Młodzież Zobacz

O miłości (prawdziwej) cz. 1

Lip 15, 2019 Jacek Pulikowski

O miłości zapisano całe tomy. I słusznie, bo to temat zawsze i dla każdego aktualny. Życie ludzkie bez miłości nie ma bowiem sensu.

Święty Paweł w Hymnie o miłości napisał, że choćby wszystko posiadł, a miłości by nie miał, byłby jak cymbał brzmiący, oraz że miłość nigdy się nie kończy (por. 1 Kor 13,1.8). Jeżeli dodamy, że Bóg jest miłością i jedynym jej źródłem, to mamy obraz miłości prawdziwej, bez której nikt nie może być autentycznie szczęśliwy.

Bez miłości prawdziwej człowiek może jedynie się zabawiać, budując atrapy „miłości” oraz pozory „szczęścia”, i łudzić się, że o to w życiu chodzi.

Zdolność do miłości i wytyczne na drogę

Człowiek jest stworzeniem potencjalnie zdolnym do miłości. Jednak nie rodzi się do niej gotowy. Musi do niej dorastać. Mówiąc językiem fachowym, człowiek rodzi się zdezintegrowany (skaza grzechu pierworodnego) i jest wezwany do podjęcia trudu integracji, trudu własnego rozwoju, wzrostu.

Trud ten ma go prowadzić do osiągania wolności wewnętrznej, do wyboru dobra oraz odrzucania zła bez względu na okoliczności – w ostateczności nawet za cenę życia.

Do świadomego procesu integracji potrzebna jest hierarchia wartości (tzw. oś integracji), pozwalająca rozstrzygnąć, co jest dobre, a co złe. Wierzący katolicy są w sytuacji komfortowej, mają oni bowiem do dyspozycji hierarchię nieomylną.

Ten, który nas stworzył, który zna nas i kocha nas bardziej niż my sami siebie, objawił nam system wartości. Zrobił to przede wszystkim przez najważniejsze przykazanie miłości Boga i bliźniego. Rozpisał je w szczegółach w 10 przykazaniach Bożych, które są swoistą instrukcją obsługi dla człowieka, czyli drogowskazami na drodze do szczęścia.

Dalsze wskazówki znajdujemy w ośmiu błogosławieństwach. A warto wiedzieć, że „błogosławieni” znaczy po prostu: szczęśliwi. Tak, żyjemy po to, by być szczęśliwymi na ziemi i potem „płynnie” przejść do szczęścia w wieczności.

Nie ma najmniejszej nawet sprzeczności pomiędzy szczęściem na ziemi i po śmierci. Jest jedynie sprzeczność pomiędzy grzechami a zbawieniem. Jednak grzechy są tylko chwilowo przyjemne, a w dalszej perspektywie rujnują one człowieka i jego szczęście już tu, na ziemi.

Trud samowychowania i łaska

Powróćmy do procesu integracji wewnętrznej. Mamy tu dwa narzędzia do dyspozycji: trud pracy samowychowawczej oraz łaski sakramentalne. Biedni są ludzie, którzy odeszli od Boga i Kościoła (jedynego pośrednika łask sakramentalnych) i zrezygnowali z darmowej łaski.

Trud samowychowania można streścić lakonicznym stwierdzeniem: czyń dobro, unikaj zła. Człowiek ma tu do dyspozycji tzw. przymioty stwórcze: rozum i wolę.

Rozum wyposażony w przyjętą hierarchię wartości służy do rozpoznawania, co jest dobre, a co złe. Nie jest to wcale takie banalne zadanie w świecie przesyconym kłamstwem, manipulacją i gloryfikacją ideologii zła!

Wola zaś ma służyć do wypełniania z determinacją nawet trudnego i wiele nas kosztującego dobra oraz do odrzucania kuszącego zła, jawiącego się nieraz jako przyjemne, opłacalne.

Zarówno rozum, jak i wola powinny być nieustannie trenowane. Treningiem dla rozumu jest myślenie, rozważanie i wnioskowanie. Niezwykle ważne jest, by dokonywało się to na zbiorach prawdziwych danych. Najwspanialszy nawet umysł nie wyprowadzi mądrych wniosków ze sfałszowanych danych. Informatycy mówią lakoniczne: śmieci na wejściu – śmieci na wyjściu.

Wolę natomiast kształtuje się przez świadomie narzuconą sobie ascezę. Przez dobrowolną rezygnację nawet z przyjemnego dobra po to, by kiedyś, w godzinie próby, umieć zrezygnować z kuszącego zła.

Planując strategię przemiany siebie, trzeba ją przełożyć na sekwencję dobrze zaplanowanych czynów, które sumiennie i wytrwale wypełniane przemienią osobę. Same dobre chęci bez czynów są bezużyteczne, nawet frustrujące, gdy nie udaje się to, czego „tak pięknie pragnęliśmy”.

W Biblii znajdujemy słowa o tym, że wiara bez uczynków jest martwa (por. Jk 2,26). To potwierdza tezę, że czyny, nie chęci, przemieniają człowieka. Czyny przynoszą owoce. Im więcej dobrych czynów,  tym człowiek staje się lepszy. Człowieka, dobro jego intencji oraz działań poznaje się po owocach. Dobre drzewo nie wydaje złych owoców.

A co z udziałem łaski we wzroście człowieka? Temat to trudny, ale i tu można zastosować zasadę „po owocach poznacie”. Tak się składa, że ludzie, którzy co niedzielę uczestniczą we Mszy św., rozwodzą się 25 razy rzadziej niż średnia krajowa.

Gdy małżeństwo dodatkowo modli się wspólnie codziennie, to wówczas rozwodzi się 750 razy rzadziej niż średnia krajowa. Także wyniki badań wśród młodych w świecie (to, jak podatni są oni na wpływ alkoholu, narkotyków, przemocy, seksu czy sekt) bardzo wyraźnie wskazują, że religijność domu rodzinnego (zwłaszcza ojca oraz dobra relacja z nim) najlepiej zabezpiecza przed pogubieniem się w życiu.

Można to tłumaczyć na różne sposoby, ja jednak uważam, że tłumaczenie tego łaską jest najbardziej racjonalne. Rozstrzygnięcie problemu, jaki musi być udział pracy własnej, a ile dostaniemy w darze, jest niemożliwe. Jednak udział łaski (jak pokazuje życie) bywa ogromny.

Miłość dojrzała

Miłość prawdziwa rodzi dobro – tylko dobro. Jeżeli krzywdzi, to nie jest miłością. Po tym właśnie można ją rozpoznać.

Drugim jej znakiem rozpoznawczym jest to, że miłość prawdziwa nigdy się nie kończy. A jeżeli się skończyła, to tylko dowód na to, że nie była prawdziwa.

Święty Jan Paweł II kilkakrotnie przywoływał zdanie (za Gaudium et spes – dokumentem Soboru Watykańskiego II):

„Człowiek w pełni nie może się odnaleźć inaczej, jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie samego”.

Nie ma więc innej drogi do odnalezienia siebie, czyli do szczęścia, jak tylko przez miłość rozumianą jako dar z siebie. Każdy powinien całe życie walczyć o to, by być coraz wspanialszym, czystszym i świętszym.

Skoro wszyscy jesteśmy wezwani do świętości, to znaczy, że jest ona osiągalna dla każdego, również dla wielkich grzeszników – nawet takich jak dawna jawnogrzesznica Maria Magdalena.

Warto sobie uświadomić, że w tym celu trzeba (nie ma innej drogi) podjąć trud samowychowania i – korzystać z łask sakramentalnych, bez których prawdziwa świętość jest po prostu nieosiągalna.

Jakże często ludzie wierzący rezygnują z łaski sakramentu małżeństwa i latami cudzołożą w tzw. wolnych związkach, próbując w trudzie budować „miłość małżeńską”… Tylko człowiek czysty – czyli taki, jakim chciał go mieć Stwórca – w pełni może ofiarować siebie drugiemu człowiekowi w małżeństwie lub bezpośrednio Bogu w życiu konsekrowanym (w kapłaństwie, w życiu zakonnym).

Oczywiście, by siebie dać, trzeba siebie w elementarny sposób posiadać i sobą władać. Każdy nałóg odbiera człowiekowi wolność wewnętrzną, ograniczając jego zdolność kochania. Tak więc do miłości prawdziwej i tym samym do szczęścia potrzebna jest dojrzałość objawiająca się posiadaniem siebie i gotowością obdarowania sobą.

Nie można zbudować dojrzałej relacji miłości pomiędzy niedojrzałymi ludźmi. Jakże gorzko przekonują się o tym nawet szczerze – lecz bezskutecznie – marzący o wielkiej miłości… egoiści.

Kiedy miłość – do człowieka lub Boga – jest dostatecznie dojrzała, to można i warto podjąć decyzję o jej dozgonności w małżeństwie czy w życiu konsekrowanym.

Zawarcie sakramentu daje łaski sakramentalne do jego wypełnienia. Doświadczenie uczy, że ci, którzy „uczepią się” łask sakramentalnych, potrafią wiernie i pięknie wytrwać w obranym przez siebie powołaniu – na obranej drodze miłości – do śmierci.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Duchowa Pedagogia Miłości. ks. Jan KochelPrzymierze małżeńskie