Historia Kościoła Nowości

Propagandą w Kościół cz. 4 – wielka teoria spisku

Maj 22, 2017 Grzegorz Kucharczyk

Wiek XIX był świadkiem wielkiej popularności, prawdziwego renesansu pierwszej wielkiej teorii spiskowej: spisku jezuitów. Od czasu pierwszej edycji Monita secreta (1612) – druku napisanego przez wydalonego z Towarzystwa Jezusowego Hieronima Zahorowskiego – co rusz pojawiały się „rewelacje” o nienasyconych ambicjach władzy i bogactwa, którymi to mieli charakteryzować się jezuici (a na pewno władze Towarzystwa Jezusowego).

Jeden wielki jezuicki spisek

Antyjezuicka nagonka przybierała formę histerii, a jej autorzy traktowali duchowych synów św. Ignacego Loyoli jako porte-parole (symbol) wszystkich negatywnych cech przypisywanych w antykatolickiej propagandzie katolikom: wstecznictwa, pogoni za władzą, ale jednocześnie knuciem spisków przeciw niechętnym Kościołowi władzom, ciągle i za wszelką cenę poszukiwanie materialnego bogactwa. Jezuici zostali wybrani jako szczególny cel ataku przede wszystkim dlatego, że byli postrzegani przez twórców wspomnianej propagandy – całkiem słusznie zresztą – jako dowód żywotności katolicyzmu. Tak było w epoce kontrreformacji (XVI-XVII wiek), w czasach oświecenia (XVIII wiek) oraz w epoce po rewolucji francuskiej.

Śledzenie meandrów antyjezuickiej propagandy – od jej początków po czasy nam współczesne – oznacza obcowanie z dowodami na prawdziwość słynnej tezy G.K. Chestertona, że gdy ludzie już w nic nie wierzą, są w stanie uwierzyć we wszystko. Na przykład protestanci angielscy w XVII wieku mocno wierzyli, że Towarzystwo Jezusowe (forpoczta wysiłków podejmowanych przez Kościół od lat 80. XVI wieku, by odzyskać Wyspy dla katolicyzmu) jest odpowiedzialne nie tylko za szerzenie „błędów papizmu”, ale również za ściąganie na Albion straszliwych klęsk elementarnych.

Około 1630 roku jezuiccy misjonarze pracujący w Ameryce Południowej przywieźli do Europy podpatrzone u andyjskich Indian lekarstwo na malarię. Lekarstwo to było sporządzane z utartej kory miejscowych drzew – stąd nazwa „peruwiańska kora”. Chociaż lek przeszedł do historii pod nazwą chininy, to początkowo znany był jako „jezuicki proszek”. W 1658 roku podczas szalejącej w Londynie epidemii malarii podano jednemu z członków londyńskiego magistratu „jezuicki proszek”. Mimo tej interwencji chory zmarł. Był to sygnał do antyjezuickiej histerii oraz do oskarżenia Towarzystwa Jezusowego o chęć wytrucia wszystkich europejskich protestantów.

Parę lat później (w 1666 roku), gdy Londyn został zniszczony przez straszliwy pożar, autorzy wielu antyjezuickich publikacji przekonywali protestancką opinię publiczną, że stolica Anglii została podpalona przez „papistów” (katolików), podżeganych do tego przez najokrutniejszych z nich – jezuitów. Podobne głosy rozlegały się rok wcześniej, gdy Londyn dotknęła katastrofalna w skutkach epidemia dżumy. Również w tym wypadku tymi, którzy przywlekli (całkiem świadomie) zarazę, byli jezuici.

Setki milionów osób korzystających obecnie na całym świecie z kalendarza gregoriańskiego nie zdają sobie zapewne sprawy, że korzystają z czegoś, co początkowo w wielu zakątkach Europy (głównie protestanckiej) postrzegane było jako kolejny przejaw „jezuickich machinacji”. Gdy w 1582 roku papież Grzegorz XIII wprowadził nowy kalendarz (gregoriański), porzucając obowiązujący do tej pory w Kościele zachodnim kalendarz juliański, zmiana ta w praktyce oznaczała, że po czwartku 5 października 1582 roku nastąpił od razu piątek 15 października 1582 roku. Zniknęło dziesięć dni, w tym także dni wolne od pracy. Winą za to zniknięcie powszechnie obarczano jezuitów, gdyż istotnie na czele zespołu naukowców powołanego w celu zmiany kalendarza stał jezuita Krzysztof Clavius. Szereg domów Towarzystwa Jezusowego stało się obiektem ataków w krajach katolickich. W krajach protestanckich z góry odrzucano „papistowskie machinacje” kalendarzem.

„Biały papież”, „czarny papież” – czyli kto tak naprawdę rządzi Kościołem

W XIX stuleciu ataki na Towarzystwo Jezusowe były ważnym, niekiedy najistotniejszym, elementem propagandowego „przygotowania gruntu” pod kolejne odsłony narzucanej odgórnie polityki laicyzacyjnej. Jeśli prześledzić różne odmiany XIX-wiecznych kulturkampfów, zawsze natrafimy na czającego się za rogiem jezuitę, który bezskutecznie próbuje zatrzymać to, co nieuchronne: postęp, nowoczesność, laickość. Taki obraz wyłania się z dynamicznie rozwijającej się wówczas antyjezuickiej propagandy.

Setki książek oraz artykułów prasowych „ujawniały” przed XIX-wieczną europejską opinią publiczną „prawdziwą” władzę, jaką w Kościele ma sprawować tzw. czarny papież – czyli każdorazowy generał jezuitów („papież biały”, wybierany na konklawe, to tylko figurant). Począwszy od 1848 roku, zyskuje rozgłos, a następnie robi oszałamiającą karierę książka Spisek jezuitów: tajny plan zakonu. Wedle niej w 1825 roku na tajnym konwentyklu we włoskim Chieri władze Towarzystwa Jezusowego ustaliły plan przejęcia władzy nad światem. Oto świat politycznej paranoi kopiowany później chociażby przez autorów Protokołów Mędrców Syjonu, którzy na początku XX wieku także „zdemaskowali” tajny plan zawładnięcia światem, tyle że nie przez jezuitów, ale Żydów.

Wystarczy tylko wygnać jezuitów – a wszystko będzie dobrze

W sensie chronologicznym pierwszy etap toczonych w XIX wieku „wojen o kulturę” (tj. realizowanej przez liberalne elity odgórnej polityki laicyzacji) nastąpił na Półwyspie Apenińskim. Tutaj prym wiodło królestwo Piemontu, które politykę jednoczenia politycznego Włoch łączyło z antykatolicką polityką wewnątrz. Zdominowane przez liberałów władze Piemontu na początku lat 50. XIX wieku przeforsowały całą serię antykatolickich praw (konfiskata majątków kościelnych, usunięcia zakonów, wypchnięcie Kościoła ze sfery publicznego szkolnictwa). Jednak inauguracją tej polityki – dla niepoznaki nazywanej przez przywódcę piemonckich liberałów E. Cavoura mianem „wolności Kościoła w wolnym państwie” – było wygnanie jezuitów w 1848 roku. To zaś zostało poprzedzone huraganowym „ogniem zaporowym” w postaci antyjezuickiej propagandy.

W tym przypadku kluczowe okazało się pięciotomowe dzieło pt. Jezuita nowoczesny (Il Gesuita moderno) autorstwa ks. Vincenza Giobertiego. Publiczny donos jednego z katolickich duchownych (Gioberti był oratorianinem, kapelanem króla Karola Alberta) na innych księży zawsze ma dodatkową, propagandową „siłę rażenia” w Kościół (skąd my to znamy?).

Główna teza książki, która dość szybko stała się bestsellerem, brzmiała: jezuici to wewnętrzni wrogowie Piemontu oraz całej Italii, ponieważ – jak diagnozował autor – są oni „cielesnymi siostrami Austrii” (czytaj: austriackimi szpiegami). Współczesny jezuityzm, przekonywał ks. Gioberti, nienawidzi rozumu, postępu i nauki. Zamiast tego zwraca się ku uczuciom, wstecznictwu i niedojrzałości (przede wszystkim ku młodzieży i kobietom, a więc dwóm grupom szczególnie podatnym na manipulację).

Podobną prawidłowość odnajdujmy również w Niemczech, w okresie realizowanego przez Bismarcka, przy wsparciu środowisk liberalnych (w parlamencie i poza nim), antykatolickiego kulturkampfu na początku lat 70. XIX wieku. W 1872 roku wprowadzeniem do tej polityki było uchwalenie przez ogólnoniemiecki Reichstag tzw. Jesuitengesetz – czyli Prawa o jezuitach – które zabraniało członkom Towarzystwa Jezusowego przebywania na terytorium całej Rzeszy Niemieckiej. Zakaz dotyczył wszystkich jezuitów, w tym także tych, którzy byli niemieckimi obywatelami. Od 1872 roku jeśli jakiś Niemiec wybrał drogę realizowania swojego kapłańskiego powołania w ramach Towarzystwa Jezusowego, musiał opuścić swoją ojczyznę i nie miał już do niej prawa powrotu.

Antyjezuicka propagandowa kampania osiągnęła w bismarckowskich Niemczech wymiar histerii. Pisał o tym Odo Russell (anglikanin) – ambasador brytyjski w Berlinie, który raportował do Londynu, że: „opinia publiczna [w Niemczech] widzi jezuicki spisek w każdej pojawiającej się śmierci i w każdej katastrofie. Jakiś czas temu zmarł w berlińskim ogrodzie zoologicznym lew, który był ulubieńcem berlińczyków. W gazetach wyznaczono nagrodę w wysokości tysiąca talarów dla każdego, kto mógł by pomóc rozwikłać zagadkę tej nagłej śmierci. Opinia publiczna zaraz wpadła na myśl, że lew został otruty przez jezuitów”…

Uchwalone w 1872 roku Prawo o jezuitach było najdłużej obowiązującym reliktem kulturkampfowej legislacji. Ta ostatnia była stopniowo rozmontowywana przez Bismarcka w drugiej połowie lat 80. XIX wieku, tymczasem Jesuitengesetz przetrwało aż do 1917 roku. Zostało uchylone, gdy już II Rzesza Niemiecka chyliła się ku upadkowi. Do tego czasu jednak jego obrona była zawołaniem bitewnym dla bardzo aktywnych w Niemczech na przełomie XIX i XX wieku środowisk „antyultramontańskich” – jak sami określali siebie reprezentanci wojującego antykatolicyzmu nad Renem i Sprewą.

Na przykład w prasie Związku Ewangelickiego – największej organizacji protestanckiej w Niemczech – pisano pod koniec XIX wieku, że „nasza walka skierowana jest przeciwko zasadzie, przeciwko jezuickiemu duchowi, który panuje obecnie w Kościele katolickim, i przeciwko wyrosłym z tej zasady zwyrodnieniom”.

Wokół walki o utrzymanie antyjezuickiego prawa wspomniana przed chwilą organizacja budowała cały ruch społeczny. Petycje w obronie tego prawa zbierane w latach 90. XIX wieku przez Związek Ewangelicki gromadziły setki tysiące podpisów, kilkakrotnie więcej aniżeli organizowane w tym samym czasie petycje domagające się „odżydzenia” niemieckiego korpusu urzędniczego.

Co charakterystyczne, w Niemczech na przełomie XIX i XX wieku antyjezuityzm i antysemityzm często były dwiema stronami tego samego medalu. Wielu antykatolickich autorów oskarżało jezuitów o „zażydzenie” (Verjudung) chrześcijaństwa. W obiegu był termin „żydojezuityzm” (Juda-Jesuitismus). Houston Stewart Chamberlain, niekwestionowany autorytet dla wszystkich poszukiwaczy zaginionej „cywilizacji aryjskiej”, utrzymywał, że Ćwiczenia duchowe św. Ignacego Loyoli są „produktem semickiego umysłu”. Badania nad wizerunkami twórcy zakonu (św. Ignacego Loyoli) doprowadziły w 1913 roku Georga Lomera do wniosku, że „zdecydowanie nieniemiecka jest górna powieka, która przesłania niemal połowę źrenicy, tak jak to bywa nieraz u Arabów i Żydów. Wskazuje to na domieszkę semickiej krwi”.

Dodajmy, że teksty Lomera oraz innych tego typu „ariozofów” i okultystów stanowiły w tym czasie podstawową lekturę dla przebywającego w Wiedniu młodego Adolfa Hitlera. Wśród jego ulubionych autorów był również J. Lanz-Liebenfels (cysters usunięty z zakonu za homoseksualizm), który w 1903 roku ostrzegał swoich czytelników, że „jezuita nigdy nie atakuje przeciwnika wprost. Posługuje się jego żoną! Niemieccy mężczyźni, strzeżcie przed nimi swoich kobiet. Nie ma takiej protestanckiej kobiety, nawet żony pastora, której jezuici nie potrafiliby przekabacić!”.

We Francji elementem laicyzacyjnej kampanii, zainicjowanej w drugiej połowie lat 70. XIX wieku przez III Republikę, było wygnanie jezuitów w 1879 roku. Również nad Sekwaną opinia publiczna była długo przygotowywana do przyjęcia tezy, że banicja jezuitów jest warunkiem nieodzownym „popchnięcia kraju na tory postępu”. Jeden z najwybitniejszych historyków francuskich, Jules Michelet (kolega Mickiewicza jako wykładowcy Collège de France) przekonywał o tym już w pierwszej połowie stulecia. W jednej ze swoich książek poświęconych w całości Towarzystwu Jezusowemu (Des Jésuites) piętnował nienasycony apetyt jezuitów na władzę, do której dążą oni wszelkimi możliwymi sposobami – przez „korumpowanie młodych umysłów” (czyt. jezuickie kolegia), intrygi na szczytach władzy oraz – last but not least – manipulowanie zza krat konfesjonału, zwłaszcza kobietami, aż nadto – jak stwierdzał Michelet – podatnymi na „jezuickie machinacje”.

Znamienne słowa padły w 1879 roku podczas debaty we francuskim parlamencie, kiedy to wnioskodawca usunięcia jezuitów z Francji, minister oświecenia publicznego Jules Ferry, tłumaczył deputowanym: „to oni [jezuici] nadają ton w edukacji, to oni dostarczają przykładu innym; to oni odnoszą sukces, to oni są modni; ponieważ to oni służą jako model dla wszystkich kościelnych instytucji, to u nich instytucje te poszukują książek dla siebie”. Takie było prawdziwe tło ataków na Towarzystwo Jezusowe od XVI wieku. Ich przyczyną nie była słabość zakonu, ale odwrotnie: jego siła, mierzona wiernością Ewangelii i Kościołowi.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (4) Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (3) Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku