Rodzina Zobacz

Moje serce Jemu zaufało

Sty 15, 2018 Świadectwo

Jako czteroletni chłopiec stra­ci­łem mamę. Odeszła na za­wsze do Pana. Zostałem z ojcem i piątką ro­dzeń­stwa. Ojciec po nie­dłu­gim czasie od śmierci mamy ożenił się z kobietą po rozwodzie, która miała troje wła­snych dzieci, było więc nas dzie­wię­cio­ro.

Tę­sk­ni­łem za mamą i nigdy nie za­zna­łem mat­czy­nej mi­ło­ści. Moje dzie­ciń­stwo było dla mnie bardzo trud­ne.

Pochodzę ze wsi, od naj­młod­szych lat musiałem ciężko pra­co­wać. Jako kil­ku­na­sto­let­ni chłopak naj­mo­wa­łem się do pracy u go­spo­da­rzy, żeby za­ro­bić parę groszy.

Im byłem starszy, tym czę­ściej bun­to­wa­łem się prze­ciw­ko ta­kie­mu lo­so­wi. Chcia­łem skosz­to­wać in­ne­go życia, więc w wieku 16 lat za­czą­łem po­pi­jać al­ko­hol. My­śla­łem wte­dy, że to taki chło­pię­cy wy­bryk. Dla­cze­go mam być inny niż moi ko­le­dzy? Prze­cież życie nie po­le­ga tylko na cięż­kiej pra­cy!

Zacząłem się coraz czę­ściej upi­jać, bo wte­dy do­pie­ro moje życie na­bie­ra­ło „sensu”, wszyst­ko stawało się ta­kie ró­żo­we…

Na­wet nie za­uwa­ży­łem chwi­li, gdy zna­la­złem się w szpo­nach al­ko­ho­li­zmu. Stra­ci­łem kontrolę nad sobą i nad swoim ży­ciem. Za­czą­łem pożyczać pie­nią­dze na al­ko­hol, bo po prostu mu­sia­łem pić, żeby przeżyć ko­lej­ny dzień.

Bar­dzo chcia­łem znowu żyć nor­mal­nie, nie pijąc. Uda­wa­ło mi się to, ale tyl­ko do dnia wypłaty. Wtedy prze­pi­ja­łem pie­nią­dze i kiedy się koń­czy­ły, znów mo­bi­li­zo­wa­łem się do nor­mal­ne­go życia.

W tym czasie zacząłem po­waż­nie myśleć o za­ło­że­niu ro­dzi­ny. Mając 20 lat, poznałem swoją przyszłą żonę. Przez trzy lata narzeczeństwa skrzętnie ukry­wa­łem przed nią swoją cho­ro­bę, prze­ko­na­ny, że sam dam so­bie radę ze swo­im pi­ciem.

Nad­szedł dzień ślubu. Na weselu za­cho­wy­wa­łem się jak przy­kład­ny mąż, ale już na po­pra­wi­nach upi­łem się do nie­przy­tom­no­ści…

Bóg ob­da­ro­wał mnie sy­nem i cór­ką. Sza­la­łem z ra­do­ści za każ­dym ra­zem, kiedy żona uro­dzi­ła dziecko. Z tej ra­do­ści, że zo­sta­łem ojcem, zno­wu piłem, nie my­śląc wcale o tym, ile żona mu­sia­ła się na­cier­pieć, wydając na świat nasze dzieci.

Nie tra­fia­ły do mnie żad­ne ar­gu­men­ty żony, jej pła­cze, proś­by ani bła­ga­nia… Wi­dzia­łem jej cier­pie­nie, ale niestety alkohol był ode mnie sil­niej­szy… Trwo­ni­łem całe wy­pła­ty, więc zno­wu za­czą­łem po­ży­czać pie­nią­dze i je prze­pi­jać.

Po­su­ną­łem się nawet do kra­dzie­ży. Zło opę­ta­ło mnie cał­ko­wi­cie… Mo­je­mu pijaństwu to­wa­rzy­szy­ły za­wsze awan­tu­ry: w amoku roz­bi­ja­łem meble, wy­ży­wa­łem się psy­chicz­nie i fi­zycz­nie na żo­nie.

Wiele razy mu­sia­ła dzwo­nić na po­li­cję. Żeby miała spo­koj­ną noc, po­li­cjan­ci odwozili mnie do izby wy­trzeźwień. W sumie byłem tam sześć razy… Po ko­lej­nej takiej awan­tu­rze poprosiła, żeby mnie nie za­bie­ra­li, bo nie ma już z czego za­pła­cić za nocleg w izbie…

To był koszmar. Wiele razy po wytrzeźwieniu nie mogłem uwierzyć w to, czego narobiłem. Czułem się zu­peł­nie bez­rad­ny… Za­czą­łem wte­dy szukać po­mo­cy u Boga i przedstawiłem Mu wszyst­kie swoje pro­ble­my.

Ale gdy było już tro­chę le­piej, za­po­mnia­łem o wdzięcz­no­ści, zlek­ce­wa­ży­łem Bożą po­moc – na­pi­łem się i usia­dłem za kie­row­ni­cą. Było to 12 kwiet­nia 1995 roku.

Stra­ci­łem pa­no­wa­nie nad sa­mo­cho­dem (może za­sną­łem – nic nie pa­mię­tam, mia­łem 1,6 pro­mi­la al­ko­ho­lu we krwi), zje­cha­łem z dro­gi i ściąłem drze­wo, za­trzy­mu­jąc się do­pie­ro na na­stęp­nym. Zno­wu Pan Bóg czu­wał nade mną – stra­ci­łem tylko przy­tom­ność, wi­dząc w od­da­li jak­by małe świa­teł­ko…

Ocknąłem się następnego dnia na od­dzia­le ortopedii w byd­go­skiej kli­ni­ce. Noga na wy­cią­gu, ręka w gip­sie, oko pozszywane, nos zła­ma­ny… Wi­dząc to, pomyślałem:

„No, to szatan ma mnie w swoich sidłach. Omamił mnie już do końca!”.

Największą karą za pi­jań­stwo była moja nieobecność na I Komunii św. mo­je­go syna. On pierwszy raz przyj­mo­wał Pana w Eucharystii, a ja mu zro­bi­łem taki pre­zent!… Pro­si­łem Boga w mo­dli­twie, żeby syn po­tra­fił mi kie­dyś wy­ba­czyć. Po­sta­no­wi­łem, że po po­wro­cie ze szpitala prze­sta­nę pić i za­cznę życie od nowa.

Wróciłem do domu i nie mo­gąc jesz­cze nic zro­bić wokół siebie, wy­ma­ga­łem stałej opie­ki. Żona mnie pie­lę­gno­wa­ła, cho­dzi­ła koło mnie ca­ły­mi dniami, aż sta­ną­łem na nogi.

Za­czą­łem kuś­ty­kać o ku­lach i czułem się co­raz sil­niej­szy. Na tyle sil­ny, by zno­wu pić i robić awan­tu­ry… Tak było przez trzy lata. W końcu żona nie wy­trzy­ma­ła i wnio­sła spra­wę o roz­wód.

I znów zwró­ci­łem się z roz­pa­czą do Boga. Oddałem się cały Je­zu­so­wi Chry­stu­so­wi i Jego Mat­ce. Mo­dli­łem się szcze­rze, od­ma­wia­łem ró­ża­niec i od­ma­wiam go do dziś. Za­wie­rzy­łem głę­bo­ko Bożej mi­ło­ści do mnie i te mo­dli­twy po­mo­gły mi po­ma­łu prze­żyć każdy ko­lej­ny dzień.

I oto noszę w so­bie dowód, że Bóg żyje i jest wśród nas: po­ko­cha­łem Go ca­łym ser­cem i przy­ją­łem Jego po­moc, a On mnie ule­czył. On jest praw­dzi­wym Le­ka­rzem dusz i ciał.

Nikt z le­ka­rzy spe­cja­li­stów nie był w stanie mi pomóc ani ta­blet­ka­mi, ani psy­cho­te­ra­pią. Dopiero szcze­ra mo­dli­twa i ob­co­wa­nie z Pa­nem Bo­giem oka­za­ły się sku­tecz­nym le­kar­stwem na zło, w którym się po­grą­ża­łem.

Dzisiaj jestem szczęśliwym czło­wie­kiem: od dwóch lat nie piję i trwam w małżeństwie. Codziennie wspól­nie z żoną i dziećmi od­ma­wia­my różaniec z Ra­diem Maryja, a wie­czo­rem roz­wa­ża­my koronkę do Sied­miu Bo­le­ści Mat­ki Bo­żej.

Mo­dlę się gorąco i sta­ram się prze­strze­gać przykazań, nie opusz­czam Mszy św. Czytam Pismo święte, mam za­wsze otwar­te uszy na sło­wo Boże. Najbardziej lu­bię psal­my, bo w każdym z nich znaj­du­ję od­nie­sie­nie do swojego ży­cia. W szcze­gól­nie pięk­ny sposób uczą, jak so­bie radzić w trud­nych chwilach.

Piszę to świadectwo, żeby po­móc innym alkoholikom oraz uza­leż­nio­nym od wszelkich nałogów. Zwłasz­cza myślę o tych naj­młod­szych, którzy do­pie­ro zaczynają się wplątywać w si­dła szatana, aby w porę przejrzeli i za­wie­rzy­li Panu Bogu – tak, jak ja za­wie­rzy­łem!

Codziennie proszę Jezusa i Jego Matkę o pomoc dla siebie i mojej ro­dzi­ny oraz dla wszyst­kich rodzin do­tknię­tych problemem alkoholizmu.

Bóg jest najlepszym le­ka­rzem. On jest moją miłością na zawsze. Moje serce Jemu zaufało.

Wojtek

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Miłujcie się! nr 2-2017Dwanaście kroków według Felka alkoholika- audiobookWyrwani z niewoli