Nowości Zagrożenia duchowe

Od sztuk walki do zniewolenia demonicznego

Sty 16, 2017 Świadectwo

W grudniu 2010 roku Pan Bóg zadziałał i zostałem nawrócony. Dzięki temu żyję i mogę świadczyć o Jego zbawczej miłości.

Wychowywałem się w rodzinie katolickiej. Moja historia odejścia od Boga zaczęła się, kiedy miałem 15 lat i skończyłem szkołę podstawową. To były lata 90.; wtedy nie było gimnazjum, a podstawówka liczyła osiem klas. Był to czas bardzo modnych filmów ukazujących różne sztuki walki. Jako 15-latek od razu się nimi zafascynowałem. Bruce Lee i inni bohaterowie wypełniali moją wyobraźnię.

Właściwie moja historia zaczyna się i kończy w nocy. Kiedy ukończyłem ósmą klasę, mieliśmy bal, po którym z kolegami jeszcze długo nie wracaliśmy do domu. Niedaleko naszego osiedla był lasek, więc w nocy siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy (rodzice wiedzieli, gdzie jesteśmy). Nagle z lasu wyszedł człowiek z różnymi dziwnymi przyrządami, stosowanymi w sztukach walki do treningu. Miał na imię Robert, nosił ksywkę Zielony i na naszym osiedlu był znany jako mistrz sztuk walki. Zaczął rozmawiać z nami jak z dorosłymi, co nam bardzo imponowało. Zaproponował nam, byśmy przyszli do niego na trening.

Kilku chłopaków zaczęło chodzić do niego na ćwiczenia. Treningi były dosyć ciężkie, więc wielu kolegów po jakimś czasie nie wytrzymywało i opuszczało naszą grupę. Nie płaciliśmy za te treningi – teraz by to mnie zdziwiło, bo normalnie wszyscy trenerzy żądają opłat za ćwiczenia. Po jakimś czasie Robert zaproponował nam, byśmy jeździli na treningi na wieś, do gospodarstwa jego przyjaciela. Mieliśmy trochę pomagać właścicielowi, a w zamian za to mogliśmy sobie stworzyć miejsce do ćwiczeń. Za domem był duży sad i w nim stworzyliśmy sobie „klasztor szaolin” z przyrządami do ćwiczeń. Początkowo przyjeżdżaliśmy tam na weekendy, a potem na dłuższe obozy. Ponieważ wtedy młodzież zazwyczaj spędzała czas na staniu przy klatkach schodowych, piła alkohol lub chodziła na podejrzane dyskoteki, na których działy się niebezpieczne rzeczy, moi rodzice byli bardzo zadowoleni, że ja, w przeciwieństwie do innych kolegów, ćwiczę charakter, sprawność fizyczną, nie palę ani nie piję. Takie były u nas zasady i Robert bardzo pilnował, byśmy ich przestrzegali.

Właściciel domu na wsi miał na imię Andrzej. Jak się później okazało, był mistrzem Roberta – zgodnie z zasadami tradycyjnych chińskich sztuk walki każdy musi mieć swojego mistrza. Aby zostać uczniem, trzeba było przejść ciężką próbę i wykazać się posłuszeństwem. Nie robiliśmy nic złego: jeździliśmy tam, ćwiczyliśmy, zdrowo się odżywialiśmy (na to kładziono szczególny nacisk) i wszystko to bardzo mnie fascynowało. Mój mistrz, Robert, zajmował się m.in. „energią”. Oni z Andrzejem mieli dużą wiedzę na ten temat i pokazywali nam sztuczki, takie jak łamanie kombinerek w rękach lub miażdżenie w palcach orzechów. Widziałem to na własne oczy i byłem tym zafascynowany. Postanowiłem, że będę dobrym człowiekiem i zostanę wielkim mistrzem kung-fu. Intensywnie trenowałem, więc po jakimś czasie zostałem prawą ręką swojego nauczyciela.

Na początku, kiedy zaczynałem trenować kung-fu, jeszcze chodziłem do kościoła. Zdarzało się, że nasz mistrz, Robert, też chodził z nami na msze młodzieżowe. Jednak z czasem moja wiara w Boga zanikała. Robert nigdy nie mówił o Bogu, raczej używał słowa „system”. Ten „system” miał wspierać nas we wszystkich sprawach i napełniać nas energią kosmiczną.

No i było super: ćwiczyłem sztuki walki, nie paliłem, nie piłem, rodzice byli zadowoleni. Trwało to jakieś pięć lat. Pewnego razu jeden z moich przyjaciół, który też miał na imię Tomek i uczył się w technikum kolejowym, powiedział, że na lekcji religii ksiądz opowiadał im o sekcie i czytał świadectwo człowieka, który uciekł z sekty. Tomka zdziwiło to świadectwo, ponieważ opisywało ono dużo podobnych sytuacji, które miały miejsce na naszych treningach. Po jakimś czasie okazało się, że rzeczywiście chodziło o nas. Cały świat mi się zawalił: miałem zajęcie, mistrza, cel w życiu i nagle okazało się, że jestem w sekcie… Nie mieściło mi się to w głowie.

Znaleźliśmy tego chłopaka, który dał to świadectwo i dowiedzieliśmy się, że nasza grupa rzeczywiście należy do sekty. Andrzej, mistrz Roberta, również miał swojego mistrza – w Warszawie, który miał na imię Roman i nosił drugie imię Kundalini. Cała sekta nosiła nazwę Kundalini (od nazwy pewnej energii). Miała ona własne firmy, nawet próbowała zakładać szkoły publiczne i angażować się w jakieś działania polityczne. Było to dla mnie szokiem, ale wciąż nie widziałem w tym nic złego. Ostatecznie Tomek odszedł, a ja zostałem, ponieważ Robert przekonał mnie, że przecież nie robimy nic nagannego.

Po jakimś czasie poznałem samego mistrza Kundaliniego. Miał około 60 lat, był bardzo sprawny fizycznie i mówiono o nim, że ma „energię kosmiczną”, która pozwala uzdrawiać ludzi. Dla mnie to była abstrakcja. Jeden z kolegów osobiście widział, jak Kundalini uleczył jakąś kobietę z raka. Podobno w młodości on sam miał jakąś nieuleczalną chorobę, ale zainteresował się jogą i doszedł do „oświecenia”, dzięki któremu sam siebie uleczył siłą woli.

Na swoje nieszczęście zatrudniłem się u nich w firmie. Często jeździłem ze swoim mistrzem na wyjazdy służbowe, pozostając pod jego wpływem 24 godziny na dobę. Stopniowo straciłem przekonanie co do słuszności tego, co robię, i chciałem stamtąd odejść, ale nie mogłem. Podjąłem decyzję o odejściu, ale oni długo walczyli o to, bym został.

Po latach przeczytałem o tej sekcie dużo artykułów i dowiedziałem się, jak była bardzo niebezpieczna. Podobno nawet chciała zniszczyć papieża. Odchodząc, nie wierzyłem do końca, że byłem w sekcie. W każdym razie moja przygoda z tą grupą ludzi się zakończyła.

Moje życie potoczyło się później w nieciekawym kierunku. Zaangażowałem się w związek z kobietą, która miała męża. Teraz wstyd mi o tym mówić, ale wtedy byłem młodym chłopakiem i zakochałem się w kobiecie, w której nie powinienem się zakochać. I jeśli będąc w sekcie, wszedłem nieświadomie w jakieś zło, to teraz, z całego serca pragnąc być dobrym człowiekiem, czyniłem rzeczy, o których wiedziałem, że są złe… Trwało to jakieś cztery lata i doprowadziło mnie do stanu bliskiego depresji – miałem poczucie, że nic mi w życiu nie wychodzi: ani z karierą w dziedzinie sztuk walki, ani w relacjach z dziewczynami. Czułem się bardzo nieszczęśliwy i pamiętam, że w tym okresie po raz pierwszy od wielu lat zacząłem zwracać się do Pana Boga z pytaniem, dlaczego jestem taki nieszczęśliwy. Co jest ze mną nie tak? Myślę, że Bóg odpowiedział na moje pytanie, ponieważ po jakimś czasie zerwałem z tą kobietą i spotkałem Gosię, moją obecną żonę. Moje życie zaczęło się trochę zmieniać.

Gosia była bardzo sceptycznie nastawiona do moich zainteresowań buddyzmem, „energią” i innymi tego typu rzeczami, które mnie fascynowały. Miałem mnóstwo książek na ten temat, często drogich i sprowadzanych z zagranicy, z których nauczyłem się m.in. wychodzić ze swojego ciała (udało mi się to trzy razy). Gosia uważała, że to niebezpieczne, a ja w tym nic niebezpiecznego nie widziałem. Wydawało mi się, że gdy będę gdzieś sobie fruwał w zaświatach, to w ten sposób mogę poznać inny świat i dowiedzieć się, co z nami będzie po śmierci. W moim życiu tak naprawdę nie było miejsca dla Boga i przeżyłem prawdziwe spotkanie z Nim, pierwsze od ukończenia podstawówki, dopiero w czasie ślubu z Gosią. Wtedy się wyspowiadałem i byłem szczęśliwy.

Zewnętrznie nam się w życiu układało: urodziło się nam dziecko, mieliśmy mieszkanie, samochód – wszystko, co można sobie wymarzyć. Jednak byliśmy daleko od Boga. Pewnego razu jeden z kolegów zaproponował nam udział w rekolekcjach. Żona się zgodziła, ale ja nie byłem przekonany, nie miałem żadnej chęci tam jechać. Ostatecznie postanowiłem pojechać, by jej dotrzymać towarzystwa.

Przed samym wyjazdem bardzo dużo czytałem o buddyzmie. Przeczytałem prawie wszystkie książki Dalajlamy i zaczęło mi się wydawać, że coś w tym musi być: ta reinkarnacja, droga buddyzmu itp. Byłem bardzo bliski tego, by w to wszystko uwierzyć. Kiedy więc byliśmy na rekolekcjach w klasztorze, przyszła noc. Położyłem się spać i poczułem, jak mną coś szarpie, jakby usiłując wyciągnąć mnie z mojego ciała. Muszę powiedzieć, że zawsze chciałem być wojownikiem, byłem twardym i odważnym facetem, ale wtedy chyba pierwszy raz w życiu bałem się jak małe dziecko. Nie wiedziałem, co to jest. Zacząłem się szarpać z tą siłą, aż w końcu udało mi się wyrwać i usiadłem na łóżku. Nagle uświadomiłem sobie, że ja siedzę, a moje ciało leży za mną. Byłem przerażony! Cofnąłem się do swojego ciała i realnie otworzyłem oczy. Było około pierwszej w nocy.

Ile razy próbowałem zamknąć oczy, zawsze coś zaczynało mną szarpać, aż w końcu zobaczyłem wilka, który wyskoczył spod łóżka, rzucił się na mnie i wyżerał moje wnętrzności! Ja, wojownik, strasznie się bałem. W pewnym momencie wybudziłem się i zacząłem się modlić do Jezusa Chrystusa modlitwą, którą zaproponowano nam na tych rekolekcjach: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Dodałem jeszcze od siebie: „I chroń mnie”. Naprawdę po raz pierwszy w życiu prosiłem Chrystusa, by mnie obronił. Wszystko zniknęło, jakby niewidzialna siła rzeczywiście mnie obroniła. Wiem na pewno, że właśnie wtedy Pan Jezus uratował mi życie.

Tej nocy nastąpiło moje nawrócenie. To nie było tylko przypomnienie sobie jakichś prawd wiary, które poznałem jeszcze jako dziecko. To było konkretne odczucie ocalenia: Pan Jezus mnie ocalił, dotknął mnie i całkowicie mnie uwolnił od wszystkiego, co mnie męczyło przez tyle lat, chociaż nie byłem tego do końca świadomy. Następnej nocy spałem spokojnie. Te dwa dni w klasztorze całkowicie mnie zmieniły.

Pewnie gdybym dwa lata temu usłyszał to, o czym teraz świadczę, nie uwierzyłbym, że to możliwe. Ale coś takiego mnie dotknęło i jestem pewien, że Jezus uratował moje życie. Uwierzyłem w to, że Jezus jest naszym Bogiem i że 2000 lat temu On umarł za nas na krzyżu. I to moje „szerokie myślenie”, otwartość na inne religie i „energię kosmiczną”, wychodzenie z ciała i inne rzeczy, które robiłem – to wszystko jest już przeszłością. Pan Bóg przemienił mnie całkowicie. Chociaż nie stałem się idealny i zdarzają mi się upadki, to jednak żyję zupełnie innym życiem z Bogiem. Cały czas podejmuję walkę ze swoimi słabościami. Zdałem sobie sprawę z tego, że wcale nie jestem taki silny, jak mi się wydawało, i że bez Jezusa nie jestem w stanie nic zrobić.

Wierzę, że Bóg ze zła potrafi wyprowadzić dobro, najwyższe zaś dobro zostało nam objawione w Jezusie Chrystusie. Chcę zaświadczyć, że Jezus Chrystus jest Synem Boga i umarł na krzyżu za każdego z nas. Za to powinniśmy Mu być wdzięczni. I wiem, że Pan Bóg mnie nigdy nie opuści, jeśli tylko nie odwrócę się od Niego. To jest jedyny pewnik w moim życiu.

Przestrzegam was: nie eksperymentujcie z żadnymi „energiami”, wychodzeniem z ciała i podobnymi rzeczami. To jest bardzo niebezpieczne i prowadzi do zniewolenia demonicznego. Kiedy wyspowiadałem się z tego grzechu, tej samej nocy poczułem, jak się unoszę, i usłyszałem, jak ktoś mówi do mnie: „Polataj sobie, zobacz, jakie to dobre”. Pokusa powrotu do tych praktyk jest bardzo silna, mimo że wiem, że oznaczałoby to zdradę Jezusa. Jestem też przekonany, że właśnie zainteresowanie wschodnimi sztukami walki zapoczątkowało we mnie otwartość na religie Orientu i fascynację tym wszystkim, co odciąga od Boga.

Naprawdę warto jest nawrócić się do Pana Boga, bo tak naprawdę On jest najważniejszy w naszym życiu. Tutaj żyjemy tylko chwilę, a z Panem Bogiem będziemy wiecznie.

Tomek

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie: