Historia Kościoła Nowości

Propagandą w Kościół cz. 5

Maj 29, 2017 Grzegorz Kucharczyk

Laicyzacja została stworzona przez konkretne środowiska polityczne i konkretne większości parlamentarne. Te ostatnie zaś ukształtowane zostały przez bardzo specyficzny, antykatolicki światopogląd. Światopogląd, którego rdzeniem była mieszanina rozmaitych – starych i nowych – antykatolickich fobii, stereotypów oraz uprzedzeń.

Na tym też opierała się antykatolicka propaganda, mająca w XIX wieku do dyspozycji środki, o których poprzednicy z czasów reformacji czy oświecenia mogli tylko pomarzyć…

Dziewiętnaste stulecie było na Zachodzie wiekiem dynamicznego rozwoju cywilizacji materialnej oraz industrializacji (uprzemysłowienia). To wiek żelaza i pary, epoka wielkich wynalazków technicznych, czas powstawania wielkich metropolii miejskich.

Historycy mówią o tzw. długim wieku XIX, który rozpoczął się z chwilą ustania wojen napoleońskich (1815 rok), a zakończył się z chwilą wybuchu I wojny światowej w 1914 roku. Był to czas stabilizacji i względnego pokoju, nawet gdy bierze się pod uwagę takie „niepokorne” nacje jak Polacy, wciąż walczący o swoją niepodległość (dla nas wiek XIX to okres niewoli zaborów).

Jednak za tą fasadą dobrobytu i skoku cywilizacyjnego, który dokonał się na Zachodzie między 1815 a 1914 rokiem, trwał proces laicyzowania społeczeństw: Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii. Ważne, by pamiętać, że chodzi tu o laicyzowanie, a nie laicyzowanie się. Nie był to bowiem proces samoczynny, nieuchronnie współgrający na przykład z rozwojem telegrafu, linii kolejowych czy rozbudową mostów żelaznych.

Laicyzacja – podobnie jak telegraf, kolej czy mosty żelazne – nie powstała sama z siebie, jej autorem był człowiek, konkretne środowiska polityczne i konkretne większości parlamentarne. Te ostatnie zaś ukształtowane zostały przez bardzo specyficzny, antykatolicki światopogląd. Światopogląd, którego rdzeniem była mieszanina rozmaitych – starych i nowych – antykatolickich fobii, stereotypów oraz uprzedzeń.

Na tym również opierała się antykatolicka propaganda, mająca w XIX wieku do dyspozycji środki, o których poprzednicy z czasów reformacji czy oświecenia mogli tylko pomarzyć: wysokonakładową prasę (w tym bardzo rozwiniętą tzw. prasę satyryczną bazującą na karykaturach), lawinowo rozwijający się rynek księgarski i wreszcie – co było bardzo istotne – postępującą szybko w krajach zachodnich alfabetyzację społeczeństw. Krótko mówiąc, po raz pierwszy w XIX wieku pojawił się tzw. masowy czytelnik – adresat nie tylko opisów kolejnych wynalazków, ale również wymierzonej w katolików propagandy.

Zjawisko nie z tego świata

W XIX wieku sięgała ona po stare, sprawdzone w poprzednich wiekach motywy. Do takiej kategorii należał motyw „odkrywania Ameryki”, tzn. publikowania w prasie liberalnej relacji z podróży do krajów zamieszkanych w większości przez społeczność katolicką. Wszystko było utrzymane w konwencji, którą znamy dzisiaj chociażby z filmów „Lonely Planet” – eksploracja niby znanego, ale tak naprawdę zupełnie nie odkrytego lądu (prowincji, regionu).

Autorzy tego typu opisów wyjeżdżali w podróż już pełni antykatolickich stereotypów. Podróż nie miała ich kształcić, ale utwierdzać i potwierdzać ich fobie. Taki też przekaz szedł do czytelników: patrzcie, jakie dziwolągi żyją niedaleko was!

Na przykład Johann Gustav Droysen – wybitny pruski historyk, a jednocześnie zdeklarowany sympatyk niemieckiego ruchu liberalnego – po odbyciu w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XIX wieku podróży po katolickiej Bawarii pisał w jednym z listów:

„Bez wątpienia ten pogański katolicyzm lepiej odpowiada i jest akceptowany przez masy aniżeli protestantyzm, który wymaga od każdego poprawy, pracy nad sobą i uszlachetniania się”.

Wśród francuskich liberałów i radykałów, którzy na przełomie XIX i XX wieku forsowali radykalną laicyzację III Republiki, podobną do Bawarii rolę spełniała Bretania, zamieszkała przez chłopów od wieków niezłomnie trwających przy wierze ojców. To był wystarczający argument, by traktować tę prowincję jako „odstającą” od reszty Francji.

Na początku dwudziestego wieku Emil Zola – wybitny francuski pisarz i gorący zwolennik polityki laicyzacyjnej – przekonywał w jednej ze swoich powieści, że

Bretończycy to „męczennicza ludność, żyjąca jak gdyby o tysiąc mil oddalona od współczesnej Francji”. Religia katolicka „panuje nad tymi ograniczonymi umysłami siłą trwogi”, a pobożność Bretończyków „przesiąknięta jest na wskroś trwogą i pokorą; dlatego przebija w niej przygnębienie, które przypomina przygnębienie dzikich, żyjących w obawie gromów, zawieszonych nad ich głowami”.

We współczesnych badaniach nad zjawiskiem antykatolicyzmu zwraca się również uwagę na zjawisko „orientalizacji katolicyzmu”, a wykorzystywali to  zwłaszcza pruscy i niemieccy liberałowie. W celu zwiększenia efektu „obcości” katolicyzmu w Niemczech zestawiano więc katolicką kulturę i liturgię z cywilizacjami orientalnymi.

Chodziło o wpojenie w odbiorcę dwóch komunikatów: katolicyzm podobnie jak Orient oznacza gnuśność oraz katolicyzm podobnie jak Orient oznacza zmysłowość. Nie kto inny jak Georg Hegel na swoich tłumnie nawiedzanych berlińskich wykładach (w latach dwudziestych XIX wieku) przekonywał audytorium o podobieństwie w tym ostatnim względzie katolicyzmu i kultur hinduistycznych.

Z czasem okazało się, że katolicy różnią się również od pozostałych obywateli pod względem rasowym. W 1895 roku podróż po Wielkopolsce odbył Max Weber – wschodząca gwiazda niemieckiej socjologii, politycznie zbliżony do środowiska niemieckich liberałów.

Po powrocie stwierdził, że wyższy poziom cywilizacyjny niemieckiej (protestanckiej) społeczności nad Wartą w porównaniu z Polakami (katolikami) wynikał nie tylko z odrębności wyznaniowych, ale również „odmienności fizycznych i psychicznych cech rasowych”.

Z kolei w 1896 roku liberalne czasopismo „Badische Landeszeitung” całkiem serio stwierdziło, że protestanci, ponieważ są „długoczaszkowcami”, są inteligentniejsi od katolików (Niemców), którzy są z reguły „okrągłoczaszkowcami”.

Katolicyzm = zacofanie + zaraza

W dziewiętnastowiecznych kampaniach propagandowych wymierzonych w katolików jak bumerang wracał motyw „katolickiego zacofania”. Przy tej okazji odwoływano się do tradycyjnego dla antykatolickiej propagandy sprzed reformacji obrazu zakonników jako próżniaków i darmozjadów, którzy są przeszkodą na drodze cywilizacyjnego postępu kraju.

W październiku 1850 roku jeden z liberalnych periodyków ukazujących się w Piemoncie (północne Włochy) przekonywał, że rozwiązanie przez państwo wszystkich katolickich zakonów w tym kraju jest ze wszech miar godne poparcia, bowiem w razie powodzenia takiej akcji

„mielibyśmy więcej matek, a więc i więcej synów do obrony ojczyzny; mielibyśmy więcej rąk do pracy na wsi, a tym samym więcej zboża, a na końcu – mielibyśmy mniej księży!”.

Antykatolicka polityka „sprzedawana” była więc jako uniwersalne remedium na problemy demograficzne, żywnościowe, a nawet jako czynnik wzmacniający politykę obronną państwa. W 1855 roku podczas parlamentarnych debat na temat prawa o kasacie zakonów premier Piemontu Emilio Cavour całkiem poważnie, powołując się na przykłady Szwajcarii i Nadrenii, wykazywał, że można opracować „matematyczną formułę”, która będzie dokładnie opisywać twierdzenie o tym, że wzrost gospodarczy jest odwrotnie proporcjonalny do ilości zakonników w danym kraju.

Kilkadziesiąt lat później, w 1887 roku, pewien niemiecki pastor (Gerhard Uhlhorn) całkiem poważnie przekonywał swoich czytelników, że

„wspaniały rozwój przemysłowy chwili obecnej nie byłby możliwy bez reformacji. […] Można powiedzieć, że maszyna ma w sobie coś z protestantyzmu”.

Sprawa była więc prosta: im mniej katolików, a zwłaszcza katolickich zakonników (zakonnic), tym szybszy wzrost zamożności mieszkańców, tym więcej maszyn parowych. Nie tylko zresztą miała rosnąć zamożność obywateli po kasacie katolickich zakonów. Zapewniała ona również, zdaniem antykatolickich propagandystów, wzrost zdrowotności społeczeństwa.

Gdy w 1854 roku doszło w Genui do wybuchu epidemii cholery, włoska prasa liberalna nie miała wątpliwości, że winna jest przestarzała, zbyt ciasna zabudowa miasta (zwłaszcza tzw. dzielnic biedy). Ta ciasnota z kolei – jak przekonywano – jest zawiniona przez… Kościół katolicki, a konkretnie przez domy zakonne, których jest za dużo i zajmują najlepsze parcele w mieście. Jak więc należy walczyć z epidemią? Wystarczy zlikwidować zakony, by w przyszłości uchronić się przez zarazą.

Podobny związek między bezpieczeństwem epidemiologicznym a katolicyzmem dostrzegł parę lat wcześniej Rudolf Virchow. Biolog ten – jeden z najwybitniejszych (nie tylko niemieckich) fizjologów, który był politycznie związany z tzw. postępowymi liberałami – był członkiem komisji wysłanej przez władzę w Berlinie na Śląsk. Prowincja ta (wówczas wchodząca w skład państwa pruskiego) była obok ziem zaboru pruskiego oraz Nadrenii najbardziej katolicką prowincją Prus.

W 1848 roku dotknęła ją epidemia cholery. Virchow w swoim sprawozdaniu przedłożonym władzom pruskim wskazywał, że główną przyczyną rozprzestrzeniania się epidemii były fatalne warunki sanitarne panujące na Śląsku, te zaś były zawinione przez ogólnie niski poziom kultury, w jakiej żyli mieszkańcy tej prowincji. To jednak, że mieszkańcy tej prowincji – pisał Virchow –

„są leniwi, brudni, służalczy i wykazujący się nieprzezwyciężalnym wstrętem do duchowego i cielesnego wysiłku”,

było rezultatem destrukcyjnego wpływu katolickiego duchowieństwa. Konkluzja, do której doszedł Virchow, była także charakterystyczna dla sposobu myślenia liberalno-protestanckich prekursorów kulturkampfu:

„lud, który jest fizycznie i duchowo słaby, potrzebuje pewnego rodzaju władzy opiekuńczej”.

Dziewiętnastowieczna odsłona antykatolickiej propagandy postarała się o swoiste „unaukowienie” swojego przekazu. Pod tym względem prawdziwą furorę zrobiła teza wspomnianego wyżej Maxa Webera o ścisłym związku między rozwojem gospodarki kapitalistycznej a protestantyzmem.

To była główna myśl jego głośnej książki Etyka protestancka a duch kapitalizmu, która ujrzała światło dzienne pod koniec XIX wieku. Komplementarną wobec tej tezy była konstatacja, że tam, gdzie dominuje katolicyzm, panują bieda i zastój.

Pokolenia historyków wyjaśniały nieścisłości i przekłamania weberowskiej teorii, wskazując na przykład na początki bankowości w średniowiecznej, katolickiej Europie (Lombardczycy, templariusze) i rozwój w tamtym czasie miast (Hanza, Niderlandy). Tutaj chciałbym tylko podkreślić, że Max Weber nie był pierwszym, który głosił takowe tezy. Niemiecki uczony zamykał cały szereg podobnie myślących o katolicyzmie badaczy, nie ukrywających swoich liberalnych sympatii.

W 1875 roku ukazała się w Belgii książka liberalnego ekonomisty z Lowanium, Emila Laveleya, pt. Przyszłość narodów katolickich. W krótkim czasie stała się ona europejskim bestsellerem. Belgijski ekonomista poświęcił swój traktat na udowadnianie przewagi protestantów nad katolikami w zakresie ogólnego rozwoju kulturowego. Protestanckiemu „wykształceniu, aktywności, zaradności, stosunkom ze światem zewnętrznym, a tym samym bogactwu”, przeciwstawiał katolicką „inercję, rutynę, ignorancję, biedę”.

Pojawiają się starsze kobiety

Takie „naukowe” teorie pozwalały również ubrać w uczone argumenty pogardę dla tzw. zwykłych katolików. O ile w wiekach poprzednich (zwłaszcza w epoce reformacji) w antykatolickiej propagandzie operowano przede wszystkim strachem (przed „krwiożerczą” inkwizycją i „papieżem-antychrystem” mającym na swoich usługach jezuitów – „wiecznie spiskujących”), o tyle w dziewiętnastowiecznej antykatolickiej propagandzie coraz częściej akcentuje się pogardę dla katolików.

Już wiemy, dlaczego – bo niewykształceni, zacofani, z dziwnych („obciachowych”) prowincji. Pojawia się wówczas figura starszej kobiety jako symbolu tego ogólnego „katolickiego zacofania” albo jak mówią twórcy antykatolickiej propagandy w Polsce na początku XXI wieku – „obciachu” (sami odwołują się w tym celu do postaci starszej pani w moherowym berecie).

Jednak groźne, starsze panie pojawiły się już wcześniej. W epoce bismarckowskiego kulturkampfu jedna z większych niemieckich gazet liberalnych („Nationalzeitung”) z przekąsem zauważyła, że wśród katolickich pielgrzymów dominuje wizerunek „starszej pani, która udekorowała swoją szyję czterema łańcuchami z krzyżami i medalikami maryjnymi, chodzi więc jak koń juczny”.

Niespecjalnie więc dziwi fakt, że francuscy liberałowie, którym z ust nie schodziły zapewnienia o dążeniu do wolności dla wszystkich, byli na przełomie XIX i XX wieku zdecydowanie przeciwni rozszerzaniu praw wyborczych na kobiety.

Sprzeciw swój uzasadniali nie tylko tradycyjnym przekonaniem o tym, że „miejsce kobiety jest w domu”, ale w ich przypadku jeszcze bardziej nośnym argumentem była obawa, że kobiety to wyborcy, którzy „we wszystkim słuchają księży”, i dlatego prawa wyborcze dla kobiet mogą oznaczać przeszkodę na drodze do realizacji polityki laicyzacyjnej.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (1-2) Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (3) Czy rzeczywiście Biblia mówi prawdę?