Nowości Wiara

Niezwykły przypadek Colma

Sty 16, 2017 Sebastian Bednarowicz

Ksiądz Piotr wyciągnął małe zdjęcie chłopca i błagał usilnie Matkę Bożą słowami: „Ja już wszystko zrobiłem, już nic nie mogę, teraz Ty coś zrób!”. Już w nocy następującej po tym dniu zaczęły przychodzić esemesy od matki Colma, że coś się stało…

Colm Cahill urodził się w dobrej katolickiej rodzinie mieszkającej na wyspie Jersey u wybrzeży Wielkiej Brytanii. Jego ojciec był dyrektorem szkoły, osobą poważaną w lokalnym środowisku, matka zaś pracowała jako wykwalifikowana pielęgniarka. Rodzice oprócz niego mieli jeszcze czworo dzieci – dwóch synów i dwie córki.

Kiedy Colm miał siedem lat, razem z ojcem uczestniczył w wypadku samochodowym. Od tego wydarzenia jego życie diametralnie się zmieniło. W krótkim czasie po wypadku chłopiec dostał ataku konwulsji. Napady zaczęły się powtarzać i wykazywać coraz większą intensywność. Najpierw zdarzały się kilka razy w tygodniu, potem codziennie, a w końcu trwały niemal bez przerwy. Oznaczało to dla niego koniec szkoły i ciągłe wizyty w szpitalach. Lekarze jednak byli bezradni wobec przypadku Colma. Specjalistyczne badania wykonane przez najlepszych europejskich znawców medycyny pozwoliły stwierdzić jedynie, że nie jest to epilepsja. Przyczyny oraz rzeczywisty charakter choroby stanowiły jednak znak zapytania.

Chłopiec rósł i nabierał sił, ale choroba postępowała. W czasie ataku Colm rzucał się po całym pokoju. Działo się to pomimo przyjmowania przez niego codziennie prawie trzydziestu dużych dawek środków psychotropowych. Lekarze radzili, aby umieścić go w specjalistycznym domu opieki w Southampton i przewidywali, że wkrótce umrze, gdyż jego serce nie wytrzyma tych ciągłych napadów. Rodzina Colma w całości była zaangażowana w opiekę nad chłopcem. Jego matka zrezygnowała z pracy, a jego rodzeństwo, nawet to młodsze, wiedziało, jak się zachowywać w czasie ataku.

W parafii Colma pracował polski ksiądz Piotr Glas, który każdego roku miał zwyczaj wyruszać na pielgrzymkę do Medjugorie. Taki zamiar miał również w maju 2004 r. Colm miał wtedy 13 lat i jego choroba coraz bardziej dawała się we znaki całej jego rodzinie. Ksiądz Piotr przed wyjazdem do Bośni odwiedził chłopca i wtedy zaświtała mu myśl, ażeby całą pielgrzymkę ofiarować w jego intencji, zgodnie z nauką Pisma św.: „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe” (Gal 6,2). Podzielił się z Colmem swoim pomysłem i poprosił go o łączność w modlitwie.

Wizyta w Medjugorie przebiegała zgodnie z planem. Wszystkie Msze św., adoracje, drogi krzyżowe i posty ks. Piotr ofiarowywał za Colma. 21 maja o godzinie 22 miało mieć miejsce objawienie Ivanowi, jednemu z szóstki osób „widzących”. Ksiądz Glas poinformował krewnych Colma o tym wydarzeniu i poprosił, aby właśnie w tym czasie intensywnie się modlili. W trakcie „objawienia” ks. Piotr wyciągnął małe zdjęcie chłopca i błagał usilnie Matkę Bożą słowami: „Ja już wszystko zrobiłem, już nic nie mogę, teraz Ty coś zrób!”. Już w nocy tego dnia zaczęły przychodzić esemesy od matki Colma, że coś się stało. Nie precyzowała jednak, co takiego.

Następnego dnia ks. Piotr zaniósł zdjęcie chłopca do kopca usypanego w miejscu, gdzie umarł ks. Slavko, i zostawił je pod jednym z kamieni. Odchodząc, miał uczucie, jakby zostawiał kogoś drogiego, ale jednocześnie był głęboko przekonany, że musiał to uczynić.

Po powrocie na Jersey ks. Piotr dowiedział się, co się wydarzyło w rodzinie Cahillów. 21 maja wiał lekki wiatr i była piękna pogoda. O godzinie 21 (ze względu na różnicę czasu) Colm pozostał sam w ogrodzie, gdzie modlił się na różańcu, zapaliwszy wcześniej dziesięć dużych świec. W momencie „objawienia” w Medjugorie wiatr nagle ustał, a świece zaczęły gasnąć. Jednak nie wszystkie naraz, lecz po kolei. Kiedy ostatnia z nich zgasła, Colm został uzdrowiony. Minął jeden dzień i nie było napadu konwulsji, potem następny i następny, i jeszcze kolejny. W sierpniu w czasie konsylium lekarskiego postanowiono stopniowo odstawiać środki psychotropowe. Stało się tak na żądanie Colma, który argumentował, że jest już zdrowy, że uzdrowił go Bóg.

W międzyczasie rodzina Cahillów udała się na pielgrzymkę do Lourdes. Tam to spośród tysięcy pielgrzymów tłoczących się wokół miejsca objawienia strażnik wskazał jedynie na Colma i pozwolił mu samemu wejść oraz modlić się w grocie. W drodze powrotnej rodzina zatrzymała się na nocleg w wiejskim hoteliku, gdzieś w Normandii. Krewni Colma rozważali wszystkie wydarzenia z ostatnich miesięcy i zastanawiali się, co dalej robić. Kiedy po kolacji wyszli przed hotel, ich uwagę przykuł olbrzymi autobus, który na przedniej szybie miał przyklejony wielki obraz Matki Bożej z Medjugorie. Okazało się, że byli to pielgrzymi włoscy, którzy jechali właśnie do Medjugorie. Ta szczególna zbieżność oraz fakt niezwykłości spotkania z Włochami w odległej i pozostającej całkowicie nie po drodze do Bośni Normandii została uznana przez Cahillów za znak, aby jechać do Medjugorie.

Jako pierwszy do Bośni udał się Colm. Na pielgrzymkę w rocznicę uzdrowienia zabrał go ks. Piotr. Kiedy 21 maja 2005 r. dotarli do Medjugorie, chłopiec wyskoczył z taksówki i zniknął pośród tłumu ludzi na ok. 20 minut. Po powrocie stwierdził, że tu jest jego dom i że doskonale zna to miejsce. W trakcie Mszy św. ks. Piotr złożył świadectwo o uzdrowieniu Colma. Ewangelia na ten dzień zawierała słowa: „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37).

Uzdrowienie Colma miało wielkie znaczenie dla pogłębienia, umocnienia wiary i rozwoju duchowego rodziny Cahillów. Odtąd regularnie jeżdżą oni do Medjugorie. Pielgrzymki do Bośni organizuje już sam Colm. Na jednej z nich nawrócił się jego starszy brat, który przez dłuższy czas pozostawał z dala od Boga. Colm po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Orleanie, rozeznał, że Chrystus powołuje go do kapłaństwa. Po powrocie do Anglii został przyjęty do Seminarium Duchownego i obecnie studiuje teologię i przygotowuje się do przyjęcia święceń kapłańskich. Cudowne uzdrowienie Colma było znakiem wzywającym do nawrócenia. Pan Jezus powiedział: „Jeżeli nie zobaczycie znaków i cudów, nie uwierzycie” (J 4,48). Potrzeba jednak pokory i otwartości serca, żeby Boże znaki można było zobaczyć i właściwie je rozumieć. Colm, jego rodzice, rodzina, oraz wielu przyjaciół i znajomych tak właśnie to nadzwyczajne wydarzenie odczytali. Zrozumieli, że zostali wezwani do nawrócenia, że człowiekowi do pełni szczęścia potrzebny jest tylko Bóg, który jest Miłością i Miłosierdziem samym, któremu trzeba bezgranicznie ufać, za wszystko Mu dziękować i wypełniać Jego wolę.

Opracował Sebastian Bednarowicz (na podstawie rozmowy z ks. Piotrem Glasem)

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie: