Rodzina Zobacz

Płodność – święty dar cz. 1

Maj 20, 2019 Jacek Pulikowski

W czystości małżeńskiej kluczową rolę odgrywa podejście do przyjemności seksualnej oraz do płodności i jej owoców – dzieci. Postawienie przyjemności ponad życie własnego dziecka jest zgubne, gdyż nieuchronnie prowadzi małżeństwo do degradacji (zarówno osób jak i ich więzi).

Uznanie płodności i każdego poczętego, nawet nieplanowanego, dziecka za wielki dar i nietykalną świętość jest rozwojową postawą i powoduje duchowy wzrost osób i ich więzi. Jest jedyną drogą do pełni szczęścia małżeńskiego i zarazem do… świętości.

Jasne jest więc, dlaczego podejmujemy temat płodności. Logika to podpowiada. Podejście do płodności jest bowiem fundamentalnie ważne dla każdego małżeństwa, co jest, mam nadzieję, oczywiste.

Jest jednak równie ważne dla ludzi nie żyjących w małżeństwie, co wymaga pewnego wyjaśnienia.

Skoro tak dużo mówi się o „seksie”, czyli płciowości wpisanej w naturę człowieka, o działaniach płciowych i konkretnie o współżyciu płciowym, powinno być również normalne mówienie o skutkach współżycia płciowego.

O skutkach radosnych i smutnych, a więc o dzieciach, macierzyństwie i ojcostwie, szczęściu rodzinnym, ale również o chorobach, nieszczęściach, zdradach, rozbitych rodzinach…

Jednak uczciwe mówienie o owych skutkach nie jest częste, zwłaszcza w polskich, ale nie do końca „naszych” środkach społecznego przekazu. Jest to znamienne i ma oczywiście swoje powody, poważniejsze i zaplanowane bardziej, niż się to powszechnie wydaje.

Mówienie o skutkach działań płciowych skłania do refleksji i w efekcie musi ograniczać m.in. bezrozumność w podejmowaniu współżycia i innych działań płciowych.

Lecz ta właśnie bezrozumność jest na rękę tym, którzy zarabiają na wszelkich przejawach bałaganu w dziedzinie płciowości. Są to całe gigantyczne przemysły (np. pornograficzny, antykoncepcyjny…). Lista zarabiających jest długa, a zyski ogromne. Jest to jednak odrębny temat…

Nie jedynym, lecz bardzo istotnym i nie do pominięcia, skutkiem współżycia płciowego może być poczęcie dziecka. Jest to fakt oczywisty, o którym wiedzą już nawet dzieci (wiara w rolę bocianów w tym względzie wymarła od czasu, gdy najbardziej zatwardziałe babcie zostały uświadomione przez wnuczków).

Chociaż wszyscy o tym wiedzą, to do tego faktu ludzie podejmujący współżycie płciowe podchodzą bardzo różnie. Jak mianowicie?

Pierwsza grupa ludzi

Pierwsza grupa to ci, którzy „udają” przed sobą i innymi, że płodności nie ma. Podejmują współżycie beztrosko, dla zabawy, bezrefleksyjnie, wręcz bezrozumnie. Jest to postawa infantylna, częsta wśród „rozrywkowej” młodzieży, ale bywa również udziałem ludzi (zwłaszcza mężczyzn) całkiem niemłodych.

Przy takiej postawie poczęcie dziecka przyjmowane jest z wielkim zaskoczeniem. Zwykle pojawia się agresja przeciwko niemu, bardzo często kończąca się wykonaniem wyroku śmierci na niewinnym przecież dziecku. Za winy rodziców.

Ludzie o takiej postawie są niezdolni do założenia trwałej rodziny. Tworzą krótkotrwałe związki pozostawiające za to trwałe, bo na całe dalsze życie, rany.

Druga grupa ludzi

Druga grupa, jak sądzę, znacznie liczniejsza, to ci spośród podejmujących współżycie, którzy biorą pod uwagę możliwość poczęcia dziecka, lecz nie chcą go i wręcz boją się zaistnienia nowego życia.

Postawa ta jest powszechna poza małżeństwem (co jest oczywiste), lecz również, niestety, nierzadka wśród małżeństw. Prowadzi ona w prostej linii do praktyk antykoncepcyjnych.

Przyjęcie takiej postawy wynika albo z niewiedzy, że problem płodności, planowania poczęć (również odkładanie poczęcia) można rozwiązać inaczej niż antykoncepcją, a mówiąc wprost, lepiej, albo z niechęci czy nieumiejętności rezygnacji ze współżycia.

Dla ludzi o takiej postawie współżycie jest celem samym w sobie, a przyjemność z nim związana jest jakby autonomiczną wartością, której, jak twierdzą, trzeba i wolno podporządkować wszystko, nawet życie ewentualnie poczętego dziecka.

Ludzie przynależący do tej grupy podejmują współżycie zawsze, gdy tego zapragną, a okoliczności zewnętrzne im to umożliwią.

Oni próbują „uczciwie zabezpieczyć się” przed skutkiem współżycia, jakim może być poczęte dziecko.

„Bezpieczeństwo” mają zapewnić różnorodne środki i sposoby antykoncepcyjne. Wszystkie one są nastawione na zniszczenie naturalnej (zdrowej) funkcji organizmu, jaką jest płodność!

Mówienie o całkowicie nieszkodliwej dla zdrowia antykoncepcji jest nonsensem. Oczywiście mówiąc „nie szkodliwa”, myśli się tylko o skutkach ubocznych, wyłączając zamierzone niszczenie zdrowia w dziedzinie płodności.

Otóż nawet w tym sensie nie ma nieszkodliwej antykoncepcji – negatywne skutki, większe lub mniejsze, występują zawsze zarówno w zdrowiu fizycznym, jak i psychicznym. Wynika to z naruszenia naturalnego stanu (lub jak kto woli – ekologii) istoty psycho-fizyczno-duchowej, jaką jest człowiek.

W przypadku, gdy antykoncepcja zawiedzie i niechciane dziecko się pocznie, bardzo często rodzice jego są „konsekwentni” i, mówiąc eufemistycznie, nie pozwalają mu się urodzić. Nazywając rzecz po imieniu – zabijają je.

Postawę tych ludzi cechuje wewnętrzne rozdarcie (ambiwalencja) – z jednej strony chcą współżyć, z drugiej boją się skutków współżycia.

To tak, jakby chcieli bawić się ogniem, lecz bali się poparzenia, lub chcieli popływać po wzburzonym oceanie, ale bali się utonięcia.

Ten lęk przed owocem działania jest paraliżujący zwłaszcza dla kobiety, blokuje głębię jej przeżyć i skazuje parę jedynie na doznania nieraz silne, ale jednak powierzchowne, o charakterze naskórkowym.

Trzecia grupa ludzi

Trzecia grupa ludzi to ci, którzy cieszą się swą płodnością, traktują ją jako dar, chcą uszanować jej naturę, a jednocześnie chcą skutki współżycia płciowego wziąć „w swoje ręce”.

Szanując naturę płodności, pragną zaplanować najlepszy czas na poczęcie swych kolejnych dzieci i ostatecznej liczby tych dzieci. Ci ludzie podejmują trud (nie taki zresztą wielki jak przeciwnicy straszą) nauczenia się rozpoznawania na bieżąco płodności, a ściślej dni w cyklach miesiączkowych żony, w których współżycie może prowadzić do poczęcia i dni, kiedy jest to niemożliwe. Konsekwentnie dostosowują czas podejmowania współżycia do aktualnych planów prokreacyjnych.

Mówiąc wprost: współżyją w czasie rozpoznanym przez siebie jako dający maksymalną szansę na poczęcie wtedy, gdy zamierzają począć dziecko, lub współżyją w dniach tzw. niepłodności, gdy nie zamierzają począć dziecka.

Postawa taka jest naturalna, ekologiczna, niczego nie niszczy, niczego nie narusza. Jest zdrowotnie nieszkodliwa, a wręcz sprzyja zdrowiu przez rosnącą integrację wewnętrzną małżonków, płynącą z życia zgodnego z naturą.

Sprzyja pogłębianiu szacunku dla kobiety (liczenie się ze stanem jej organizmu), wzrostowi wartości dziecka (ze względu na jego dobro podejmowany jest określony trud), akceptacji nawet nie zaplanowanego dziecka (co wyraźnie potwierdzają badania) i niesie jeszcze wiele innych pozytywnych skutków, których nie sposób wymienić.

W efekcie postawa ta staje się stylem życia sprzyjającym, jak pokazuje doświadczenie, szczęściu małżeńskiemu i rodzinnemu.

Oczywiście realizacja tej postawy wymaga umiejętności czasowej rezygnacji ze współżycia, do której osiągnięcia jest zdolny każdy normalny człowiek. Co więcej, umiejętność ta jest potrzebna każdej parze małżeńskiej i konieczna m.in. do zachowania wierności. Bez tej umiejętności obietnica czy nawet ślub wierności jest pustosłowiem bez pokrycia i szans na realizację.

Czas rezygnacji ze współżycia, czekania na siebie jest czasem narastania wzajemnej atrakcyjności seksualnej, zabezpiecza przed spowszednieniem w tej sferze życia małżeńskiego.

I wreszcie jest bardzo ważnym czasem, w którym uczymy się wyrażać wzajemnie miłość w inny sposób, gestami nie nastawionymi na pobudzenie i doprowadzenie do współżycia płciowego.

Ta umiejętność jest niezbędnie potrzebna każdemu małżeństwu. W przeciwnym razie, kryzys nastąpi zapewne już przy czekaniu na urodzenie pierwszego dziecka i po porodzie, kiedy to przez około 3 miesiące (a czasem dłużej) ze względów zdrowotnych po prostu nie powinno się współżyć.

Zdarza się, że w tym czasie mąż chodzi po domu „jak lew w klatce” i wścieka się na żonę i dziecko, bo przez nich nie może współżyć. Na swój użytek określa to słowami, że „nie może żonie pokazać, jak ją kocha”, bo niestety inaczej nie umie. Smutne to, a nawet żałosne…

Czy przyjęcie postawy szacunku dla natury płodności gwarantuje szczęście małżeńskie? Otóż bezwzględnie sprzyja szczęściu, lecz jeszcze go nie gwarantuje.

Może się np. zdarzyć, że jakieś małżeństwo pozna naturę płodności, uszanuje ją, lecz z egoistycznej wygody nie zaplanuje dzieci lub zaplanuje ich mniej, niż powinno mieć.

Tu chciałbym zastrzec, że nigdy nie podjąłbym się orzekania, ile dzieci powinno mieć dane małżeństwo. Jest to sprawa roztropności i wielkoduszności małżeństwa.

Jeżeli jednak zabraknie wielkoduszności w tej dziedzinie, to w ogólnym rozrachunku życiowym małżeństwo często przeżywa smutek, a w każdym razie brak pełni szczęścia.

Smutek ten nasila się zwykle, gdy skończył się już dla małżeństwa czas przekazywania życia, a najmłodsze dziecko wychodzi z domu. A przecież mogłoby być jeszcze jedno… To już jednak odrębny temat.

Czwarta grupa ludzi

Jest wreszcie czwarta grupa ludzi, którzy cieszą się płodnością, szanują jej naturę nigdy jej nie niszcząc, traktują ją jako dar Boży. Pobierają się, podejmują współżycie i… oczekują (nie planują) poczęcia dziecka, a potem kolejnych dzieci.

Jest to piękna postawa ufności i otwartości na życie. Jest tu jednak pewne „ale”. Gdy zaistnieją trudne okoliczności (np. choroba, skrajnie złe warunki materialne), w których roztropność i rozum nakazują powstrzymanie się od poczęcia kolejnego dziecka, powstaje problem.

Można wówczas zrezygnować całkowicie ze współżycia, lecz – jak pokazuje doświadczenie – nie jest to na dłuższą metę dla małżeństwa najlepsze rozwiązanie.

Można tu przyjąć opisaną wyżej (jako trzecią z kolei) postawę rozpoznawania płodności i wykorzystanie tej wiedzy do odłożenia poczęcia na czas, póki nie ustąpią drastyczne „przeciwwskazania”.

Tak więc widać, że postawy wobec płodności opisane tu jako trzecia i czwarta z kolei nie kłócą się, a w pewnym sensie mogą się przenikać i uzupełniać.

Generalnie traktują one płodność jako dar, służą dobru małżeństwa i rodziny, szczęściu małżonków i dzieci.

Powyższy artykuł jest nieznacznie przeredagowanym rozdziałem książki: G.A.Urbaniakowie, J.Pulikowski, Młodzi i miłość, Oficyna wydawnicza Bonami, Poznań.