Historia Kościoła Nowości

Propagandą w Kościół cz. 2 – oświecenie

Maj 10, 2017 Grzegorz Kucharczyk

Antykatolicka propaganda epoki oświecenia budowała swój przekaz na dziedzictwie czasów reformacji. Również na oświeceniowych salonach rozczytywano się w „rewelacjach” dotyczących „milionów ofiar” kościelnej inkwizycji czy też informowano się o „zbrodniach” popełnianych za murami klasztorów.

Katolicyzm – bieda i ciemnota

Oświecenie dodało jednak nowy wątek w tej propagandzie antykatolicyzmu, a mianowicie przekonanie, że katolicyzm jest dowodem cywilizacyjnego zapóźnienia, przejawem „zabobonu” i „ciemnoty”. Katolicyzm w tym świetle to już nie tylko religia ludzi okrutnych, żądnych władzy, manipulatorów działających za kulisami, buntowników – krótko mówiąc – religia, której należy się bać i którą dlatego trzeba odrzucić. Oświeceniowy przekaz propagandowy zaczął zmieniać w tym względzie akcenty i przekonywał, że katolicyzm jest religią nie tyle groźną, ile nie nadającą się dla tzw. cywilizowanego człowieka, a bycie katolikiem nie jest dowodem tylko na ślepe przywiązanie do „rzymskiego antychrysta”, ale raczej dowodem zacofania, nienadążania za postępem, więcej – celowym zamykaniem się na jego dobroczynne działanie.

Ten propagowany przez oświeceniowe elity antykatolicki przekaz propagandowy można obserwować zwłaszcza w sytuacji, gdy społeczność katolicka była obiektem polityki jawnej dyskryminacji i wykluczania, realizowanej przez władze państwowe. Dobrze to ilustruje przykład Wysp Brytyjskich (Brytanii oraz Irlandii) w XVIII w., gdzie katolicy od ponad dwustu lat byli na mocy tzw. praw karnych (penal laws) zepchnięci do statusu obywateli drugiej kategorii.

W brytyjskiej (protestanckiej) prasie w XVIII w. państwa katolickie były zazwyczaj przedstawiane jako kraje zacofane, gdzie ludność żyje w biedzie materialnej i nędzy umysłowej. W ten sposób przedstawiano na przykład Francję, z którą Wielka Brytania akurat w tym stuleciu toczyła rozliczne wojny zarówno w Europie, jak i w Nowym Świecie. Mamy tutaj do czynienia z analogiczną sytuacją do epoki reformacji, kiedy to z powodu politycznej rywalizacji z monarchiami katolickimi (Hiszpanią i Portugalią) Londyn (wspierany w tym przez Niderlandy) toczył wojnę nie tylko za pomocą flot statków wojennych, ale również rozwijając „czarną propagandę” wymierzoną w swoich politycznych (i wyznaniowych) przeciwników.

W XVIII w. brytyjskie czasopisma, almanachy i kalendarze (przypominające wówczas raczej książki) przekonywały swoich czytelników, że francuscy chłopi żyją w skrajnym ubóstwie. Zwyczajowo obrazowano te „odkrycia” ilustracjami przedstawiającymi francuskiego wieśniaka w drewnianych sabotach, w poszarpanej odzieży, zgiętego wpół. Taki stan rzeczy (nie mający jednak pokrycia w rzeczywistości społecznej Francji) autorzy propagandy wyjaśniali, wskazując nie tylko winę królewskiego absolutyzmu panującego we Francji, ale również przypominając „zgubny” wpływ katolicyzmu, który w przeciwieństwie do protestantyzmu promuje lenistwo, rozrzutność – generalnie niegospodarność.

W tym kontekście często pojawiał się motyw katolickich świąt kościelnych. Ich duża – zbyt duża, zdaniem propagandystów – liczba była koronnym dowodem na to, że po katolikach nie można spodziewać się pracowitości i kreatywności. Tę katolicką „przypadłość” piętnowano nie tylko we Francji czy Hiszpanii, ale także w leżącej nieopodal Irlandii. Jeden z protestanckich pastorów w opublikowanym przez siebie w 1764 r. opisie podróży po Irlandii zżymał się na „zalew” katolickich świąt przestrzeganych przez Irlandczyków, przyzwyczajanych w ten sposób do lenistwa, i jednocześnie podnosił zasługi reformacji, „która przywróciła pracy tak wiele dni zagubionych dla niej pod nazwą dni świątecznych”.

Nowa, nieznana planeta

Należy zwrócić uwagę na to, że w oświeceniowej propagandzie wymierzonej w katolicyzm osobnym i nowym podgatunkiem były pozostawione przez przedstawicieli elit oświeceniowych (często protestanckiego wyznania) opisy podróży do krajów katolickich. Pełniły one funkcję właśnie propagandową, a nie opisową. Służyły udowodnieniu z góry przyjętej tezy o cywilizacyjnym upośledzeniu katolickich społeczności.

Weźmy przykład z brytyjskiej prasy z pierwszej połowy XVIII w., w której pojawił się opis podróży pewnego Anglika do Włoch. Czymś szokującym okazał się dla angielskiego przybysza pobyt w Loreto. Jego uwagi nie przykuło bynajmniej znajdujące się tam sanktuarium Domku Świętej Rodziny. Chodziło o coś innego: „jest czymś zawstydzającym, że tak wielkie skarby klejnotów oraz innych bogactw są tutaj zagrzebane w kościołach, podczas gdy wszyscy mieszkańcy tego miasta umierają z głodu”. Przekaz propagandowy ukryty w tym zdaniu przekonuje nie tylko o biedzie katolickiej społeczności, ale również wskazuje winowajcę – wota dziękczynne zawieszane na ołtarzach przez ludzi dziękujących za otrzymane łaski.

Podobne wątki odnajdziemy w opisach podróży niemieckich oświeceniowców do katolickich części Niemiec, przede wszystkim do Bawarii. Kraj ten „pozwolił przez wieki rosnąć swoim katolickim przesądom jak chwastowi”. Cytowane słowa pochodzą od Friedricha Nicolaia, jednego z czołowych przedstawicieli niemieckiego oświecenia, wydawcy wielotomowej „Deutsche Bibliothek”. Pod koniec XVIII w. odwiedził on Bawarię, w tym największe maryjne sanktuarium tego kraju w Altötting, gdzie – jak informował swoich czytelników – „corocznie pielgrzymuje wiele tysięcy głupich bigotów”. Kolumna postawiona w Monachium ku czci Najświętszej Maryi Panny (jako wotum wdzięczności za ocalenie miasta od najazdu szwedzkiego podczas wojny trzydziestoletniej) była zaś oceniona przez niego jako „pomnik głupiej bigoterii i w najwyższym stopniu błędnej polityki”.

Podobne odczucia miał inny oświeceniowy pisarz, Carl J. Geiger, który odwiedzając bawarskie Eichstatt, „odniósł wrażenie”, że miasto to (jeden z najznakomitszych przykładów barokowej architektury w Niemczech) „zostało zbudowane na siedzibę ponurego barbarzyństwa i głupoty, a ciężkie, niezdrowe powietrze oznajmia, że wieje tu duch ortodoksji i fanatyzmu”.

Katolicy byli więc generalnie „inni”. Inaczej budowali miasta niż „normalni” ludzie, oddychali jakimś innym powietrzem, a nawet ich spojrzenie było całkiem inne. W drugiej połowie XVIII w. karierę wśród oświeceniowych elit niemieckich zaczęło robić pojęcie „religijnej fizjonomii”. Wśród najważniejszych kwestii roztrząsanych przez tę nową, oświeceniową „naukę” było zagadnienie „katolickiego spojrzenia”. Generalnie było to spojrzenie złe, z wyjątkiem katoliczek. Spostrzegawczy F. Nicolai zauważył bowiem, że „jest w nim coś miękkiego, wstydliwego, coś upartego, coś wewnętrznego. Stąd też katolickie dziewczęta wyglądają ceteris paribus ładniej niż inne”.

To, co „inne” – w znaczeniu gorsze, bo zacofane – zasługiwało również na wyśmianie. Właśnie od epoki oświecenia datuje się dodanie do zestawu elementów antykatolickiej propagandy jeszcze jednej ingrediencji – pogardy dla wiary tzw. zwykłych ludzi (katolików). Cytowany wcześniej F. Nicolai w opublikowanym w 1781 r. dziele O religii i zwyczajach religijnych w Wiedniu stwierdzał m.in.: „cudotwórstwo i panowanie klech, które nierozerwalnie związane jest z katolicką religią, od stuleci było rozwijane po to, aby stłumić siły ludzkiego rozumu”. Przejawem tego katolickiego „zabobonu” było według tego autora to, że „codziennie w krajach katolickich mączne ciastko jest rzekomo przemieniane w Boga”. W ten sposób został opisany cud Przeistoczenia dokonujący się podczas każdej Mszy Świętej.

W ten sam sposób centralny dla wiary katolickiej dogmat był wyśmiewany w 1735 r. w opublikowanym w Anglii druku pod znamiennym tytułem Transsubstancjacja w satyrze (Transubstantiation satirized). „Satyra” polegała m.in. na opublikowaniu ilustracji przedstawiającej Dzieciątko Jezus wrzucone pod koło młyńskie, spod którego wyłania się hostia. Takich przykładów „satyrycznego ujęcia” wiary katolickiej w oświeceniowych publikacjach można przytaczać dziesiątki.

Polska katolicka – zacofana i okrutna

Jak już wspomniano, podróż do katolickiego kraju dla przedstawicieli oświeceniowych elit intelektualnych była porównywalna do przybycia na jakąś obcą planetę, względnie do odkrycia nowego, nieznanego lądu. Nieprzypadkowo zresztą w XVIII-wiecznej brytyjskiej prasie „głównego nurtu” co rusz pojawiały się porównania katolickich Irlandczyków do „amerykańskich dzikusów”. Z kolei król Prus, Fryderyk II, z racji swojego ateizmu fetowany na oświeceniowych salonach jako „król-filozof” (oto kolejny dowód na propagandową manipulację językiem – zrównanie filozofii z ateizmem), porównywał po pierwszym rozbiorze Polaków do amerykańskich Irokezów.

Ten oświeceniowy „król-filozof” był nie tylko inicjatorem wymierzonej w Rzeczpospolitą akcji rozbiorowej, ale także należał do awangardy autorów, którzy kreślili obraz Polski jako kraju zacofanego, na skraju nędzy, rządzonego przez anarchiczną szlachtę i ciemne, katolickie duchowieństwo. W ten sposób antypolonizm szedł tutaj w parze z antykatolicyzmem. Takie poglądy król Prus upowszechniał w swojej obfitej korespondencji z czołowymi przedstawicielami zachodnioeuropejskich elit oświeceniowych (z Wolterem na czele). Te ostatnie zaś chętnie podchwytywały tę antypolską, a zarazem antykatolicką propagandę, widząc w niej uzasadnienie dla wcześniej przyjętej przez siebie „czarnej legendy” katolicyzmu jako religii ludzi zacofanych i okrutnych zarazem.

Systematycznie prowadzona propaganda potrafi całkowicie zakłamać rzeczywistość. Szef aparatu propagandy III Rzeszy Joseph Goebbels mawiał, że wystarczy odpowiednio często powtarzać kłamstwo, aby ludzie w nie uwierzyli. To abecadło każdego propagandysty i manipulatora bynajmniej nie zostało wymyślone przez wspomnianego niemieckiego polityka. Precedensów było bardzo wiele. Warto w tym kontekście przypomnieć uprawianą w epoce oświecenia propagandę, wedle której Polska (kraj katolicki, a więc zacofany) nie tylko jest cywilizacyjnym skansenem w Europie, ale jest prawdziwym „domem ucisku” dla zamieszkujących ten katolicki kraj mniejszości wyznaniowych.

Pretekstem do tak skonstruowanego ataku propagandowego stał się tzw. tumult toruński z 1724 r. W lipcu tego roku doszło w Toruniu do zamieszek między katolikami a protestantami, których kulminacją był napad tych ostatnich na miejscowe kolegium jezuickie, które zostało doszczętnie splądrowane przez ewangelików (sprofanowana została również znajdująca się w obrębie kolegium katolicka kaplica). Reakcja władz państwowych na to wydarzenie była ostra. Zwołany przez króla Augusta II sąd skazał kilku uczestników tumultu (protestantów), w tym dwóch burmistrzów Torunia, na karę śmierci.

We wszystkich krajach protestanckich w reakcji na te wydarzenia rozpoczęto kampanię oczerniania Polski – jako „kraju skrajnej nietolerancji wyznaniowej”. Powrócił również motyw katolicyzmu jako religii „naturalnie skierowanej ku przemocy”. Na przykład w ukazującej się na Wyspach Brytyjskich prasie protestanckiej zaroiło się po 1724 r. od artykułów przypominających przy okazji „toruńskiego tumultu” o tym, że „papizm zawsze był krwawą religią, która naucza prześladowania protestantów ogniem i mieczem, i z użyciem innych nieludzkich okrucieństw”.

Dla porządku warto przypomnieć, że w tym samym czasie w Wielkiej Brytanii oraz w okupowanej przez nią Irlandii obowiązywały wymierzone w katolików „prawa karne”, które nie tylko zakazywały sprawowania – nawet w domach prywatnych – katolickiego kultu (przede wszystkim Mszy Świętej), ale także pozbawiały katolików większości praw publicznych (zakaz pełnienia urzędów państwowych i samorządowych, zakaz wykonywania zawodu nauczyciela, zakaz osiągania stopni akademickich), a nawet ograniczały im prawo do dziedziczenia majątków ziemskich (podobny zakaz dotyczył kupowania ziemi przez katolików).

Dodajmy, że podobny system dyskryminacji katolików panował również w zdominowanych przez protestantów krajach skandynawskich czy w Republice Niderlandów (gdzie katolicy mogli uczestniczyć w Mszach Świętych odprawianych w tzw. utajonych kościołach w domach prywatnych – schuilkirken). Początek prawnego równouprawnienia katolików na Wyspach nastąpił dopiero w latach 30. XIX w., a w państwach skandynawskich dopiero w wieku XX. Dodajmy, że każdorazowe próby rewizji – a nie całkowitego zniesienia – praw dyskryminujących katolików podejmowane pod koniec XVIII w. przez rząd brytyjski spotykały się z ostrą, negatywną reakcją protestanckiej większości.

Gdy w 1778 r. brytyjski parlament uchwalił częściową tolerancję dla katolików (Catholic Relief Act, który nie nadawał jednak katolikom pełni praw politycznych – np. prawa do głosowania oraz swobody praktykowania swojej religii), w czerwcu 1780 r. przez Londyn przetoczyły się antykatolickie zamieszki (tzw. Gordon Riots). Atakowano nawet ambasady państw katolickich, demolując znajdujące się w ich obrębie kaplice. Rząd został zmuszony do wysłania wojska do tłumienia trwających tydzień antykatolickich pogromów. W wyniku tych represji śmierć poniosło ponad 280 protestanckich uczestników zamieszek. Porównajmy to z ofiarami tzw. toruńskiego tumultu, który miał być koronnym dowodem na „krwiożerczość papizmu”.

Tymczasem Rzeczpospolita XVIII w. – kraj rzekomej nietolerancji i prześladowań religijnych – była państwem, gdzie rzeczywiście rządzić mógł (jako król) tylko katolik, a sejm był również zamknięty dla innowierców. Ale niekatolicy mieli w Polsce tamtego czasu pełnię praw publicznych. Mogli pełnić urzędy samorządowe (burmistrzowie), mogli bez przeszkód wyznawać swój kult i drukować własne książki. Na XVIII-wiecznych sejmach podejmowano nawet uchwały zezwalające zamieszkującym Polskę muzułmanom (Tatarom litewskim) na renowację lub budowę nowych meczetów. W tym samym czasie nie odnotowywano w Polsce żadnych pogromów antyżydowskich. Ale propagandyści wiedzieli już w XVIII w. swoje: Polska, jako kraj katolicki, jest krajem nietolerancji i ucisku wyznaniowego. By użyć tutaj słów Ewangelii – „i ta pogłoska trwa do dnia dzisiejszego”.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (1-2) Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (3) To wspaniałe Chrześcijaństwo