Zagrożenia duchowe Zobacz

Pozorne szczęście

Wrz 10, 2018 Świadectwo

Wychowywali mnie rodzice mojej mamy. Moi rodzice po burzliwych sprawach rozwodowych zajęli się sobą, swoimi nowymi rodzinami, a ja zostałam sama w środku tego wszystkiego.

Moi kochani dziadkowie, którzy mnie wychowywali, wpoili mi zasady życia prostego, opartego na wierze. Uczestniczyłam w roratach, nabożeństwach majowych i różańcowych.

Potem mama wzięła mnie do siebie, chciała chyba nadrobić stracone lata i spróbować mnie wychować. Ale dla mnie, piętnastolatki, był to okres buntu. Nie rozumiałyśmy się, choć przecież kochałyśmy.

W tym czasie dowiedziałam się od dermatologa, że jestem chora na nieuleczalną chorobę: łuszczycę. Tę chorobę można tylko zaleczyć. Nadal  więc był bunt, pytania o to, dlaczego ja, dlaczego na mnie trafiło…

Myślałam:

„Jak ja wyglądam! Moja skóra krwawi, prześcieradło po każdej nocy jest całe w plamach krwi…”.

Maści, oleje, męka młodej dziewczyny, a w myślach zgorzknienie, żal, rozpacz… Chwytałam się różnych sposobów leczenia, ale o Panu Bogu całkowicie zapomniałam.

Gdy po latach się zorientowałam, że wszelkie lekarstwa na dłużej nie pomagają, że każda maść sterydowa w trakcie stosowania jest skuteczna, ale po jej odstawieniu następuje pogorszenie, skierowałam się w stronę medycyny niekonwencjonalnej.

Pozorne szczęście

Szukałam ratunku dla siebie, dla swojej chorej skóry. A stąd był już jeden krok w stronę szerszej ezoteryki.

Im bardziej wchodziłam w okultyzm, tym bardziej oddalałam się od Chrystusa i Jego Kościoła, obrażona na wszystkich księży, widząca tylko bezsens religii i wiary.

Były więc kursy Silvy, widzenie aury, reiki, bioenergoterapia, feng shui, joga, numerologia, chodzenie do wróżek, śpiewanie mantr, reinkarnacja, jakieś kryształowe czaszki i już sama nie wiem co jeszcze. Chodziłam też po żarze. Kiedyś był to dla mnie powód do dumy:

„Chodziłam cztery razy po rozpalonych węglach!”.

Dziś śmieję się z tego i myślę:

„I co z tego?! Czy mi to coś dało? Nic, kompletnie nic! Więc po co robić coś, co jest bez sensu, i jeszcze może mi zaszkodzić?…”.

Lekarstwa na swoją chorobę również nie znalazłam, a mimo wszystko nadal byłam zafascynowana okultyzmem i ezoteryką.

Poznałam swojego męża, który też w pewnym stopniu był nią zainteresowany, więc potem razem w to brnęliśmy. Wzięliśmy ślub cywilny, bo o zawarciu sakramentu małżeństwa nie chciałam nawet słyszeć.

Po dwóch latach urodził się nam syn. Nie miałam wtedy oczywiście czasu na uczestniczenie w kursach związanych z okultyzmem, ale bardzo dużo o tym czytałam. Żyło nam się dość dobrze, nie doświadczaliśmy większych trudności.

Punktem zwrotnym dla nas była przeprowadzka z naszego miasta do Polski centralnej, skąd pochodzi mąż. Dobrze czułam się w nowym środowisku, mniejszym mieście, z przychylnymi ludźmi, kochanymi teściami, daleko od swojej rodziny, z którą i tak byłam ciągle skłócona.

Kolejne lata mijały. Nasz syn rósł, ochrzciliśmy go dopiero wtedy, gdy miał prawie dwa latka. Żyliśmy dalej tak, jakby Bóg nie istniał. Gdy przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej syna, po raz pierwszy poczułam bezsens swojej sytuacji.

„Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań do zawarcia sakramentu małżeństwa, to dlaczego go nie bierzemy?” – myślałam.

Weźcie ten ślub

I nagle dzięki synowi zbliżyłam się na nowo do Kościoła. Było to w momencie, gdy on sam (bo przecież ja bym go do tego nie namówiła) zdecydował, że chce być ministrantem.

Nagle zaczęłam częściej być w kościele, rozmawiać z księdzem opiekującym się ministrantami, z proboszczem.

Zobaczyłam, że ci mężczyźni w koloratkach są mi przychylni, podczas kolędy nie grzmią na mnie i męża, lecz delikatnie uzmysławiają:

„Weźcie ten ślub kościelny! Na co czekacie?”.

Na co ja czekałam? Coś mnie wciąż trzymało z daleka od tej myśli, ale minęło znów trochę czasu i w końcu dojrzeliśmy do tej decyzji.

Nasz ślub kościelny odbył się 26 maja 2012 roku. Byli na nim obecni tylko świadkowie i syn. Gdy spytałam go parę dni przed tą uroczystością, co o tym wszystkim myśli, powiedział:

„Jestem z was dumny!”.

Moje serce się uradowało! Już nie miałam obaw, naprawdę chciałam wrócić do Pana Boga, do Jezusa. Boże działania są niesamowite.

Bóg posłużył się naszym dzieckiem, aby doprowadzić nas do zerwania z grzechem, do przyjęcia sakramentu małżeństwa i do pojednania z Panem. Chwała Panu!

Przez kolejne dwa miesiące przeżywałam wielką duchową radość. Mogłam teraz przyjmować Komunię Świętą. Moja radość z przyjęcia Pana Jezusa była ogromna i tak było za każdym razem.

Nagle pewnego dnia spadło na mnie jak grom z jasnego nieba coś, co trudno jest mi nawet opisać. Doświadczyłam olśnienia. Zaczęłam słyszeć i rozumieć słowo Boże. Było to niesamowite.

Wcześniej, chociaż tyle razy słyszałam teksty Pisma Świętego, były to dla mnie treści niezrozumiałe, które jednym uchem wchodziły, a drugim wychodziły.

Któregoś dnia usłyszałam fragment Pisma Świętego w telewizji i zdziwiło mnie, że rozumiem nie tylko sens tych słów, ale że dotyczą mnie one osobiście i odpowiadają na problemy mojego życia.

To niesamowite odkrycie poskutkowało tym, że usiadłam do komputera, zaczęłam słuchać różnego rodzaju kazań w sieci i słuchałam ich przez trzy dni.

Mogłam sobie na to pozwolić, bo był to okres wakacji, a mąż z synem wyjechali na parę dni poza dom. Jadłam tylko i spałam, a gdy się budziłam, znów słuchałam, szukałam fragmentów we własnym Piśmie Świętym, które odnalazłam zakurzone gdzieś głęboko w biblioteczce.

Wypisywałam sobie fragmenty słowa Bożego i uczyłam się ich na pamięć. Nie mogłam przestać, bo nagle otworzyła się przede mną skarbnica ogromnej wiedzy, mądrości, prawdy.

To było tak silne, że chciałam wciąż czytać. Miałam wrażenie, że tyle straciłam i teraz przyszedł moment, aby to nadrobić, nadgonić…

Dusiłam w sobie wtedy pewien problem, którego sama nie byłam w stanie rozwiązać. Widząc teraz i rozumiejąc siłę wypływającą z Pisma Świętego, postanowiłam, że oddam ten problem Panu Bogu, ufając, że On pomoże mi go rozwiązać.

Nawet nie podejrzewałam, jaka to będzie dla mnie straszna męka, to moje całkowite zawierzenie. Gdy postanowiłam oddać to w ręce naszego Ojca, natychmiast przyszły myśli:

„To nic nie da! Będzie katastrofa! Nic się nie da z tym zrobić! Jesteś głupia! Komu ty wierzysz?!”.

Myśli te pojawiały się bardzo często, odsuwałam je jednak za każdym razem, chwaląc Pana i zawierzając Mu wszystko.

Trwało to dzień lub dwa. Szukałam ratunku. Pomyślałam o spowiedzi; znalazłam w internecie wykaz pytań, aby zrobić dobry rachunek sumienia. Wszystko zapisywałam sobie na kartce, zastanawiałam się nad każdym pytaniem.

Trwało to trzy lub cztery godziny, po czym pobiegłam z tą kartką do kościoła i wyspowiadałam się ze wszystkiego, co pamiętałam. Była to moja pierwsza spowiedź święta generalna z całego życia.

Zostałam po niej na Mszy Świętej, przyjęłam Pana Jezusa. Czułam się lżejsza, natłok myśli ucichł, a następnego dnia otrzymałam rozwiązanie problemu. Chwała Panu!

„Jest jeden Bóg”

Parę dni później obudziłam się z myślą:

„Jest jeden Bóg”

– i ta myśl nie dawała mi spokoju. Stałam w swojej sypialni, zastanawiałam się:

„I co? Co to oznacza dla mnie?”

i mój wzrok skierował się na cztery biblioteczki wypełnione książkami ezoterycznymi. Już wiedziałam, co zrobić.

Zaczęłam je wszystkie wyciągać, jedną po drugiej, i pakować w walizki. Pozbyłam się tego wszystkiego, tak samo jak i wahadełek, kryształów, talii kart wszelkiej maści i tym podobnych gadżetów ezoterycznych.

Już wszystko rozumiałam. Skoro jest jeden Bóg, to po co mi te wszystkie inne „bożki”, używanie tych zgubnych przedmiotów?! To wszystko stało się zbyteczne w obliczu Jedynego Boga, który jest dla mnie prawdą. Chwała Panu!

Nastąpiły kolejne, radykalne zmiany. Spojrzałam na swoją szafę. Było tam dużo ładnych, modnych ubrań – chciałam przecież ładnie wyglądać…

Poczułam jednak w tym momencie niechęć do tych rzeczy, zrozumiałam, że nie chcę nosić wyzywających ubrań, bluzek z dużymi dekoltami.

Zrobiłam z nimi to, co z książkami. Pozbyłam się większości rzeczy, w których nie chciałam już chodzić. Poczułam ulgę…

Pan Bóg uwolnił mnie wtedy również z „zakupoholizmu”. Wcześniej, gdy miałam jakieś pieniądze, to od razu musiałam je wydać, a gdy ich nie miałam, to chodząc po sklepach, wpadałam w złość, załamanie, że nie stać mnie na to, aby kupić sobie to, co kusi z wystaw sklepowych.

Pewnego letniego dnia jechałam z mężem i synem do galerii handlowej, aby kupić synowi coś do komputera. Nie chciałam tam jechać, bo bałam się, że znów najdą mnie te myśli:

„Nie stać cię na to, zobacz, jaka piękna bluzka, super buty! Nie stać cię na to, jesteś beznadziejna”.

Nie chciałam, aby to znów się powtórzyło, więc błagałam Boga, aby mi pomógł. Przyszła myśl:

„Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego”.

Wyciągnęłam swój skórzany portfel i napisałam sobie na nim to zdanie długopisem. W momencie wejścia do galerii, gdy zobaczyłam te piękne witryny sklepowe, poczułam atak, natłok myśli.

Pomyślałam:

„Jak mogę się przed nimi obronić? Mam tylko jedno przy sobie: słowo Boże”.

I tak z tym zdaniem w myślach:

„Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego”,

chodziłam z rodziną od sklepu do sklepu i nawet nie spostrzegłam, jak złe myśli odeszły. Po tym wydarzeniu problem z „zakupoholizmem” zniknął z mojego życia bezpowrotnie. Chwała Panu!

Kolejny atak

I wtedy nastąpił kolejny atak Złego. Nowy, inny, z wielką siłą. Myślę, że nieźle się musiał diabeł zdenerwować, jak zobaczył, że po 14 latach życia w grzechu, będąc po czterdziestce, bierzemy z mężem ślub kościelny. Śmiałam się z reakcji swojej znajomej, która powiedziała:

„Co? Wzięliście ślub kościelny? Przecież w tym wieku to się rozwód bierze!”.

„Tak, rozwód – ale z szatanem!” – pomyślałam.

Teraz rozumiem, że złe moce tak łatwo nie chciały z nas zrezygnować. Zaczęły się więc problemy finansowe męża, a moja ukochana teściowa dostała wylewu. Nagle oprócz syna miałam jeszcze ponad osiemdziesięcioletnią „córkę”, osobę całkowicie od nas zależną, którą musiałam myć, karmić, ubierać, przenosić.

Ten natłok obowiązków spowodował, że popadłam w stan żalu, złości. Myślałam:

„Dlaczego to się wydarzyło? Dlaczego nie mogę zająć się teraz swoją duchowością? W jakim celu Bóg mi to zesłał?”.

A w myślach szatan zaraz szeptał:

„I co ci po tym ślubie kościelnym? Dało ci to coś? Gdzie jest twój Bóg?”.

Odpierałam te ataki w myślach;  z jednej strony nie poddawałam się, ale z drugiej popadałam w stan apatii, zniechęcenia. Cały czas trwałam przy Bogu, jednak moją wcześniejszą radość zabrał mi zły duch.

Szukałam ratunku. Powiedziałam sobie, że zawierzam całą siebie, każdą swoją decyzję życiową Jezusowi. Miałam świadomość tego, że bez Niego niczego dobrego nie zrobię.

Pragnęłam, aby moja rodzina żyła w łasce uświęcającej. Z mężem bywało różnie. Był taki moment, że nie chciał chodzić do kościoła ze mną i z synem.

Bardzo długo z nim rozmawiałam, tłumaczyłam tak, jak potrafiłam. Czasami brakowało mi już sił, nie wytrzymywałam i wykrzykiwałam mu, że jest „letni”.

Mąż nie pozostawał mi dłużny i na te słowa odpowiadał, że jestem już prawie jak zakonnica i wszystkie rozumy pozjadałam. Wykrzyczał mi, że on tego wszystkiego nie rozumie, że ja się nawróciłam, ale on – nie!

„Boże! – błagałam – co robić?”.

Wzięłam różaniec, którego – przyznam szczerze – nie lubiłam wcześniej odmawiać (za długo, nużące, bez sensu). Do pracy mam 19 kilometrów. W momencie wyjazdu z domu zaczynałam odmawiać różaniec, a gdy dojeżdżałam do pracy – kończyłam go.

„To niesamowite – pomyślałam – to czas dla Maryi”.

Teraz odmawiam różaniec za każdym razem, gdy jadę do pracy: w jedną i w drugą stronę.

W końcu przyszedł dzień, w którym mąż poszedł do spowiedzi. Znów razem mogliśmy uczestniczyć we Mszy Świętej. Jak moja dusza się cieszyła! Chwała Panu!

Stres związany z chorą teściową minął w momencie, gdy zrozumiałam, że prawdziwie wierzący katolik ma żyć dla drugiego, służyć mu pomocą.

Moje wcześniejsze poglądy co do własnej osoby zrewidowałam, zobaczyłam, jak mocno tkwiłam w sieci egoizmu. Dlatego zaczęłam, np. podczas sprzątania domu, powtarzać sobie na głos:

„Jestem pokorną służebnicą Pana”.

Długo nie mogłam zrozumieć, co to tak naprawdę znaczy bycie pokornym. Teraz rozumiem więcej. Gdy ktoś prosi mnie o pomoc, to – jeśli tylko mogę pomóc – to przyjmuję to z radością. Nie mam myśli zniechęcających mnie do takich działań.

Stwierdziłam również, że bycie wiernym Bogu, gdy jest się w kościele, jest bardzo proste. Jednak dopiero życie za drzwiami świątyni pokazuje, jacy jesteśmy naprawdę.

Nie boję się teraz mówić o Panu Bogu

W pracy dyskutujemy o problemach duchowych, staram się też służyć własnym przykładem. Opowiadam o swoich rozterkach i wspólnie szukamy rozwiązań, opierając się na Panu Jezusie.

Podkreślam zawsze, że człowiek prawdziwie wierzący nie zna depresji, nigdy w nią nie wpadnie. A jeśli nawet wpadnie, to szybko z niej wyjdzie, bo wie, gdzie szukać pomocy. Tkwienie w dołku psychicznym jest dla mnie niemożliwe, skoro mam swojego Lekarza, Boga Wszechmogącego, i najwspanialsze Lekarstwo, jakim jest Ciało Chrystusa.

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz popadłam w stan marazmu, bezsensu życia. To stało się dla mnie obce, a kiedyś było mi tak dobrze znane… Chwała Panu!

Niespodziewanie któregoś dnia zadzwonił telefon:

„Proszę przyjechać na rozmowę, zostały wdrożone procedury, gdyż syn głośno wypowiedział, że chce się zabić, i to dwa razy w ciągu ostatnich dwóch dni” (był wtedy w szóstej klasie).

Na te słowa zamarłam. Pomyślałam:

„Co jest? Jakie myśli samobójcze! To niemożliwe!”.

Nie mogłam wydusić z siebie słowa, gdy prosiłam koleżanki, aby zastąpiły mnie w pracy. Wsiadając do auta, pomyślałam:

„Co ja mam zrobić? Gdzie szukać ratunku?”

i mój wzrok padł na różaniec. Dalszą drogę przemodliłam, oddałam swojego syna Maryi. Przyszło mi na myśl, aby wezwać Ducha Świętego i prosić Go, aby był przy mnie podczas tej rozmowy w szkole.

W momencie wjechania do mojego miasta panika zniknęła, a ja poczułam w sobie spokój. Wszystko się wyjaśniło, choć kolejne dni były nerwowe.

Postanowiłam szukać pomocy, ofiarowując Msze Święte w intencji naszego syna. Zapisałam się też do Róży Różańcowej, w której rodzice odmawiają różaniec za wszystkie dzieci w naszej Odnowie.

Sprawa syna w szkole się nie skończyła, ale wierzę, że zakończy się pozytywnie. Mąż odchodzi od zmysłów, ale ja zapewniam go, że ten kryzys zaraz minie, musimy tylko w wierze to przetrwać. To tylko próba i od nas zależy, jak przez nią przejdziemy.

Jeszcze dużo pracy przede mną, chciałabym mniej emocjonalnie podchodzić do problemów. Jest nieraz bardzo ciężko, ale mam w sobie siłę, gdyż mam wsparcie od Jezusa i Maryi.

Kiedyś przeczytałam, że szatan działa również, wykorzystując nasze myśli, emocje i uczucia. Wciąż o tym pamiętam.

Jedną z najważniejszych rzeczy jest dla mnie to, aby odczuwać radość każdego dnia, niezależnie od tego, co się dzieje, tak, jak jest napisane w Piśmie Świętym:

„Radujcie się zawsze w Panu, jeszcze raz powtarzam: radujcie się!” (Flp 4,4).

Beata

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Zmagania o prawdęRozmowa z siostrą Michaelą Pawlik OPWyrwana z ciemności. New Age, wiara chrześcijańska i walka o dusze - Moira NoonanMagia - cała prawda - Wydanie III uzupełnione