu jej Bogu, jesteśmy w stanie doświadczyć niewysłowionej głębi miłosierdzia Bożego w różnych jego objawach (por. Ps 42,8).

Otworzyć się na łaskę skruchy

Dla natury ludzkiej doświadczenie przepaści własnej nędzy jest niewątpliwie czymś bolesnym. Nic dziwnego, że stary człowiek, który jest w nas, chciałby to doświadczenie w sobie zatrzeć lub od niego uciec.

Nowy człowiek, pragnący żyć w Bogu, nie buntuje się i nie ucieka od prawdy. Budowanie na prawdzie pozwala mu wznieść się ponad egoizm i racje własnych interesów, spojrzeć na siebie samego niejako oczami Boga i otworzyć się na łaskę skruchy.

Skrucha jest jedną z kolumn życia duchowego. Gdy głos sumienia wskaże nam popełnione przewinienie i nastąpi wolitywne uznanie: tak, to ja jestem sprawcą tego grzechu, którym obraziłem/am Boga, nie wolno zatrzymywać się na widoku spustoszenia, jakie grzech wywołał w naszej duszy przez wybranie drogi syna marnotrawnego.

Trzeba starać się o wzbudzenie skruchy – bólu serca – i wewnętrznie płacząc z żalu jak najszybciej wrócić do miłującego Ojca.

Ale co robić, gdy wydaje się nam, że nie my zawiniliśmy, że to raczej my jesteśmy poszkodowanymi? Skrucha też okazuje się kluczem do wyjścia z sytuacji, kiedy – w obliczu doświadczanej niesprawiedliwości, niegodziwości czy złego traktowania – czujemy się bezsilni i dajemy się ogarnąć złym myślom i uczuciom.

Gdy dokonamy rachunku sumienia, szybko znajdziemy powód do skruchy. Może moją winą w tej sytuacji był brak ufności, który nie pozwalał mi zbliżyć się do Boga i połączyć swego cierpienia z Krzyżem Chrystusa, może zbytnie skoncentrowanie się na sobie całkowicie zamknęło mnie na rzeczywistość duchową? Jednak dzięki skrusze wypełnimy prośbę Jezusa:

„Teraz połóż głowę na piersiach Moich, na sercu Moim i zaczerpnij z niego siły i mocy na wszystkie cierpienia, bo gdzie indziej nie znajdziesz ulgi, pomocy ani pociechy” (Dz. 36).

Żebrać o miłosierdzie

Jeżeli sami jako rodzice uznajemy się za synów marnotrawnych, to nie powinno nas dziwić, że nasze dzieci, szczególnie w wieku dojrzewania, buntują się i same wybierają drogę grzechu. Nie chcą nas słuchać, narażając się na bolesne skutki swoich wyborów. Takie sytuacje zmuszają nas, aby na wzór ewangelicznej kobiety kananejskiej błagać dobrego Jezusa o zmiłowanie:

„Panie, dopomóż mi!”.

I ona, niezrażona odpowiedzią Jezusa:

„Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom”,

nie przestała ufać:

„Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów” (por. Mt 15,21-28).

Żebrać o miłosierdzie nauczyliśmy się podczas trudnej do leczenia choroby, która dotknęła jedno z naszych dzieci – piękne, silne, utalentowane i wrażliwe.

Świat się nam wtedy przewrócił do góry nogami i wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Robiliśmy, co mogliśmy, ciągle jeszcze przekonani, że Pan Bóg musi szybko zabrać chorobę, że On ma obowiązki wobec nas, a my mamy prawo do normalnego życia.

Przez wiele lat nie widzieliśmy żadnego skutku naszej modlitwy, żadnej nadziei. Dlaczego nie ma odpowiedzi? Stopniowo zaczęliśmy zauważać subtelną pedagogię Boga.

Z perspektywy czasu widzimy, że On nigdy nas nie zostawił. Doświadczaliśmy tego, o czym pisze papież Franciszek w swojej ostatniej adhortacji:

„Bóg wzywa rodziców do przekazywania życia i opieki. Dlatego rodzina zawsze była najbliższym »szpitalem«. Opiekujmy się sobą, wspierajmy się i pobudzajmy nawzajem, i przeżywajmy to jako część naszej duchowości rodziny. […] Zatem dwoje są nawzajem odbiciem Bożej miłości, która pociesza słowem, spojrzeniem, pomocą, pieszczotą, uściskiem” (por. Amoris laetitia, 321).

Pan słyszy wołających o pomoc

Człowiek jest wystawiany na różne próby, niekiedy wręcz przytłaczany przez trudne wydarzenia. Mogą to być łaski ogołacania, takie jak utrata pracy czy choroba kogoś w rodzinie. Wtedy szczególnie trzeba ufać i na modlitwie stawać przed Bogiem ze swoją nędzą i bezsilnością, ofiarowując Mu swoje lęki i cierpienia. Pan Bóg patrzy jednak na serce i nie ma względu na to, jakie wykształcenie ktoś otrzymał, jaką pozycję społeczną zajmuje, kim jest we własnych oczach.

Bóg pochyla się nad słabym grzesznikiem, nad żebrakiem wołającym o pomoc, by mu okazać swoje miłosierdzie. W naszych rodzinach mogą być osoby sponiewierane przez życie lub takie, które zmarnowały wiele szans – i inni położyli już na nich kreskę. I nagle zauważamy u nich zadziwiający zwrot ku Bogu, niezwykłe działanie łaski Bożej. Bóg w pewnej chwili pochyla się nad tym małym i zapomnianym człowiekiem i obdarowuje go najcenniejszymi darami. Mówi o tym Psalm 34:

„Biedak zawołał i Pan go wysłuchał. […] Pan słyszy wołających o pomoc i ratuje ich od wszelkiej udręki. […] Pan jest blisko ludzi skruszonych w sercu, ocala upadłych na duchu”.

Przypomina to sytuację ojca rodziny, który kiedyś był człowiekiem sukcesu, ale z biegiem czasu pojawiło się w jego życiu pasmo nieszczęść. Biblijnym przykładem takiego człowieka jest Hiob. Sam Pan Bóg nas zapewnia, że nigdy nie zostawi biedaka, skruszonego grzesznika:

„Pan jest Sędzią, który nie ma względu na osoby. Nie będzie miał On względu na osobę przeciw biednemu, owszem, wysłucha prośby pokrzywdzonego. Nie lekceważy błagania sieroty i wdowy, kiedy się skarży” (Mdr 35,12-14).

Starajmy się, by w naszych rodzinach panowała atmosfera wzajemnej życzliwości i szacunku do godności każdego człowieka oraz bezinteresowna dyspozycyjność, do której zachęca nas Chrystus w Ewangelii. Mamy, tak jak Jezus, na każdego patrzeć z miłością (por. Mk 10,21), z gotowością udzielenia pomocy:

„Co chcesz, abym ci uczynił?” (Mk 10,51).

Wzajemna miłość w rodzinie może wzrastać, gdy jej członkowie żyją w stanie łaski uświęcającej, czyli gdy żyje i działa w nich Chrystus. Dlatego trzeba się troszczyć o to, aby zawsze mieć Boga w swoim sercu, tj. trwać w stanie łaski uświęcającej.

To jest możliwe wtedy, gdy natychmiast powstajemy w sakramencie pokuty z każdego ciężkiego grzechu, codziennie modlimy się i przyjmujemy Jezusa w Eucharystii.

Mówiąc o wzajemnej miłości w rodzinie, powinniśmy pamiętać o najważniejszej prawdzie:

„Miłość to Ja – Jezus Chrystus – Miłość, która stała się Człowiekiem i która powraca i przychodzi do ludzi w Duchu Świętym. Nie proś zatem, abym nauczył cię kochać. Proś i zabiegaj o to, abym był w tobie: Abyś ty była Mną, a Ja tobą. Miłość to nie umiejętność kochania, okazywania dobroci i miłosierdzia, której można się nauczyć i wyćwiczyć, by ją świadczyć ludziom.

Miłość to Ja wypełniający twoje serce, które gdy jest Mi oddawane w nieustającym akcie uwielbienia i wdzięczności – jest Moje całe i wszystko, co z niego wypływa, jest Mną. Wtedy Ja przez twoje serce idę do ludzi i obdarowuję ich sobą.

Przylgnij do Mnie, pragnij Mnie i pozwól, abym pochłonął cię całkowicie. Nie zginie wtedy twoja tożsamość, lecz odnajdzie się w tej doskonałości, jaka została ci dana w akcie stwórczym i do jakiej jesteś powołana w życiu wiecznym” (Słowo pouczenia, 152).

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Modlitwnik dla małżonków i rodziców	s. Maria KwiekMały poradnik życia rodzinnegoPrzymierze małżeńskie