Młodzież Nowości

Moja walka z narkomanią

Sie 01, 2016 Świadectwo

Moja historia z narkotykami za­czę­ła się w wieku 18 lat. Wów­czas po raz pierwszy ich spróbowałem – i w krótkim czasie stałem się nar­ko­ma­nem

Przyczyna narkomanii

Dopiero dzisiaj zdaję sobie spra­wę z tego, że narkomania ma swoją przy­czy­nę w du­cho­wej pustce, spo­wo­do­wa­nej przez brak modlitwy, mi­ło­ści i sensu życia – czyli przez brak szczerej wiary w Boga. Praw­dzi­we narkotyki – a więc proszki, pastylki czy „trawa” – są tylko próbą wy­peł­nie­nia duchowej pustki, spo­wo­do­wa­nej przez brak otwarcia się na miłość Jezusa. Dzisiaj już wiem, że tę pust­kę może zapełnić tylko Jezus Chry­stus. Najgłębsze przy­czy­ny nar­ko­ma­nii sięgają czasu mojego dzie­ciń­stwa. Wtedy pojawiły się pierwsze kłam­stwa, kradzieże i lęki – wszystkie je bardzo do­kład­nie pamiętam.

Oszukiwałem swoich ro­dzi­ców, aby ukryć prawdę o swoim fa­tal­nym za­cho­wa­niu w przed­szko­lu, czy póź­niej w szko­le. Kła­ma­łem, żeby ukryć swoje złe za­cho­wa­nie czy sła­bą oce­nę, lub też żeby zna­leźć wy­tłu­ma­cze­nie, gdy wracałem do domu znacz­nie później, niż obie­ca­łem ro­dzi­com. W dzieciństwie wy­ko­rzy­sty­wa­łem okresy, w których rodzice się kłó­ci­li i po­tem przez jakiś czas ze sobą nie roz­ma­wia­li. Szybko się zo­rien­to­wa­łem, że jest to doskonała okazja, aby zdobyć coś dla siebie. Prosiłem ojca, a on kupował mi różne zabawki i rze­czy, zabraniając mówić o tym ma­mie. Oczywiście po­tem prosiłem również mamę i znowu do­sta­wa­łem to, co chcia­łem – pod wa­run­kiem że ojciec nie po­zna „naszej” tajemnicy. Krót­ko mó­wiąc, dla osobistych ko­rzy­ści po­słu­gi­wa­łem się kłamstwem. Chcia­łem żyć łatwo i przyjemnie. Ucie­ka­łem od wszyst­kie­go, co mo­gło wią­zać się z tru­dem, ciężką pra­cą, wy­sił­kiem i cier­pie­niem.

Brak wspólnoty rodzinnej

Dzisiaj zdaję sobie sprawę rów­nież z tego, że nasze życie ro­dzin­ne nisz­czy­ła telewizja – a to dla­te­go, że oglą­da­li­śmy prawie wszystko: woj­ny, przygody Tony’ego Halika, za­ma­chy ter­ro­ry­stycz­ne, wiadomości spor­to­we itp. i dwa–trzy seriale dziennie. Te­le­wi­zor był nie­ustan­nie włączony i nawet gdy siedzieliśmy za sto­łem, to on był najważniejszy. A kie­dy cza­sa­mi mama znie­cier­pli­wio­na go wy­łą­cza­ła, na­stę­po­wa­ła cisza tak strasz­na, że ciężko było mi wy­trzy­mać. Do­pie­ro dzi­siaj ro­zu­miem, jak fa­tal­nie te­le­wi­zja wpły­nę­ła na na­sze ży­cie ro­dzin­ne.

Nie rozmawiałem z ro­dzi­ca­mi o swo­ich problemach i o swoim życiu. Mię­dzy nami nie było za­ufa­nia. Je­że­li zda­rzy­ło się, że za­czę­li­śmy roz­ma­wiać, to nasze dia­lo­gi były pełne wza­jem­nych pre­ten­sji i złych emocji. Uni­ka­łem ta­kich roz­mów i izo­lo­wa­łem się w świecie mu­zy­ki oraz fil­mu. Będąc na­sto­lat­kiem, do domu wra­ca­łem co­raz później. W wieku 17–18 lat dom rodziny stał się dla mnie hotelem, w którym tylko spałem, ja­dłem i do­sta­wa­łem pie­nią­dze.

Innym moim problemem były lęki. Od dzieciństwa czułem bar­dzo silny brak miłości ojca, jego uczuć, zde­cy­do­wa­nia, rad i obec­no­ści. Gubiłem się we wszyst­kich rze­czach wy­ma­ga­ją­cych zde­cy­do­wa­ne­go działania. To rodziło wie­le nie­pew­no­ści, lę­ków, po­czu­cie co­raz więk­sze­go osa­mot­nie­nia… Oczywiście, na zewnątrz nie da­wa­łem nawet poznać po so­bie, co nosiłem w środku. Na­kła­da­łem ma­ski. W domu uda­wa­łem, że wszyst­ko jest w naj­lep­szym po­rząd­ku, że nie mam żadnych problemów. Ro­dzi­ce byli pew­ni, że by­łem świetny w szko­le, że sze­dłem pro­stą drogą do celu, że przy­szłość układa się przede mną do­kład­nie, jak w filmie czy w bajce. Oni byli tego pewni!

Lawina zła

W szkole byłem przemądrzałym uczniem, który znał się najlepiej na wszyst­kim, najlepszym, gwiazdą i „the best”. Specjalną maskę za­kła­da­łem w obec­no­ści dziewczyn. Prze­by­wa­nie z nimi nobilitowało mnie; sta­ra­łem się za­cho­wy­wać przed nimi tak, aby zwró­cić na siebie ich uwagę. A kiedy udało mi się zbliżyć do którejś dziewczyny, od­gry­wa­łem zawsze rolę chłopaka czu­łe­go i dobrego. Po jakimś czasie spo­strze­głem, że ma­ski przyczepiały się do mnie jed­na po drugiej, co sprawiało, że nie by­łem sobą – brakowało mi szcze­ro­ści i otwar­to­ści. Tak na­praw­dę to czułem lęk we wszystkich jego kolorach i od­mia­nach: przed od­po­wie­dzial­no­ścią, przed osą­dem dru­gich, lęk przed tym, że od­kry­ję, kim na­praw­dę je­stem. Ta­kie były skut­ki mo­je­go życia bez Boga – ciem­no­ści ducha, które powoli ogarniały co­raz większą część mojej oso­by. W ten spo­sób roz­po­czy­nał się naj­tra­gicz­niej­szy i najbardziej mroczny okres mojego ży­cia.

W trzeciej klasie li­ceum po­ja­wi­ły się pro­ble­my w szko­le, po prostu z lenistwa nie chciało mi się uczyć. Mu­sia­łem tę trzecią klasę po­wta­rzać trzy razy. W su­mie dopiero po sze­ściu latach zda­łem ma­tu­rę, będąc już nar­ko­ma­nem. Pamiętam, jak po nie­po­wo­dze­niach w szkole spo­ty­ka­łem się z przy­ja­ciół­mi, któ­rzy mieli po­dob­ne pro­ble­my; z re­gu­ły była to dzie­wią­ta lub dzie­sią­ta go­dzi­na wie­czo­rem. Zwy­kle jechaliśmy na pla­żę na gdań­skich Sto­gach, dokąd było naj­bli­żej. Tam po raz pierw­szy wy­pi­łem spo­ro al­ko­ho­lu, rów­nież wtedy ktoś dał mi pierw­sze­go jointa. Wtedy po raz pierw­szy nie wró­ci­łem na noc do domu.

In­nym razem ktoś po­czę­sto­wał mnie LSD lub po­dzie­lił się ze mną por­cją ha­lu­cy­no­gen­nych grzy­bów, ktoś inny podał mi strzy­kaw­kę z heroiną… Za­czą­łem wte­dy peł­ny­mi gar­ścia­mi ko­rzy­stać z tego, co ofe­ro­wa­li mi star­si ko­le­dzy. Nie za­sta­na­wia­łem się nad tym, co robię. Wy­da­wa­ło mi się to wtedy pro­ste: trze­ba iść na maksa i używać, ile się da, życia i przy­jem­no­ści.

Pamiętam jedno zdarzenie z tego okresu, które utkwiło mi w pamięci na zawsze. Na pla­ży bawiliśmy się bu­me­ran­giem. Rzucaliśmy go da­le­ko nad wodę i on zawsze wracał. Z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi gapiłem się, jak dobiegał do punktu, gdzie wyżej już nie mógł się wznieść, zawisał na chwilę w po­wie­trzu i wracał tą samą drogą, su­nąc nad falami, i często znikał z oczu. Nie spo­sób było dojrzeć jego płaskiego kształ­tu, który niespodziewanie po­ja­wiał się przed tobą i przelatywał na wy­cią­gnię­cie ręki. Najlepiej było w takim mo­men­cie rzucić się na piasek i po­cze­kać, aż przeleci. Któregoś razu, rzu­co­ny bar­dzo mocno, zniknął mi z oczu, i zaraz po­tem trafił mnie w gło­wę tak, że stra­ci­łem przytomność. Był bardzo twar­dy. Byłem bar­dzo zdziwiony, że taki ka­wa­łek drewna może być tak groźny dla tego, który rzuca.

Narkotykowy „raj”

Wydawało mi się wtedy, że nar­ko­ty­ki są dla mnie najlepszym roz­wią­za­niem moich problemów, po­nie­waż dają chwi­lo­wą przyjemność i zapomnienie. Po­cząt­ko­wo dzięki nim czułem się swobodny i bez­piecz­ny w sytuacjach, w których ni­gdy taki nie byłem. Łu­dzi­łem się, że mogę w ten sposób roz­wią­zać wszyst­kie swoje problemy i trud­no­ści. Po wzięciu narkotyków było od­lo­to­wo – gorzej było potem, gdy przestawały dzia­łać… W ciągu jednego roku sta­łem się narkomanem uzależnionym od he­ro­iny. Na początku nawet się tym nie przejąłem, że jestem uzależniony.

Kie­dy przychodziły momenty kry­zy­so­we, potrafiłem na jakiś okres prze­stać i żyć dalej – na pozór normalnie – w rodzinie, w szkole, z dziewczyną, z przyjaciółmi. Znajdowałem jesz­cze dość siły na sport i swoje hobby – film. Ale w miarę upły­wu czasu wszyst­kie moje myśli zaczęły nie­ustan­nie dążyć tyl­ko do jednego – za wszelką cenę mu­szę mieć heroinę. To właśnie ona sta­ła się naj­waż­niej­sza w mo­im ży­ciu. Po­wo­li, krok za kro­kiem, od­da­wa­łem jej wszyst­ko, co miałem. Zaczęła ze mnie wy­sy­sać całe dobro, radość, szczęście i życie. Dla zdobycia nar­ko­ty­ku wy­da­wa­łem wszystkie za­ro­bio­ne pie­nią­dze; potem zaczynałem kła­mać co­raz więcej i więcej, aby zdobyć pie­nią­dze na narkotyk, do­pusz­cza­łem się kradzieży, oszu­ki­wa­łem bliskich, sta­wia­łem na pierw­szym miejscu tylko swoją potrzebę zdo­by­cia narkotyku. Sta­łem się nie­sa­mo­wi­tym egoistą. Na każ­dą przyjaźń patrzałem in­te­re­sow­nie: co ja z tego będę miał, jakie może mi to przy­nieść korzyści.

Pojawiały się wtedy we mnie bar­dzo silne uczucia zazdrości, za­wi­ści; za­czy­na­łem nienawidzić drugich na­wet za to, że mieli coś, czego ja nie miałem. Czu­łem, że staję się wro­giem każdego. Ro­dzi­ce nieraz mi wtedy powtarzali, że źle mi z oczu patrzy albo że diabeł wstąpił we mnie. Kie­dy mnie o coś pytali, pa­trza­łem tylko nieufnie, ze strachem, że znów od­kry­ją kolejny mój grzech – a wte­dy by­łem gotów gryźć i szarpać. Przy tym sta­łem się tak znerwicowany, że do­sta­wa­łem drgawek mięśni i tików ner­wo­wych. Kie­dy byłem sam, opa­no­wy­wa­ło mnie uczu­cie nie­ogra­ni­czo­ne­go smutku, rozpaczy i braku na­dziei. Pró­bo­wa­łem wtedy zbli­żyć się do kogoś, znaleźć dziew­czy­nę, być z kimś blisko, ale to nie wychodziło, bo w sercu nie miałem ani krzty miłości. Wszy­scy byli zdumieni moją zmia­ną. Żad­na dziew­czy­na nie była w sta­nie ze mną wy­trzy­mać, bo nie znaj­do­wa­ła we mnie mi­ło­ści, spokoju ani opar­cia.

Zniewolenie złem

To było bezpośrednie ze­tknię­cie się z tajemnicą zła. Doświadczyłem go re­al­nie i rzeczywiście, stałem się jego nie­wol­ni­kiem, nosiłem je w ser­cu i tylko zło widziałem wokół sie­bie. Całe życie stra­ci­ło dla mnie sens, stało się pu­ste, głuche, śle­pe i przeraźliwie smutne. Czułem strasz­ny ciężar i ból, żyjąc bez wiary, nadziei i miłości. Nie przy­pusz­cza­łem, że kie­dy­kol­wiek się z tego wydostanę, że prze­bi­ję się do świata ludzi szczęśliwych, ra­do­snych, pogodnych, kochających, ży­czą­cych sobie nawzajem dobrze. W tym prze­ra­ża­ją­cym zniewoleniu przez nar­ko­ty­ki żyłem przez dziewięć lat. Było coraz ciemniej, coraz gorzej, powoli zbliżałem się do śmierci…

Gdy otarłem się o śmierć, czu­łem, jakbym żegnał wszystkich i od­cho­dził długą, prostą drogą przez puste pola i od czasu do czasu oglądał się za siebie. I wte­dy przychodziła odro­bi­na życz­li­wo­ści dla tego świata. Było to strasznie przy­gnę­bia­ją­ce – być sa­me­mu, zupełnie sa­me­mu, bez żad­ne­go głosu, który mó­wił­by do cie­bie, czy oczu, które by na ciebie patrzyły, ręki do ciebie wy­cią­gnię­tej…

Cierpienie, bezsilność i wstyd

Moi rodzice, kiedy odkryli, że je­stem narkomanem, doświadczyli rów­nież wielkiego cierpienia. Widzieli, że zło, które tkwiło we mnie, było tak silne, że nie mogli zrobić z nim wła­ści­wie nic. Byli bezradni i zroz­pa­cze­ni… Cierpieli szczególnie, kiedy wi­dzie­li mnie ze strzy­kaw­ką w ręku, padającego nad wan­ną, po której spły­wa­ły strużki i kro­ple krwi, które bezradnie i bez­sku­tecz­nie, pół­przy­tom­ny, próbowałem zmyć… Cierpieli, kiedy po kolejnych próbach skoń­cze­nia z nałogiem wciąż na nowo za­czy­na­łem brać heroinę, za każdym razem pogrążając się coraz głębiej, a oni byli bezsilni, ponieważ nie mogli w ża­den sposób wyrwać mnie z tej prze­ra­ża­ją­cej niewoli.

Rodzice doświadczyli wstydu przed osądem drugich, ukrywali przed zna­jo­my­mi, że ich syn jest uza­leż­nio­ny od heroiny i można go cza­sa­mi zobaczyć na dworcu ko­le­jo­wym, na uliczkach Sta­rów­ki, słaniającego się na nogach i pró­bu­ją­ce­go przejść przez jezdnię… W pew­nym sensie cier­pie­nie scaliło ich tro­chę. Po­dej­mo­wa­li wspólne wysiłki, aby mi pomóc, pró­bo­wa­li zrobić coś razem! Jednak przez długi czas nie dawało to żadnych re­zul­ta­tów. Wtedy zaczęli się modlić.

Jest nadzieja!

Pewnego dnia pojawiła się pro­po­zy­cja terapii nieco innej od tych, któ­rych wie­lo­krot­nie i bezskutecznie pró­bo­wa­łem. Dość dziwna, bo zroz­pa­cze­ni ro­dzi­ce za­pro­po­no­wa­li mi wyjazd do wspól­no­ty narkomanów Cenacolo w Me­dju­gor­ie, gdzie, jak mi mówiono, od 1981 roku ob­ja­wia się Matka Boża. Nie miałem żad­nej chę­ci, aby tam wy­jeżdżać. Jed­nak do wy­jaz­du zostałem właściwie zo­bli­go­wa­ny sytuacją bez wyjścia, w ja­kiej się zna­la­złem. Życie, którym ży­łem, stało się tak ohydne, ze zbliżającym się widmem śmier­ci, że coraz czę­ściej prze­bi­ja­ła się myśl, aby to przerwać i wy­rwać się z tej niewoli – tym razem na­praw­dę. Musiałem tylko znaleźć coś, co by­ło­by silniejsze od zła, któ­re było we mnie obecne, które wra­ca­ło jak bumerang rzu­ca­ny kiedyś prze­ze mnie na plaży. Pró­bo­wa­łem je od­rzu­cić, ale wracało do mnie nie­ustan­nie i gotowe było śmier­tel­nie rozbić mi gło­wę.

O wspólnocie Cenacolo w Me­dju­gor­ie nie wiedziałem praktycznie nic. Słyszałem tylko, że tam się dużo modli, pracuje i piecze własny chleb. Kiedy znalazłem się w Medjugorie, siostra Elwira (założycielka tej wspól­no­ty) pod­czas pierwszej roz­mo­wy właściwie nie pytała mnie o nic. Przygarnęła mnie tak prosto z ulicy, nie chciała nic. Byłem wtedy w opła­ka­nym stanie – wy­czer­pa­ny, bezsilny; czułem się jak bezradne dziecko. W jej uważnym, ostrym spoj­rze­niu wi­dzia­łem, że ona wie wszystko i nie ma sensu już więcej ukrywać swo­ich słabości. Co w jej postawie uderza, to przede wszystkim oczy, tak pełne miłości i światła, że miękną pod tobą nogi, ale również ostre jak laser – i nie warto przed nią nic ukrywać.

Nowy początek

Dopiero po pewnym czasie w peł­ni sobie uświadomiłem, że jestem we wspól­no­cie narkomanów, gdzie do le­cze­nia narkomanii nie stosuje się żad­nych środków far­ma­ko­lo­gicz­nych, lecz jedynym lekarstwem jest miłość Jezusa. Cała wspólnota przy­ję­ła mnie takiego, jakim byłem, i w zamian za zło i bez­rad­ność, które z sobą przyniosłem, ofe­ro­wa­ła mi spo­so­by walki o moje dobro, o moje szczę­ście i mój pokój. Na po­cząt­ku było bardzo ciężko zaakceptować każdy dzień. Ciężko jest zaczynać od początku, a musiałem zacząć bu­do­wać siebie od zera. Czułem się jak bezradne dziecko, niezdolne do ni­cze­go. W do­dat­ku na samym początku brak nar­ko­ty­ków sprawiał mi cier­pie­nie nie do wytrzymania.

Wcześniej żyłem w świe­cie, w którym były nar­ko­ty­ki, muzyka, film, alkohol, te­le­wi­zja, seks, pa­pie­ro­sy, gazety. Kiedy znalazłem się we wspól­no­cie w Me­dju­gor­ie, zostałem pozbawiony tego wszystkiego, czym dotychczas ży­łem. Był to dla mnie ogrom­ny szok. Od­czu­wa­łem niezwykle boleśnie brak tych rzeczy, które do tej pory były główną treścią mojego życia. Ko­rzy­sta­łem z nich, one wypełniały mi dzień, z nich było skonstruowane moje życie – a tu nagle zostałem ich wszyst­kich pozbawiony. Dla każ­de­go nar­ko­ma­na pierwsze miesiące życia we wspól­no­cie są niezwykle trud­ne do za­ak­cep­to­wa­nia. Nie ma tu telewizji, ra­dia, gazet, nie można wychodzić na ze­wnątrz bez spe­cjal­ne­go pozwolenia, nie można w ogóle palić papierosów i pić alkoholu, w tym również piwa. Przez pierwsze 8 miesięcy nie wolno utrzy­my­wać żad­ne­go kontaktu z rodzicami i przy­ja­ciół­mi. Regulamin dnia jest wy­ma­ga­ją­cy. Dużo jest modlitwy i ciężkiej pracy fizycznej.

Na początku czułem się obco i nie­swo­jo pośród uśmiech­nię­tych i ra­do­snych ko­le­gów, którzy byli star­si sta­żem po­by­tu. Dzielił mnie od nich mur nie­uf­no­ści. Nie mo­głem ścier­pieć ich ra­do­ści ży­cia, wy­da­wa­ło mi się to nie­nor­mal­ne. Przede wszyst­kim nu­ży­ła mnie mo­dli­twa, czę­sto spa­łem podczas niej, w pracy nie mogłem się skupić. Pod­czas posiłków mil­cza­łem, nie by­łem w sta­nie wydusić z siebie ani słowa. Każdy nowo przybyły do Cenacolo otrzy­mu­je opiekuna, tak zwa­ne­go anio­ła stróża, który nie od­stę­pu­je na krok swojego pod­opiecz­ne­go. Moim „anio­łem” był chło­pak z Włoch, który to­wa­rzy­szył mi wszę­dzie i był bardzo sta­now­czy. Dzięki temu po­mógł mi przetrwać naj­bar­dziej kry­zy­so­we mo­men­ty.

Moc Bożej miłości

Co­dzien­nie wszyscy na kolanach od­ma­wia­my w naszej kaplicy trzy części ró­żań­ca. Dniem i nocą wy­sta­wio­ny jest Naj­święt­szy Sakrament. W ciągu dnia dla każ­de­go są wy­zna­czo­ne go­dzi­ny ad­o­ra­cji, a w nocy przy­cho­dzą tylko ci, którzy do­bro­wol­nie się zgło­szą. Pewnego dnia, po wy­czer­pu­ją­cej pracy w ka­mie­nio­ło­mach, klę­cza­łem w ka­pli­cy przed Chry­stu­sem obec­nym w Naj­święt­szym Sa­kra­men­cie; wtedy po raz pierw­szy w życiu z wielką ufnością otwo­rzy­łem przed Nim moje poranione i zniewolone wnę­trze. Po­sze­dłem do spowiedzi i wyznałem Je­zu­so­wi wszyst­kie swoje grzechy. Był to prze­ło­mo­wy moment mojego wy­zwa­la­nia się z nie­wo­li narkomanii. Od tego czasu do­świad­czam w sobie nieustannej du­cho­wej prze­mia­ny dzięki mi­ło­ści Je­zu­sa. To sam Jezus, swo­ją mi­ło­ścią, nie­ustan­nie leczy rany mojego ser­ca, przez mo­dli­twę i sa­kra­men­ty, oraz daje nie­sa­mo­wi­tą ra­dość życia i wol­ność du­cha.

To, co wcze­śniej wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we – bo prze­cież wie­lo­krot­nie bez­sku­tecz­nie pod­da­wa­łem się le­cze­niu – sta­ło się moż­li­we dzię­ki przy­ję­ciu mi­ło­ści Je­zu­sa. Wiem, że moje le­cze­nie tym je­dy­nie w peł­ni sku­tecz­nym le­kar­stwem po­win­no trwać aż do koń­ca ziem­skie­go ży­cia. Dlatego tu­taj, we wspól­no­cie, uczę się sa­mo­za­par­cia i dys­cy­pli­ny, przez so­lid­ną pra­cę i mo­dli­twę. Każ­de­go dnia sta­ram się pod­czas pracy i mo­dli­twy an­ga­żo­wać na sto pro­cent, wkła­dać całe serce w to, co w da­nej chwi­li robię, prze­ba­czać wszyst­ko wszyst­kim, prosić o prze­ba­cze­nie tyle razy, ile za­wi­ni­łem. Sta­ram się rów­nież od­da­wać po­trze­bu­ją­cym swój czas, na­wet jeśli to kosztuje mnie godzinę snu lub grę w piłkę noż­ną.

Nowe życie

Teraz nie wyobrażam sobie życia bez modlitwy, jest ona dla mnie tak ko­niecz­na do życia jak je­dze­nie lub spanie. Bywają dni, kiedy na mo­dli­twie Pan Je­zus wy­da­je się nie­obec­ny; nie znie­chę­cam się tym jed­nak, ale wtedy tym bardziej ufam i od­da­ję siebie Jezusowi. Jest to wspaniałe, że będąc tutaj, we wspólnocie w Medjugorie, mam moż­li­wość stawania się coraz lep­szym. Aby to się mogło dokonywać, konieczna jest codzienna walka o dobro, zmaganie się ze swoim ego­izmem i różnymi sła­bo­ścia­mi. Ta dro­ga dojrzewania do bycia dobrym czło­wie­kiem nie kończy się ni­gdy, we wspólnocie i w życiu.

W ciągu dwuletniego pobytu we wspól­no­cie narkomanów Ce­na­co­lo przechodziłem przez wiele różnych eta­pów. Trzy rzeczy najcenniejsze (we­dług mnie), jakich tutaj się na­uczy­łem, to: modlitwa i całkowite zaufanie Je­zu­so­wi; budowanie przy­jaź­ni bez względu na trud­no­ści, któ­re się pojawiają, np. pro­blem ję­zy­ko­wy, różnicę wieku czy to, że ktoś wydaje mi się niesympatyczny – bo są to przyjaciele prawdziwi. Trzecia rzecz to miłość, którą nauczyłem się dawać innym. Dostaję ją od Boga co­dzien­nie i codziennie też staram się ją roz­dzie­lać między drugich, a i tak po­zo­sta­je mi bardzo wiele w rękach i nie czuję, żeby brakowało mi tutaj czegokolwiek, choć i tak żyjemy dość prosto i surowo. „…Dar­mo otrzy­ma­li­ście, darmo da­waj­cie”.

Dzisiaj, po wszystkich hi­sto­riach, któ­re tutaj przeżyłem, dziękuję sio­strze El­wi­rze za to, że pokazała mi Jezusa, który wyciągnął mnie z nie­sa­mo­wi­tych ciem­no­ści, w których byłem pogrążony. Wcze­śniej żyłem w złym i dla zła, dzi­siaj idę w stronę światła i dobra. Wcze­śniej ży­łem przy­jem­no­ścia­mi, dzisiaj wiem, że aby ogień szczęścia palił się we mnie co­dzien­nie, nie trzeba dużo. Tymi ma­ły­mi dre­wien­ka­mi, które dają ten pło­mień, jest przede wszystkim mo­dli­twa oraz Jezus obecny w Eu­cha­ry­stii, a tak­że wspólna praca, roz­mo­wa, śmiech, gesty przy­jaź­ni, ży­cze­nie dobra dru­gim. Czuję, że Je­zus ponownie dał mi życie, dokonał mo­je­go zmartwychwstania – i co­dzien­nie dzię­ku­ję Mu za to. Wierzę, że ten „bu­me­rang zła i narkomanii” tym razem już nie wróci, ponieważ dzięki wierze w Jezusa zna­la­złem tyle siły, aby do­ko­nać rzeczy nie­moż­li­wej – od­rzu­ci­łem go na zawsze.

Grzegorz

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

narkomania_218x310 Przytulenie_218x310 wyzwolenie-i-uzdrowienie_218x310