Młodzież Zobacz

O miłości (prawdziwej) cz. 2

Lip 22, 2019 Jacek Pulikowski

Fałszowanie pojęć

Człowiek zawsze poddany jest duchowi. Albo świadomie podda się Duchowi Świętemu („uczepi się” przykazań Bożych, nauki Kościoła, często i obficie korzysta z łask sakramentalnych) albo, nierzadko zupełnie nieświadomie, podda się duchowi tego świata.

Problem w tym, że świat – zwłaszcza potężnych mediów – opanowany przez złego ducha, wykoślawia wszystkie pojęcia. Jest w końcu ten duch ojcem kłamstwa. Jednak w wypadku fałszowania pojęcia miłości jego bezczelność przekroczyła wszystkie granice.

Trzeba przyznać, że z jego punktu widzenia osiągnął on oszałamiający sukces. Ludzie zaczęli wszakże powszechnie miłością nazywać działania dokładnie jej zaprzeczające i krzywdzić siebie nawzajem w imię tak rozumianej „miłości”…

Mylenie miłości z uczuciami

Dość powszechnie ludzie mylą dziś miłość z uczuciami. Trudno się dziwić nastoletniej dziewczynie, której sprytny chłopak szepnął do ucha trochę komplementów. Była ich spragniona i nazwała to wielką miłością…

Szczególnie podatne na takie czułe słówka są dziewczyny, których najważniejszy od początku ich życia mężczyzna (chodzi tu oczywiście o ojca) nie zamianował na prawdziwą kobietę. Brak nominacji ojcowskiej na prawdziwą kobietę czyni często dziewczynę bardzo łatwym łupem dla pierwszego w jej życiu chłopaka.

On w łóżku potwierdzi jej kobiecość, raniąc ją i siebie na całe życie. I jeszcze to oboje wspólnie nazywają „miłością”…

Bywa, że dojrzały w latach mężczyzna (mąż, kapłan, zakonnik) lub kobieta (żona, zakonnica) zakocha się i straciwszy kontrolę nad uczuciami, niejednokrotnie napędzanymi bliskością cielesną, nazywa to „wielką miłością”.

Zakochanie, zauroczenie to intensywne uczucia, które często z miłością prawdziwą nie mają nic wspólnego. Są one fascynacją własnymi uczuciami, pragnieniami, pobudzeniami.

Owszem, zakochanie może stać się preludium do prawdziwej miłości, jeżeli obiekt zakochania stanie się wartością, dla której zakochany (stanu wolnego) zapragnie się poświęcić, oddać swoje życie. Wówczas można wspólnie zbudować piękną miłość małżeńską.

Jest to jednak zwykle długi proces, którego wielu „śmiertelnie zakochanych” nigdy nawet nie rozpoczęło… Wielu konsumuje doraźnie łatwe do wywołania silne przyjemności cielesne i po osłabnięciu fascynujących uczuć stwierdza: „miłość” się skończyła…

Nawet samo sformułowanie „zakochać się” wskazuje wyraźnie na to, że tu chodzi o osobę zakochanego, i ma ono charakter egocentryczny, wręcz egoistyczny.

Prawdziwa miłość ma natomiast charakter altruistyczny – jest nastawiona na drugiego człowieka i odznacza się gotowością do poświęcenia siebie.

Zakochany nie jest zwolniony z używania rozumu i woli. Jeżeli rozum uzna, że zakochanie prowadzi do zła, to z pomocą woli taka znajomość powinna być natychmiast przerwana.

Czy jest to możliwe? Oczywiście, że tak, ale tylko dla osoby dojrzałej. Dojrzałej, czyli wolnej wewnętrznie. Zdolnej do rozpoznania rozumem, co jest dobre, a co złe, i pójściem, z użyciem woli, za dobrem, nawet wbrew chwilowym uczuciom.

Gdy zakochuje się osoba nie będąca stanu wolnego, powinno to być dla niej poważnym ostrzeżeniem. Powinno być to przedmiotem spokojnej refleksji nad sobą oraz swymi zachowaniami wobec osób drugiej płci.

Jeśli trzeba, wymaga to przystąpienia do natychmiastowej spowiedzi i – ucięcia znajomości. Pewnie osoba ta zaniedbała wcześniej relację z oblubieńcem (ze współmałżonkiem lub z Chrystusem). Prawdopodobnie też ma ona w sobie nieuporządkowane tęsknoty, wchodzi w sytuacje ryzykowne, zbyt bliskie relacje, igrając na krawędzi przepaści. Najprawdopodobniej zapomniana została przez nią stara katechizmowa zasada unikania okazji do grzechu. Święty Paweł poucza:

„Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” (1 Kor 10,12).

Dodajmy: a kto upadnie, niech natychmiast powstaje.

Mylenie miłości z działaniem płciowym

Osławiony „dowód miłości” jest dowodem na niedojrzałość, a nawet na brak panowania nad sobą osoby tego „dowodu” żądającej. Takie domaganie się nie ma nic wspólnego z miłością.

Odejście od żony i dzieci (czasem od męża i dzieci) do „prawdziwej miłości swego życia” jest kolejnym absurdem rodzącym dramaty ludzkie, u podstaw którego leży samooszukiwanie się.

W takich wypadkach miłością nazywa się silne, nie kontrolowane rozumem i wolą intensywne uczucia wywołane przez osobę spoza małżeństwa, a czasem po prostu przez pobudzenie seksualne. Często takie sytuacje wynikają z nieroztropnych, ryzykownych zachowań typu „niewinne” flirty w internecie czy imprezy integracyjne bez współmałżonków.

„Miłością” kamufluje się niedojrzałość oraz brak panowania nad sobą w chwili pojawienia się zachcianki, rozbudzonej zwykle po linii seksualności, wyjętej spod kontroli rozumu i woli.

Utożsamianie współżycia z „kochaniem się” stało się powszechne w mowie potocznej. Nie zdziwiłaby mnie taka relacja w gazecie:

„gwałciciel kochał się z ofiarą w krzakach, a potem ją zamordował”.

Nawet małżonkowie, mówiąc o współżyciu małżeńskim, używają powszechnie określenia „kochanie się”. Rzeczywiście, w małżeństwie (i tylko w małżeństwie) współżycie płciowe może być wyrazem miłości. Może ono powodować wzrastanie tak działających osób i ich więzi.

Oczywiście małżeństwo musi przestrzegać tego, ażeby współżycie było wyrazem miłości, aby odbywało się ono w dobrych warunkach za obopólną zgodą i z zachowaniem norm moralnych oraz by było otwarte zawsze na przyjęcie poczętego dziecka.

W każdej innej sytuacji świadome uruchamianie sekwencji reakcji: napięcie, podniecenie i działanie płciowe, jest niszczące dla człowieka oraz jego więzi. Konkretnie jest ono krokiem wstecz na drodze do integracji wewnętrznej, która powinna zmierzać do pełnej wolności czynienia dobra i powstrzymania się od czynów złych, według wyznawanej hierarchii wartości.

Działania seksualne poza małżeństwem są obiektywnie złe i tym samym powodują degradację człowieka. W żadnym wypadku nie zasługują one na miano miłości.

Każdy czyn dobry czyni człowieka lepszym i dojrzalszym, bardziej zintegrowanym i bardziej wolnym, szczęśliwszym i – świętszym, a każdy czyn zły czyni człowieka gorszym, zdezintegrowanym, mniej wolnym wewnętrznie, mniej szczęśliwym.

Czyny zewnętrzne się uwewnętrzniają, przechodzą na sprawcę – to myśli zawarte w dziele Karola Wojtyły pt. Osoba i czyn. A przecież samo współżycie seksualne bardzo często jest jawną krzywdą i z miłością naprawdę nie ma nic wspólnego. Jest tak zawsze poza małżeństwem, ale bywa niestety i w małżeństwie… Zmuszanie we współżyciu małżeńskim do czegokolwiek, co drugiemu po prostu nie odpowiada, jest naruszeniem zasady miłości, która przede wszystkim troszczy się o dobro drugiego.

Nakłanianie do działań antykoncepcyjnych czy poronnych zaprzecza miłości i czyni działanie seksualne narzędziem niesamowitego niszczenia. Wielokrotnie spotykałem się w poradni z rozpaczą żony zmuszanej przez męża do odgrywania scen z filmów pornograficznych…

On naprawdę działał w dobrej wierze. Chciał żonę uszczęśliwić. Przecież na własne oczy widział, jak tamte kobiety na filmie szalały z radości. Tylko ta jego „głupia żona” nie chce być szczęśliwa…

Oczywiście, seksualność ma swoje ważne miejsce w wyrazie miłości pomiędzy małżonkami. Musi ona jednak być uruchamiana w czystości, czyli najprościej mówiąc, w zgodzie z zamysłem Stwórcy.

Można ten zamysł odczytać, przyglądając się biologii sfery płciowości. Nie ulega wątpliwości, że Stwórca zamierzył, by po „jakimś” przygotowaniu pieszczotami doszło do połączenia przygotowanych na to fizjologicznie narządów rozrodczych męża i żony oraz do złożenia nasienia w drogach rodnych żony, otwartych i niczym nie okaleczonych.

Para małżeńska tak działająca powinna być gotowa na przyjęcie naturalnego owocu jej działania w postaci poczętego dziecka. Oczywiście małżonkowie mają prawo wyrażać sobie miłość przez współżycie w czasie, gdy do poczęcia dojść nie może. Gdyby jednak doszło, zawsze muszą oni z miłością przyjąć każde poczęte dziecko. Sakramentalne małżeństwa obiecują to w czasie składania przysięgi małżeńskiej, mówiąc:

„przyjmę i po katolicku wychowam potomstwo, jakim mnie Bóg obdarzy”.

Warunkiem szczęścia każdego człowieka jest miłość, z wkomponowaną w nią czystością przeżywania własnej seksualności. Nieczystość seksualna zniszczy każde powołanie, zarówno osoby samotnej, jak i żyjącej w małżeństwie czy kapłana bądź osoby zakonnej. Współżycie może być czyste tylko w małżeństwie.

Reasumując: tylko w małżeństwie (dla osób wierzących – sakramentalnym) współżycie płciowe może być wyrazem miłości, powodować wzrastanie ku świętości i pogłębiać wzajemną więź.

Wreszcie: tylko trwałe, kochające się małżeństwo może stworzyć warunki do przyjęcia i wychowania naturalnego owocu miłości małżeńskiej – dziecka. Godność osoby dziecka wymaga, by zostało ono powołane do życia na skutek aktu miłosnego swoich rodziców oraz wzrastało otoczone miłością taty i mamy. Każde dziecko jest najwspanialszym owocem miłości prawdziwej, darem od Stwórcy i nie godzi się, ażeby było ono traktowane inaczej.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Twoje życie. Nowe rozmowy z dziewczyną o życiu, rodzinie, małżeństwie, płciowości, miłości