Rodzina Zobacz

Nagrodzona wytrwałość

Sty 07, 2019 Świadectwo

Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęłam pracę w małej miejscowości w urzędzie gminy. Zamieszkałam w wynajętym pokoju u starszej, samotnej wdowy. Snułam marzenia o małżeństwie i rodzinie, jednak nic nie robiłam, aby je urzeczywistnić.

Nie chodziłam na zabawy, nie byłam zainteresowana życiem towarzyskim… Nie znałam więc zbyt wielu osób i dużo czasu spędzałam w swoim pokoju. Moim ulubionym zajęciem było czytanie książek.

Po mniej więcej roku do działu, w którym pracowałam, przyszedł młody mężczyzna. Zrobił na mnie duże wrażenie. Był bardzo uprzejmy, uśmiechnięty i miał taki łagodny, dobrotliwy wyraz twarzy.

Dość szybko załatwił swoją sprawę, jednak po kilku dniach znowu się u nas pojawił. Był zakłopotany i łatwo było zauważyć, że nie ma nic konkretnego do załatwienia. Po chwili przyznał, że chciałby się ze mną umówić.

Powiedział, że ma na imię Staszek i że pracuje jako zaopatrzeniowiec. Tak się zaczęło. A potem już wszystko potoczyło się szybko. Po roku znajomości zawarliśmy ślub. Wesele odbyło się w mojej miejscowości.

Od początku bardzo polubiłam mamę Staszka. Była to kobieta mocno spracowana, ale podobnie jak jej syn miała taką dobroduszną, anielską twarz. Taki też miała charakter. Ojciec mojego męża, rolnik, wykazywał lekką słabość do kieliszka.

Wspólne życie od początku układało się nam dość dobrze. Mieliśmy mieszkanie i pracę; z czasem, z pomocą teściów, wybudowaliśmy mały dom. Na świat przychodziły dzieci. Mąż często służbowo wyjeżdżał w Polskę.

Po kilku latach zaczął, niestety, coraz częściej wracać do domu niezupełnie trzeźwy. Tłumaczył się, że w jego zawodzie bez wódki niewiele można załatwić dla zakładu. Rzeczywiście, takie były wtedy czasy, że za pół litra można było zdobyć niemal wszystko.

Wówczas jeszcze nie bardzo się tym martwiłam, bo mąż mój nigdy nie był agresywny, kochał dzieci, a pieniędzy nam nie brakowało. Na spotkaniach rodzinnych pił razem ze wszystkimi mężczyznami, ale nigdy nie upijał się do nieprzytomności.

Niestety, z czasem jego upijanie się było coraz częstsze i coraz głębsze… Nieraz dochodziło aż do tego, że miał trudności z wejściem po schodach – musiałam wychodzić po niego przed dom i wciągać go na górę…

Nasze dzieci – dwie córki i syn – chodziły już wtedy do szkoły podstawowej. Często żaliłam się teściowej, a ona mnie uspokajała i zachęcała do modlitwy. Mówiła, że muszę być wytrwała i znosić tę sytuację, przede wszystkim ze względu na dzieci.

Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że mój mąż jest już alkoholikiem. Na szczęście nie zaniedbywał obowiązków w pracy. Dyrektor był z niego zadowolony, bo Staszek umiał pozałatwiać wszystko, co było potrzebne dla zakładu.

I choć mąż stał się obcy dla mnie, nie robiłam mu wymówek. Czasami tylko, kiedy rano jadł śniadanie, prosiłam go, aby nie wrócił pijany, bo to wstyd przed ludźmi. Obiecywał, że wróci trzeźwy, ale nie dotrzymywał słowa…

Na szczęście miałam pociechę z dzieci. Nasz syn, Krzysio, służył wtedy do Mszy św., nawet w tygodniu chodził na ministranturę; obie córki po maturze rozpoczęły studia poza domem.

Najstarsza córka powiedziała mi kiedyś, że nie powinnam się tak męczyć, że można przecież ojca wyrzucić z domu – „niech idzie do swojej mamy” (teść już wtedy nie żył). Mocno wówczas zaprotestowałam. Powiedziałam, że jest to mój mąż i że skoro mu ślubowałam, to będę przy nim do końca. Więcej już nie poruszałyśmy tego tematu.

Cały czas duże oparcie miałam w teściowej (moi rodzice i rodzeństwo mieszkali daleko). Jej przykład pokazywał mi, że można wytrwać, że Bóg daje siłę. W czasie jednej z naszych rozmów teściowa powiedziała mi, że za to cierpienie i wierność mężowi Pan Bóg kiedyś mi wynagrodzi. Jednak nie było mi łatwo…

To chyba rzeczywiście była wielka łaska Boża, że nasze dzieci przez cały ten czas nie weszły na złą drogę, a ja potrafiłam to wszystko znosić.

Syn był uczniem technikum mechanicznego. Nigdy nie mówił o swoich planach po szkole średniej. Myślałam, że jak zda maturę, to pójdzie do pracy. Nie chciałam go zatrzymywać w domu. Tymczasem po ostatnim egzaminie Krzyś powiedział mi, że chce iść do seminarium duchownego.

Rozpłakałam się, gdy to usłyszałam. Nie z żalu, ale z radości, jaką wtedy odczułam. Moja wdzięczność Bogu była tak wielka, że długo nie mogłam się uspokoić.

W niedzielę powiedzieliśmy to ojcu. Na obiedzie była u nas teściowa. Też płakała, a potem powiedziała nam, że od chrztu Krzysia prosiła Boga o dar powołania dla niego. Płakaliśmy wszyscy, mąż także. Nic jednak nie powiedział, nie protestował, był tylko bardzo smutny, jakby nieobecny.

We wrześniu Krzyś wyjechał do seminarium. Zostaliśmy z mężem sami, dlatego zaproponowałam mu, żeby mamę wziąć do siebie. Był mi za to wdzięczny; powiedział, że sam myślał o tym, ale nie miał odwagi mnie zapytać.

Była to dobra okazja, aby porozmawiać o jego piciu. Mąż sam zaczął mi się zwierzać. Mówił, że jest mu z tym bardzo ciężko, że chce skończyć z pijaństwem, ale nie ma siły. Chciałby przestać, ze względu na mnie i na swoją mamę, ale głównie dla Krzysia, aby nie robić mu wstydu. Było mu z tym bardzo ciężko.

Postanowiliśmy więc oboje, że poszukamy pomocy. Zaczęło się od poradni, potem był pobyt na oddziale odwykowym. Tam poznał ludzi z AA, zaczął jeździć na spotkania i pracować na Programie 12 kroków.

Teściowa umarła, kiedy nasz syn był jeszcze w seminarium, na piątym roku. Staszek nie wrócił już do alkoholu. Obecnie mamy za sobą już 43 lata małżeństwa; nasze córki żyją w szczęśliwych małżeństwach, a syn nasz już 7 lat służy Bogu i ludziom jako ksiądz. To wielki dar od Boga.

Zofia

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Miłujcie się! nr 2-2017