Historia Kościoła Nowości

Ofiary pierwszego ludobójstwa XX wieku cz.2

Maj 09, 2016 Grzegorz Kucharczyk

Ci, którzy negują ludobójstwo Ormian usiłując zaprzeczyć faktowi, że masakra Ormian w 1915 roku była akcją zaplanowaną i systematycznie wykonaną przez tureckie państwo, wskazują, że brak jest dokumentu, który byłby jednoznacznym poleceniem najwyższych tureckich władz skierowanym do administracji i wojska, a nakazującym eksterminację Ormian (podobny chwyt stosowany jest w przypadku eksterminacji Żydów przeprowadzonej przez narodowych socjalistów). Dysponujemy jednak wystarczającymi świadectwami dokumentującymi sprawczy udział młodotureckiego rządu w wyniszczeniu ormiańskiej populacji w Turcji.

Nie słuchając sumienia – zabić wszystkich

W 1921 roku odbył się w Berlinie proces zabójcy Talaata Paszy, byłego tureckiego ministra spraw wewnętrznych – głównego architekta wymordowania Ormian. Niemieckiemu sądowi przedstawiono szereg telegramów, które Talaat wysyłał do swoich podwładnych podczas trwania ludobójczej akcji. Pięć z nich zostało potwierdzonych przez sądowych biegłych jako autentyczne. Tym samym jako autentyczne świadectwo zaplanowania przez rząd turecki pierwszego w XX wieku ludobójstwa. Przytoczmy tutaj tylko jeden, bardzo wymowny telegram. Wysłany został przez Talaata 15 września 1915 r. do prefektury Aleppo. Na jej terenie znajdować się miały „docelowe miejsca schronienia” dla deportowanych Ormian. Turecki minister telegramował:

„Wcześniej zakomunikowano, że na polecenie Djemiet (inna nazwa młodotureckiej partii »Jedności i Postępu«) rząd zadecydował o całkowitej eksterminacji wszystkich, żyjących w Turcji Ormian. Ci (z urzędników), którzy sprzeciwialiby się temu rozporządzeniu, nie będą mogli należeć do partii rządowej. Bez czynienia względu na kobiety, dzieci i chorych – jakkolwiek tragiczne byłyby środki tej eksterminacji, bez słuchania sumienia, należy położyć kres ich (Ormian) istnieniu.”

Wydarzenia z lat 1895 – 1896 i 1909 udowodniły, że grunt pod ludobójczą akcję był już gotowy. Modernizujący Portę rząd młodoturecki, zmodernizował również (a raczej: przede wszystkim) sposób eksterminacji Ormian. Należy pamiętać, że młodoturecka elita – w większości wykształcona, a w każdym razie bywała na Zachodzie – z entuzjazmem odnosiła się do idei oświecenia i rewolucji francuskiej. Jak słusznie zapytuje Yves Ternon – francuski współczesny badacz ludobójstwa na Ormianach:

Któż zauważył, a iluż nie zauważa do dzisiaj, że pod maską wieku świateł skrywa się jakobińska tyrania?

Przejęci ideami rewolucji francuskiej, młodotureccy przywódcy musieli dokładnie studiować, a przynajmniej wiedzieć o sposobie „rozwiązania kwestii wandejskiej” przez francuskich rewolucjonistów. Jest wysoce prawdopodobne, że pierwsze zorganizowane i systematycznie przeprowadzone ludobójstwo w dziejach nowożytnych (Wandea) posłużyło za wzór dla pierwszego masowego ludobójstwa w XX wieku. Jedno jest pewne: w przeciwieństwie do wcześniejszych, nieco chaotycznych masakr Ormian dokonywanych przez rząd sułtański, ludobójcza akcja młodoturków nie pozostawiała miejsca na niepewność i chaos. Wszystko było dokładnie zaplanowane i rozłożone w czasie.

Ludobójstwo – systematyczna eksterminacja

Postanowiona przez młodoturecki rząd eksterminacja Ormian odbywała się w kilku etapach. Pierwszym było rozpoczęte w kwietniu 1915 roku systematyczne mordowanie ormiańskiej inteligencji (urzędników, pisarzy, bankierów, kupców, lekarzy). W Konstantynopolu miało to miejsce 24/25 kwietnia 1915 roku. Do połowy maja 1915 roku akcje te przeprowadzono w innych tureckich miastach. Chodziło o pozbawienie Ormian przywództwa, które mogłoby okazać się niewygodne przy realizacji kolejnych etapów eksterminacji ludności ormiańskiej.

Następnym krokiem było wymordowanie tych Ormian, którzy mogliby stawić zbrojny opór planowanemu ludobójstwu. Chodziło przede wszystkim o Ormian służących w armii tureckiej (zwłaszcza zaś oficerów). Od kwietnia 1915 roku byli oni systematycznie usuwani z szeregów, chociaż stanowili równie wartościowy element armii, co żołnierze pochodzenia tureckiego. Początkowo kierowano ich do prac przy budowie dróg. Następnie systematycznie rozstrzeliwano (rzecz jasna, bez postawienia jakiegokolwiek zarzutu). Równolegle eliminowano całą ormiańską ludność męską – między 16 a 70 rokiem życia – w zamieszkanych przez Ormian miastach i wioskach w całej Turcji.

Rząd polecił również rozbrojenie ludności ormiańskiej. Należy bowiem pamiętać, że w chwili obejmowania przez siebie władzy w Turcji, partia „Jedność i Postęp” postrzegała Ormian jako swoich głównych sojuszników (zwłaszcza Dasznaków) i jako takich zaopatrywała w broń. Teraz (tzn. w 1915 roku) znalezienie broni w ormiańskim domu oznaczało pewną śmierć dla całej rodziny. Ormianie nie stawiali jednak oporu temu zarządzeniu władz. Turcy posłużyli się natomiast akcją składania broni jako pretekstem do napadów (wraz z pozostającymi na ich usługach bandami Kurdów) na wioski i miejscowości ormiańskie. Trudno tu wyliczać wszystkie przypadki rabunków, gwałtów i morderstw popełnionych przy tej okazji na Ormianach. Równolegle z rozbrajaniem Ormian następowało organizowanie i dozbrajanie przez władze bojówek tureckich, tzw. tschetteh, oddziałów sformowanych z najgorszego elementu przestępczego (przede wszystkim wypuszczonych z więzień kryminalistów).

Ostatnim krokiem wiodącym do całkowitej eksterminacji ludności ormiańskiej były deportacje całej ludności ze wszystkich wiosek i miast z sześciu wilajetów (czyli prowincji) wschodniej Anatolii: Erzerum, Bitlis, Trapezunt, Diarbekir, Kharpout i Sivas. Tereny te były częścią historycznej Armenii, gdzie Ormianie zamieszkiwali od wieków. Scenariusz wszędzie był taki sam. W przeddzień deportacji władze tureckie obwieszczały, że Ormianie mają pozostawić swój cały dobytek, który od tej chwili dostaje się pod „opiekę” rządu i będzie im zwrócony po powrocie z tymczasowego „miejsca osadzenia”. Turcy utrzymywali bowiem, że deportacje są wyjątkowym środkiem przewidzianym na czas toczącej się wojny. Po jej zakończeniu ludność ormiańska będzie mogła wrócić do swoich domów. Rzecz jasna „opieka” tureckiego rządu oznaczała zorganizowany rabunek. Turcy bowiem przy okazji eksterminacji Ormian chcieli jeszcze dobrze na tym zarobić (Ormianie należeli z reguły do bardziej zamożnych warstw społeczeństwa Turcji Ottomańskiej). Tureccy żandarmi i bandy złożone z Kurdów odbierały Ormianom nawet te resztki ich dobytku, które mogli wziąć z sobą w drogę (zwłaszcza zwierzęta juczne i żywność). W opuszczonych przez Ormian domach osadzana była ludność muzułmańska (często Turcy z utraconych przez Portę obszarów europejskich, głównie Bośni). W ten sposób masowe deportacje Ormian były również pierwszymi, wielkimi czystkami etnicznymi w XX wieku.

Konwoje deportowanych Ormian szybko zamieniały się w kolumny śmierci. W pierwszych dniach turecka i kurdyjska eskorta (zwłaszcza ta ostatnia odznaczała się szczególnym okrucieństwem) mordowała pozostałych przy życiu dorosłych mężczyzn (tych, którzy przetrwali pierwsze etapy akcji ludobójczej). Później, w morderczym upale, w pragnieniu i głodzie, w ciągłym zagrożeniu gwałtami, porywaniem i biciem, umierały ormiańskie kobiety, dzieci i starcy. Taki marsz przeżywał zwykle drobny ułamek tych osób, które rozpoczynały wędrówkę. Pędzeni oni byli do „miejsc osadzenia” na syryjskiej pustyni między Deir-ez-Zor nad Eufratem (ok. 300 kilometrów na południowy wschód od Aleppo) a Mosulem nad Tygrysem. Te „miejsca osadzenia” były po prostu szczerą pustynią, gdzie resztki wycieńczonych deportacją Ormian koczowały pod gołym niebem lub pod naprędce przygotowanymi namiotami. Ci z nich, którzy nie umarli z wycieńczenia, głodu i upału, byli mordowani przez Turków (stosowne rozkazy napłynęły ze Stambułu w 1916 roku) lub sprzedawani jako niewolnicy okolicznym koczownikom arabskim. Na kamienistej pustyni w okolicach Deir-ez-Zor (największego miejsca kaźni Ormian, którzy przeżyli straszliwe deportacje), do dzisiaj znajduje się jaskinia, zwana przez miejscowych „grotą Ormian”. Znajdują się w niej tysiące szkieletów, pośród których tubylcy szukają złotych zębów (ciągle – jak widać – można zarabiać na dokonanym w 1915 roku ludobójstwie). Są to szczątki Ormian z pobliskiego obozu zagłady, którzy szukali schronienia w tej jaskini, zanim nie wlano do groty benzyny i nie spalono wszystkich uciekinierów żywcem.

Należy podkreślić, że nie wszyscy tureccy urzędnicy całkowicie wyciszali głos sumienia i nie cała ludność turecka przyglądała się z obojętnością (lub życzliwością) akcji wyniszczenia Ormian. Ludźmi sumienia – niestety nie dość licznymi – okazali się zarządcy wilajetów z Aleppo (Dżelal Bej) ze Smyrny (Rachmi Bej) i z Erzerum (Tahsin Bej), którzy wprost informowali Stambuł o odmowie wykonania rozkazu deportacji Ormian. Na ich miejsce rząd mianował jednak gorliwych wykonawców polityki ludobójstwa, a lokalne komórki partii „Jedności i Postępu” czuwały nad tym, by ludność turecka w żaden sposób nie usiłowała ulżyć doli pędzonych na pustynię Ormian (w niektórych miejscowościach – jak np. w Adabazar czy Mudania, miejscowi muzułmanie próbowali czynnie przeszkodzić deportacji swoich ormiańskich współobywateli).

„Złe wrażenia”

Władze tureckie robiły wszystko, by wieści o dokonującym się ludobójstwie nie przedostały się za granicę. W lutym 1915 roku (a więc jeszcze przed rozpoczęciem masowych deportacji) obywatelka Niemiec, Frieda Wolff-Hunecke była świadkiem masakry Ormian w miejscowości Kaisarije. Lokalne tureckie władze nie chciały jej udzielić zgody na wyjazd do Niemiec, ponieważ – jak tłumaczono – „opuściłaby Pani kraj ze złymi wrażeniami”. Dopiero interwencja ambasady niemieckiej (Niemcy były najważniejszym sojusznikiem Turcji w czasie I wojny światowej) umożliwiła jej wyjazd.

„Złe wrażenia” o dokonującym się ludobójstwie przedostawały się jednak na zewnątrz (głównie dzięki raportom pracowników zachodnich placówek dyplomatycznych oraz obywatelom państw zachodnich pracujących w Turcji jako misjonarze, nauczyciele i inżynierowie). Pod wpływem budzących grozę wieści o prześladowaniu Ormian, 24 maja 1915 roku trzej ministrowie spraw zagranicznych państw Ententy (Grey, Delcasse i Sazonow) w imieniu swoich rządów wystosowali oficjalną notę do Porty, zapowiadającą, że państwa te w obliczu nowej zbrodni przeciw ludzkości popełnionej przez Turków, zamierzają w przyszłości pociągnąć do odpowiedzialności tych wszystkich członków rządu ottomańskiego, którzy stoją za odbywającymi się masakrami Ormian.

Zaangażowanie się państw Ententy w toczące się działania wojenne (w tym w niefortunną ekspedycję w Dardanelach) sprawiało, że kończyło się tylko na notach. Bezkarność Turcji dodatkowo wzmacniało poparcie, jakim cieszyła się ze strony swojego najpotężniejszego sojusznika – Niemiec. Chociaż Berlin posiadał bardzo silne wpływy nad Bosforem (wynikające nie tylko ze współpracy politycznej i udzielanej Turcji pomocy wojskowej, ale również z dużych inwestycji niemieckich w tym kraju), nie uczynił żadnego poważnego wysiłku, by ulżyć doli Ormian. A dochodzące – już w maju 1915 roku – do niemieckiej ambasady w Stambule raporty konsulów z Erzerum i Aleppo nie pozostawiały cienia wątpliwości, że we wschodniej Turcji dochodzi do zorganizowanej akcji eksterminacji całej ludności ormiańskiej. Niemiecki rząd troszczył się przede wszystkim o trwałość sojuszu z Turcją i o zapewnienie ciągłości zysków z inwestycji niemieckich w tym kraju. W tej sytuacji raporty te lądowały w koszu. Mało tego, koła rządowe w Berlinie oficjalnie podzielały stanowisko rządu tureckiego, dementującego przeprowadzanie ludobójstwa i oskarżającego Ormian o prorosyjską irredentę. Takie stanowisko prezentowały niemieckie ambasady w krajach neutralnych (np. w Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych – USA przystąpiły do wojny dopiero w 1917 r.), starając się przekonać opinię publiczną tych krajów do tureckiego punktu widzenia. Również niemiecka cenzura wojenna pracowała na rzecz obrony dobrego imienia tureckiego sojusznika. Skreślano wszelkie informacje, które odbiegały od urzędowej wersji tureckiej. Te cenzuralne restrykcje, uniemożliwiające informowanie opinii publicznej o eksterminacji Ormian, dotykały również prasę polską ukazującą się w zaborze pruskim.

Niemiecka cenzura

Jeśli chodzi o prasę niemiecką, to nie trzeba było specjalnej cenzury. Największe niemieckie tytuły prasowe same dbały o to, by na ich łamy nie przedostało się nic, co by wzbudziło niezadowolenie tureckiego rządu (niemiecka dyscyplina!). Rezydujący w Stambule korespondenci niemieckich gazet bezkrytycznie akceptowali interpretację „kwestii ormiańskiej” prezentowaną przez rząd młodoturecki. Wyłamał się tylko jeden, Harry Stürmer, który dla swojej macierzystej redakcji  „Kölner Gazette” przygotował wyczerpującą korespondencję o rzezi Ormian, w której dawał wyraz swojemu przekonaniu, że działania tureckiego rządu zmierzają do całkowitego wyniszczenia Ormian w Turcji. Kolońska gazeta – w imię solidarności z młodotureckimi ludobójcami, odmówiła jednak jej opublikowania.

W obliczu zmowy milczenia władz i mediów niemieckich wokół zbrodni dokonywanej na Ormianach, honor Niemiec ratowały pojedyncze osoby – takie jak wspomniany H. Stürmer. Największe jednak zasługi w upowszechnieniu wiedzy (nie tylko w Niemczech) o ludobójstwie dokonanym przez Turków położył pastor Johannes Lepsius kierujący Niemiecką Misją Orientalną (Deutsche Orientalische Mission) oraz Towarzystwem Niemiecko – Ormiańskim (Deutsche Armenische Gesellschaft). Lepsius, dobrze zaznajomiony z problematyką ormiańską (pod koniec XIX wieku informował europejską opinię publiczną o masakrach z lat 1896 – 1897), osobiście udał się do Stambułu w 1915 roku, by tam interweniować u tureckich ministrów na rzecz wstrzymania eksterminacji Ormian. Interwencje (podobnie jak interwencje dyplomatów państw neutralnych; por. niżej) były bezskuteczne. Lepsius zebrał jednak pokaźną liczbę świadectw naocznych świadków (nie tylko Niemców) ludobójstwa dokonywanego na Ormianach, które latem 1916 roku udało mu się opublikować w nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy. Niemiecka cenzura, wychodząc naprzeciw żądaniu tureckich dyplomatów, zakazała dalszego jej wznawiania (zakaz obowiązywał do końca wojny). Raport Lepsiusa – przytaczany również przez nas – pozostawił jednak wstrząsające wrażenie o dokonującej się masowej zbrodni. Przytoczmy tutaj tylko parę raportów naocznych świadków, dających wyobrażenie o ogromie cierpień doznawanych przez ofiary i rozmiarach okrucieństwa oprawców.

Raport Lepsiusa

Jeden z niemieckich inżynierów zatrudnionych przy budowie magistrali kolejowej do Bagdadu był świadkiem przemarszu konwojów z Ormianami deportowanymi z Cylicji i pędzonymi do „miejsca osadzenia” (czyli do obozów zagłady) w okolice Aleppo, Urfy i Deir-ez-Zor. Widział konwoje, z których 4/5 stanowiły kobiety i dzieci. Większość z deportowanych, dochodząca do miejscowości Aintab była na skraju śmiertelnego wycieńczenia. Wyznaczone na początku marszu racje żywnościowe wynosiły miesięcznie (!) kilo chleba na osobę. Wiele z ormiańskich kobiet pędzonych na wschód niosło swoje dzieci przywiązane do swoich pleców. W wielu przypadkach niosły one już tylko martwe ciała. Oddajmy głos niemieckiemu świadkowi:

Najcięższy los jest udziałem kobiet, które rodzą w drodze. Zostawia się im bardzo mało czasu na urodzenie dziecka. Pewna kobieta urodziła bliźniaki. To stało się w nocy. Następnego ranka musiała kontynuować swój marsz, ze swoimi dwoma dziećmi na plecach. Po dwóch godzinach ustała. Została zmuszona do pozostawienia swoich dzieci w krzakach i przymuszona przez żołnierzy do kontynuowania wędrówki z całym konwojem. Z kolei inna kobieta miała poród podczas marszu. Musiała nadal maszerować, aż padła martwa. (…) Po drodze napotyka się niezliczone ciała dzieci, leżące przy drodze bez swojego grobu. Pewien turecki major, który towarzyszył mi przed trzema dniami, powiedział, że wiele z tych dzieci zostało porzuconych przez swoje matki, ponieważ nie były one w stanie ich dłużej wyżywić. Najstarsze dzieci były odrywane od matek przez Turków. Sam major – podobnie jak jego bracia – ma u siebie jedno z takich dzieci. (…) Ocenia się, że 300 kobiet z konwojów, które przechodziły tą drogą, rodziło podczas marszu. (…) Od 28 dni obserwuje się w Eufracie ciała noszone przez nurt, powiązane w pary plecami lub związane – w ilości 3 do 8 – z sobą ramionami. Zapytano pewnego tureckiego oficera, który miał swój posterunek w Dżerablous, dlaczego nie grzebie się tych ciał. Odpowiedział, że nie otrzymał stosownych rozkazów, a poza tym nie można ustalić czy są to ciała muzułmanów, czy chrześcijan, ponieważ miały one odcięte genitalia. (Muzułmanie byliby pochowani, ale nie chrześcijanie). Psy pożerają ciała wyrzucane przez rzekę. Inne trupy, spoczywające na piaszczystych nadrzecznych brzegach, padają ofiarą sępów.

Pędzone na pustynię kolumny Ormian – złożone, jak wiemy, głównie z kobiet i dzieci – były „ruchomymi handlami niewolników” (J. Lepsius). Regułą było, że porywano ormiańskie dzieci mające poniżej 10 lat i oddawano je tureckim lub kurdyjskim rodzinom, gdzie oczywiście musiały przyjąć islam. Zarządzający ludobójstwem tureccy ministrowie i tak postrzegali to jako wyjątek. Minister spraw wewnętrznych Talaat Pasza 12 grudnia 1915 roku przesłał do swoich podwładnych telegram o następującej treści:

Przyjmujcie i utrzymujcie tylko te sieroty (ormiańskie), które nie będą w stanie przypomnieć sobie prześladowań, jakim poddani byli ich rodzice. Inne dołączajcie do konwojów.

Wytyczne co do sposobu postępowania wobec ormiańskich dzieci, Talaat Pasza sformułował we wstrząsającym telegramie z 7 marca 1916 roku:

Pod pretekstem, że znajdą opiekę u nadzorujących deportacją – bez wzbudzania podejrzeń – należy zabrać i zlikwidować w całości dzieci wiadomych osób (Ormian), które zostały zgrupowane na rozkaz ministerstwa wojny w placówkach wojskowych.

Podobnie regułą było masowe gwałcenie ormiańskich kobiet przez turecką i kurdyjską eskortę. Johannes Lepsius, autor dobrze udokumentowanego opisu ludobójstwa Ormian (opartego na raportach naocznych świadków i sprawozdaniach dyplomatycznych placówek obcych państw, nie tylko niemieckich), zapisał takie słowa: W miastach, przez które przechodziły (ormiańskie dzieci i kobiety) – jak donosiły powtarzające się raporty – umożliwiano mahometańskiej ludności wybieranie co piękniejszych dziewcząt, a nawet natychmiastowe sprawdzenie przez lekarza ich dobrego prowadzenia się. Dzieci były częściowo sprzedawane przez żandarmów, a częściowo przez własne matki, które czyniły tak, by uratować ich życie… Wiele kobiet i dziewczyn uniknęło pohańbienia, wybierając śmierć.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

seyfo_218x310 zwnc_218x310 mif_218x310