Wiara Zobacz

„Podpis” św. Szarbela

Kwi 29, 2019 Świadectwo

Święty Szarbel był dla mnie całkiem nieznany, dopóki w niezwykły sposób nie wkroczył w życie naszej rodziny.

W wigilię święta Miłosierdzia Bożego 2015 roku odbywaliśmy z żoną rekolekcje w naszej wspólnocie neokatechumenalnej. Dzieci zostały w domu pod opieką. W sobotę, w czasie rekolekcji, usłyszałem od katechisty słowa, które okazały się dla mnie bardzo znaczące:

„Gdybyś miał ducha Jezusa Chrystusa i stałoby się coś trudnego w twoim życiu – straciłbyś pracę, okradliby cię itp. –  wyszedłbyś stąd, mówiąc:

»Chwała Ci, Panie Jezu. Dziękuję Ci za to, bo Ty czynisz dla mnie coś nowego«”.

Z tymi słowami wyszliśmy na przerwę po katechezie. Zadzwoniła wtedy moja córka, Ania, która zaczęła chaotycznie tłumaczyć, że nasz syn, Paweł, nie oddycha.

Szybko wsiedliśmy do samochodu. Po drodze dowiedzieliśmy się, co się stało. Otóż Paweł bawił się w kopcu piasku za domem, kopiąc w nim tunele. Kiedy Ania wołała młodsze dzieci na obiad, przyszły wszystkie z wyjątkiem Pawła. Ten został, bawiąc się dalej w najlepsze.

Wychodząc z tej „piaskownicy”, przewrócił się i tyłem wpadł w jeden z tuneli. Momentalnie piasek zawalił się na niego tak, że wystawały tylko nieznacznie jego stopy.

Zaniepokojona Ania zaczęła szukać chłopca. Przechodziła obok piasku kilka razy, szukając Pawła tam, a potem u sąsiadów i w domu babci. Wszyscy byli już na obiedzie, a Pawła nadal nie było.

Po dobrych kilku minutach Ania spostrzegła wystające z piasku stopy chłopca. Natychmiast zaczęła wzywać pomocy. Sąsiad, który pracował niedaleko i który zazwyczaj miał włączone głośne maszyny, zrobił sobie akurat przerwę i czym prędzej przybiegł, słysząc krzyk

Oboje z Anią zaczęli wyciągać Pawła z piasku. Zanim go znaleźli i wyciągnęli, minęło ok. 17 minut. Dopiero wtedy sąsiad zaczął robić chłopcu sztuczne oddychanie. Niestety, bez rezultatu…

Przyjechała karetka. Lekarze podłączyli Pawła do respiratora i helikopterem przetransportowali go do Poznania.

Pamiętam, jak przed startem lekarz zasugerował, żebyśmy pożegnali się z synem… W szpitalu wszyscy twierdzili, że stan chłopca jest krytyczny. Nie dawano nam cienia nadziei na jego wyleczenie…

Po tygodniu próbowano odłączyć go od respiratora, ale Paweł nie podejmował samodzielnie czynności oddychania.

Dla mnie było ważne również to, co Pan Bóg z nami robił w tym czasie, a konkretnie ze mną. Mianowicie gdy Paweł wciąż leżał na intensywnej terapii w szpitalu, my przechodziliśmy intensywną terapię duchową u Maćka i Gosi – gościnnego małżeństwa, w domu którego zatrzymaliśmy się z żoną.

Pierwszego dnia poszliśmy na Eucharystię, choć, przyznaję, że nie chciałem na Nią pójść. Powiedziałem do Maćka, że mi syn umiera, a on na to:

„A czym ty się przejmujesz? Przecież Chrystus zmartwychwstał!”.

I kilka razy to później powtarzał. Strasznie mnie to denerwowało. Ja mam poważny problem, a on mi z jakąś teologią wyjeżdża! Ta sytuacja obnażyła całą moją niewiarę.

W tym czasie za Pawła modliło się bardzo wiele osób: cała jego szkoła, nasza wspólnota, wspólnoty w Poznaniu, Kaliszu i Łodzi. Wstawałem rano i czułem, że modlitwa tych ludzi mnie podnosi. Zacząłem uczyć się wiary.

W tym czasie ks. Łukasz, odpowiedzialny za naszą kaliską wspólnotę, stwierdził, że trzeba wybrać jednego świętego, który będzie się wstawiał za Pawłem. Zdecydowaliśmy, że to musi być św. Szarbel.

Modliliśmy się często przy Pawle z nadzieją, że Bóg przywróci mu zdrowie. Mówiliśmy do niego, czytaliśmy mu, robiliśmy wszystko tak, jakby był przytomny. Mogliśmy zostawać w szpitalu tylko do godz. 20.

Dzień przed przyjazdem ks. Łukasza do Poznania bardzo się pokłóciłem z panią doktor, która prowadziła mojego syna. Lekarka ta powiedziała, że jeśli Paweł w ogóle z tego wyjdzie, to będzie jak roślinka… To mnie bardzo mocno wzburzyło.

Zbulwersowany tym, co usłyszałem, przyjechałem wyżalić się do Maćka. Opowiadałem mu o całym zajściu, oczekując współczucia, ale on wziął mnie na bok, mówiąc:

„Słuchaj, Przemek, jeśli ona ci mówi, że on umrze, to pewnie tak będzie. Ty musisz pokazać rodzinie, że wierzysz i że to jest dla twojej rodziny dobro od Boga. Weź się w garść”.

Pamiętam, że noc po tej rozmowie była czasem wielkiego zmagania się z Bogiem. Czułem się jak Abraham, który stoi przed decyzją oddania swojego jedynego syna Bogu, przed złożeniem go w ofierze na górze Moria (zob. Rdz 22).

Nad ranem przyszedł pokój. Zgodziłem się oddać Pawła Bogu, jeśli On faktycznie chce go zabrać do siebie. Zacząłem myśleć o pogrzebie i wszystko planować.

Zazwyczaj mogliśmy przychodzić do Pawła o godz. 13, ale tego dnia lekarka zadzwoniła do nas ok. dziewiątej, prosząc, byśmy przyjechali do szpitala. Byłem przekonany, że to już koniec.

W tym czasie przyjechał ks. Łukasz z olejem św. Szarbela i namaścił mojego syna. Po godzinie Paweł się obudził! Cały czas powtarzał:

„Tato, on tam jest!”,

pokazując gdzieś na ścianę. Widział św. Szarbela.

Badania lekarskie wykazały, że Paweł jest zdrowy! Chwała za to Panu, który obdarzył nas nim na nowo przez wstawiennictwo św. Szarbela.

Dziś Paweł ma 11 lat i jest normalnym dzieckiem. Jedyny znak, który pozostał mu po całym tym wydarzeniu, to tajemniczy ślad z tyłu głowy, jakby mu ktoś robił tam operację. Czasem myślę, że to św. Szarbel zostawił tam swój „podpis”.

Przemek

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Padre Jarek od Św. SzarbelaModlitwy do Świętego Szarbela