Nowości Wiara

Misja życia

„Trzeba jak najszybciej poddać się operacji i chemioterapii, a później zobaczymy. Liczy się każda godzina. Tę chorobę udaje się pokonać tylko w 20% przypadków”. To była wyjątkowo bolesna wiadomość dla Mariusza…

Szczęśliwy 2002 rok

Rok 2002 był dla 25-letniego Mariusza wyjątkowo szczęśliwy. 11 maja razem z Asią przyjęli sakrament małżeństwa. Poznał ją jeszcze w technikum i pokochał piękną, czystą miłością. Już wtedy postanowili, że powstrzymają się od współżycia do dnia ślubu, tak jak Bóg przykazał. Wiedzieli, że współżycie seksualne to sprawa święta, znak sakramentu małżeństwa, i tylko w małżeństwie będzie doświadczeniem obecności Chrystusa w ich wzajemnej miłości.

Nie było łatwo, czasami bolało, ale dzięki modlitwie i pracy nad sobą stało się możliwe zachowanie tego postanowienia, co więcej – przyczyniło się do oczyszczenia i pogłębienia ich miłości. Po ślubie mogli wzajemnie ofiarować sobie to, co jest najcenniejsze: czyste, dziewicze ciała i serca oraz doświadczyć nieopisanej radości spotkania z Chrystusem, który w sakramencie małżeństwa zjednoczył ich ze sobą tak ściśle, że „stali się dwoje jednym ciałem”.

Bardzo pragnęli mieć dzieci. Niestety, badania lekarskie wykazały, że z powodów od nich niezależnych nie będzie to możliwe. Wtedy natychmiast rozpoczęli starania o adopcję. Po załatwieniu wszystkich formalności mieli przyjąć do swego domu dziecko. Jednak choroba Mariusza pokrzyżowała wszystkie plany.

W 2002 r. Mariusz skończył studia na Politechnice Poznańskiej, na Wydziale Elektrotechniki. Od samego początku studiów zaczęli razem z Asią prężnie działać w Duszpasterstwie Akademickim św. Rocha. Mariusz był prawą ręką ks. Mateusza. Wszyscy nazywali go „Sony”. Dla Asi i Sonego Duszpasterstwo Akademickie stało się drugim domem. Tutaj pogłębiali swoją wiarę i wiedzę religijną, umacniali swą miłość do Kościoła oraz zrozumienie, że Kościół jest wyjątkową, niezwykłą wspólnotą, skarbem całej ludzkości. To właśnie do tej wspólnoty Jezus zaprasza wszystkich grzeszników, aby ich leczyć, wyzwalać z niewoli grzechów i prowadzić do nieba.

Sony cieszył się wielkim zaufaniem w swoim otoczeniu. Koledzy mówią o nim:

„Był szczery aż do bólu. Nie mówił zbędnych słów. Nie znosił obłudy. Był prostolinijny i zawsze pierwszy do pomocy”.

Stawiał też sobie wysokie wymagania. Jego wielkim autorytetem był Jan Paweł II. Sam zaliczał siebie do pokolenia Jana Pawła II. Wiedział, że dzięki codziennej pracy nad sobą, przez szczery kontakt z Bogiem i czyste serce będzie mógł stawać się wolnym i dojrzałym człowiekiem, że będzie mógł przede wszystkim dojrzewać do miłości. Koledzy zauważyli, że Sony nigdy nie marnował czasu – planował dokładnie dzień, nie działał chaotycznie. W programie dnia miał stały czas przeznaczony na modlitwę, naukę, odpoczynek. Kochał sport.

W każdy pierwszy piątek miesiąca szedł do spowiedzi, często uczestniczył w Eucharystii w ciągu tygodnia. Nie afiszował się swoją wiarą, ale był człowiekiem, który miał odwagę o niej świadczyć i jej bronić, jeżeli zaszła taka potrzeba.

W 2002 r., tuż przed obroną magisterki, Sony otrzymał propozycję pracy w redakcji „Miłujcie się!”. Przyjął ją z wielką radością. Zdawał sobie sprawę, jak ważna jest ewangelizacja poprzez to czasopismo w Polsce i na całym świecie, jak wielką pomocą dla młodzieży jest Ruch Czystych Serc. Chciał, żeby jak najwięcej osób poznało Pana Jezusa i jak najwięcej młodych należało do RCS. Głosił Ewangelię, jak umiał, przede wszystkim przez swoje zaangażowanie w pracy w redakcji.

„Trzeba wszystko z pokorą przyjąć”

We wrześniu 2006 r. Sony z Asią wybrali się na pielgrzymkę do Rzymu. Spełniło się wielkie marzenie Mariusza. Mógł modlić się przy grobach apostołów, Jana Pawła II, św. Ojca Pio, św. Franciszka, w sanktuarium Cudu Eucharystycznego w Lanciano oraz oglądać Oblicze zmartwychwstającego Jezusa na Chuście z Manoppello. Ta pielgrzymka umocniła duchowo Mariusza i w jakiś sposób przygotowała go do najważniejszej misji jego życia.

Pewnego dnia na swojej lewej nodze zauważył dużą narośl. Specjalistyczne badania wykazały, że jest to nowotwór kości (mięsak kościopochodny). Lekarz powiedział mu wprost:

„Trzeba jak najszybciej poddać się operacji i chemioterapii, a później zobaczymy. Liczy się każda godzina. Tę chorobę udaje się pokonać tylko w 20% przypadków”.

To była dla niego wyjątkowo bolesna wiadomość…

Mariusz wiedział, że nie można być człowiekiem wierzącym i iść przez życie z Chrystusem, jeżeli się nie przyjmie i nie zaakceptuje cierpienia. Etap sprzeciwu, buntu i pytań miał już za sobą, kiedy dziesięć lat wcześniej zachorował na raka.

„To było rok przed maturą – wspomina jego mama – miał 18 lat i chodził do technikum w Kętrzynie. Mimo długich pobytów w szpitalach, chemioterapii, radioterapii i częstych późniejszych kontroli nie odpuścił sobie nauki. Walczył wtedy z chorobą przez ponad rok – i udało się”.

Tym razem już się nie buntował i nie stawiał Bogu pytań. Z pokorą przyjął cierpienie i ofiarował Mu je za innych. Ofiarował – to znaczy zjednoczył się z Chrystusem w niesieniu krzyża. Mówił:

„Trzeba z pokorą wszystko od Boga przyjąć. Cierpię, bo tak trzeba. Bóg widocznie mnie wybrał, bo jestem w stanie przyjąć to cierpienie i ofiarować je za innych. Gdy chorowałem w 1996 r., to pytałem Pana Boga: »dlaczego akurat mnie to spotkało? « Teraz już nie pytam »dlaczego?«, tylko ufam Bogu. Trzeba wszystko z pokorą przyjąć”.

Codziennie modlił się koronką do Bożego Miłosierdzia. Obraz Jezu, ufam Tobie towarzyszył mu zawsze, kiedy był zdrowy, a szczególnie potem, gdy chorował i gdy odchodził z tego świata. Zapewne dobrze znał słowa Pana Jezusa z Dzienniczka św. Faustyny:

„Innej drogi nie ma do nieba prócz drogi krzyżowej. Ja sam przeszedłem ją pierwszy” (Dz. 1487),

a także te, które Pan Jezus mówił mistyczce Rozalii Celakównie:

„Cierpienie jest tak wielką łaską, że nikt z ludzi tego nie pojmie dostatecznie, większą niż dar czynienia cudów, bo przez cierpienie dusza mi oddaje, co ma najdroższego – swą wolę”.

W tym najtrudniejszym momencie swojego życia Mariusz oddał Jezusowi to, co miał najdroższego, i pozwolił Mu się prowadzić.

„W cierpieniu kryje się szczególna moc”

Po stwierdzeniu mięsaka Mariusz został natychmiast poddany chemioterapii. W lutym lekarze dokonali wycięcia części kości udowej i stawu kolanowego lewej nogi, ze wstawieniem endoprotezy nowotworowej. Po tej operacji otrzymał kolejną serię chemii.

Ponieważ stwierdzono przerzuty komórek nowotworowych na płuca, Mariusz musiał być trzykrotnie operowany. Wydawało się, że teraz wszystko już będzie dobrze. Kolejne badania wykazały jednak, że komórki nowotworowe na nowo zaatakowały lewą nogę. Nie było innego wyjścia jak tylko natychmiastowa amputacja, którą przeprowadzono 16.01.2008 r.

W tym doświadczeniu ogromu cierpienia Mariusz promieniował wyjątkowym wewnętrznym pokojem i optymizmem, że z Bogiem ostatecznie wszystko będzie dobrze. Pomimo wielkich cierpień nosił w sercu głęboką radość.

Skąd pochodziła ta niesamowita siła ducha u Mariusza? Przez cały okres choroby codziennie przyjmował Chrystusa w Eucharystii, regularnie się spowiadał, kilkakrotnie przyjął sakrament chorych oraz dużo się modlił na różańcu i koronką do Bożego Miłosierdzia.

Decydujący był fakt, że Mariusz przyjął chorobę i cierpienie, że zjednoczył się z Chrystusem i zgodził wypełnić najważniejszą misję swojego życia: z pokorą przyjąć cierpienie i ofiarować je Bogu za innych.

„Tylko wtedy – wyjaśnia Jan Paweł II – gdy człowiek bierze swój krzyż, łącząc się duchowo z Krzyżem Chrystusa, odsłania się przed nim zbawczy sens cierpienia. (…) Wówczas też człowiek odnajduje w swoim cierpieniu pokój wewnętrzny, a nawet duchową radość” (Salvifici doloris, 26).

Mariusz też je odnalazł, gdyż jednoczył się z cierpieniem Chrystusa za zbawienie innych. Kiedy pewnego dnia poprosiłem go, aby pamiętał w modlitwie o redakcji Miłujcie się!, odpowiedział słabym głosem:

„Wszystko ofiarowuję za redakcję, całe moje cierpienie”.

Cierpiąc, myślał o innych; żywo interesował się pracą w redakcji, wydawał dyspozycje, radził. Ponieważ liczył się z możliwością śmierci, znalazł zastępcę na swoje miejsce w pracy.

Jednocząc się z Chrystusem, uczestniczył w tajemnicy Jego cierpienia, przez które dokonało się Odkupienie. Wziął udział w tym zbawianiu świata, które dokonuje się przez cierpienie Chrystusa! Przez Jego krzyż.

W liście apostolskim Jana Pawła II o sensie cierpienia czytamy:

„Dokonując Odkupienia przez cierpienie, Chrystus wyniósł zarazem ludzkie cierpienie na poziom Odkupienia. Przeto też w swoim ludzkim cierpieniu każdy człowiek może stać się uczestnikiem odkupieńczego cierpienia Chrystusa” (Salvifici doloris, 19);

„(…) w cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa, jakaś szczególna łaska. (…)

człowiek odkrywa zbawczy sens cierpienia, ale nade wszystko to, że w cierpieniu staje się całkowicie nowym człowiekiem. Znajduje jakby nową miarę całego swojego życia i powołania. Odkrycie to jest szczególnym potwierdzeniem wielkości duchowej, która w człowieku całkiem niewspółmiernie przerasta ciało. Wówczas, gdy to ciało jest głęboko chore, całkowicie niesprawne, a człowiek jakby niezdolny do życia i do działania – owa wewnętrzna dojrzałość i wielkość duchowa tym bardziej jeszcze się uwydatnia, stanowiąc przejmującą lekcję dla ludzi zdrowych i normalnych” (Salvifici doloris, 26).

Tę przejmującą lekcję Mariusz dał nam wszystkim, którzyśmy mieli szczęście z nim się spotykać i modlić w czasie jego choroby. Cierpienie rujnowało ciało Mariusza, ale dzięki zjednoczeniu z Chrystusem kształtowało jego duchową dojrzałość i moralną wielkość. Swoim przykładem pokazał nam, jak należy przeżywać cierpienie.

„Bądź wola Twoja”

Po amputacji nogi jedyną szansą na zniszczenie komórek rakowych, które na nowo pojawiły się w organizmie, była chemioterapia. Niestety, ciało Mariusza było już tak osłabione, że nie można było jej zastosować. Również wtedy mówił z optymizmem:

„medycyna już mi nie pomoże, liczę na cud”,

ale równocześnie przygotowywał się do śmierci. Ufał Panu Bogu do końca. Zgodził się przyjąć z Jego ręki wszystko. „Bądź wola Twoja”…

2 maja 2008 r., w pierwszy piątek miesiąca, na cztery dni przed śmiercią, rozpoczął ostatnie przygotowania do swego odejścia z tego świata. Przystąpił do spowiedzi, przyjął sakrament namaszczenia. Prosił, aby już po jego śmierci przekazać całej redakcji następujące przesłanie:

„Dziękuję Wam za wszystko. Praca w redakcji to były najpiękniejsze chwile mojego życia na ziemi. Z taką załogą można zdobyć dla Chrystusa cały świat. Proszę, bądźcie zawsze przygotowani do śmierci. Najgorzej, jak człowiek nie jest przygotowany”.

Pozałatwiał wszystkie sprawy. Kiedy  profesor z hospicjum pytał ks. Mateusza, w jaki sposób jeszcze, można by pomóc Mariuszowi w przygotowaniu do śmierci, ksiądz odpowiedział:

„Chciałbym być tak świadomy i tak przygotowany do śmierci jak on”.

Podobnie jak Jan Paweł II, Mariusz starał się godnie przeżyć swoje wyniszczenie i niemoc w cierpieniu i śmierci.

„To Jan Paweł II był dla Ciebie inspiracją do życia nauką Ewangelii przez codzienną pracę w redakcji, dbając o to, by ludzie otwierali się na czystą i piękną miłość, na wzór św. Karoliny Kózkówny, o której tak często mi opowiadałeś” – mówił 10 maja w homilii pogrzebowej ks. Mateusz.

„Żyłeś Ruchem Czystych Serc, aby młodzi ludzie, pociągnięci przygodą życia, szanowali swoją godność. Jan Paweł II był dla Ciebie wzorem, a dziś jesteś z nim zjednoczony w wieczności. Sam o sobie mówiłeś, że należysz do pokolenia JPII, wyraziłeś to w ostatniej ze mną rozmowie, że chcesz, aby te słowa wypisano na twoim grobie: pokolenie JPII. (…) Perfekcyjnie wszystko przygotowałeś.

Nie bałeś się śmierci, przygotowany świadomie przez przyjęcie sakramentów świętych i tyle wspólnych modlitw. Umierałeś w ramionach swojego ojca, trzymany za rękę przez Asię i mamę. Towarzyszyła nam modlitwa różańcowa”.

Mariusz wypełnił do końca misję, do której powołał go Chrystus: aby zjednoczył się z Jego cierpieniem za zbawienie świata. Chociaż cierpienie samo w sobie jest doświadczeniem zła, to jednak Chrystus uczynił z niego drogę wiecznego zbawienia. Przez swoje cierpienie na krzyżu

„dosięgnął samych korzeni zła: grzechu i śmierci. Pokonał sprawcę zła, którym jest szatan, i jego permanentny bunt wobec Stwórcy”

– i w ten sposób otworzył nam wszystkim drogę do nieba. Do tego świata, w którym nie ma już cierpienia, grzechu i śmierci, gdzie istnieje pełnia szczęścia i wieczna miłość, powoli, ale skutecznie wprowadził wyniszczonego przez cierpienie Mariusza, „niejako poprzez samo serce jego cierpienia”, który w pokorze je przyjął i ofiarował Bogu za redakcję „Miłujcie się!”, Ruch Czystych Serc i zbawienie innych.

Dzięki temu cierpienie Mariusza zostało przeobrażone łaską od wewnątrz i sam Chrystus mógł być w nim obecny swoim własnym odkupieńczym cierpieniem, i od wewnątrz działać mocą swojego Ducha Prawdy, Ducha-Pocieszyciela (por. Jan Paweł II, Salvifici doloris, 26).

ks. Mieczysław Piotrowski TChr


Nie marnuj skarbu cierpienia!

Jeżeli spotyka Cię jakiekolwiek cierpienie, to pamiętaj, że natychmiast trzeba ofiarować je Bogu, jednocząc się z cierpieniem Jezusa na krzyżu. Wtedy cierpienie nie będzie Cię niszczyć, lecz stanie się tak wielką łaską

„że nikt z ludzi tego nie pojmie dostatecznie, większą niż dar czynienia cudów, bo przez cierpienie dusza mi oddaje, co ma najdroższego – swą wolę”

– tak mówił Pan Jezus mistyczce Rozalii Celakównie. Nic tak nie otwiera człowieka na Boga i nic go tak nie może przemienić jak bezinteresowny dar cierpienia. Dlatego niech nikt nie zmarnuje najmniejszej okazji do ofiarowania Bogu każdego cierpienia: fizycznego czy duchowego; szczególnie trzeba ofiarowywać Bogu wszystkie swoje kryzysy, bunty, zniechęcenia, wszystkie lęki i cierpienia fizyczne.

„Modlitwą i cierpieniem więcej zbawisz dusz aniżeli misjonarz przez same tylko nauki i kazania” (Dz. 1767) – mówił Pan Jezus św. Faustynie.

Aby ofiarować swoje cierpienie – to znaczy zjednoczyć się z cierpieniem Jezusa na krzyżu – można posłużyć się następującą modlitwą:

„Jezu, Boski Zbawicielu, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci swoje cierpienia fizyczne i udręki duchowe, w intencjach Kościoła świętego, kapłanów, osób niewierzących, uzależnionych od alkoholu, narkotyków, pornografii, w intencjach redakcji „Miłujcie się!” i apostolstwa życia (można też dodać swoje intencje).

Proszę, otaczaj opieką rodziny, by mocą Twej łaski skutecznie oparły się zasadzkom złego ducha. Rodzicom daj miłość i odwagę, aby przyjęli każde poczęte dziecko i by bronili życia aż do naturalnej śmierci. Młodzieży i dzieciom daj serca czyste, wolne od wszelkich uzależnień, gotowe pełnić Bożą wolę.

Spraw, aby krzyż, który dźwigam, stał się dla mnie źródłem odwagi, wyzwolenia i mocy, aby cierpienie nie odebrało mi nadziei, by wiara moja nie gasła, a miłość nie ustawała. A kiedy nadejdzie kres mego życia, przybądź po mnie i zaprowadź mnie do swego Królestwa. Amen”.

Jeżeli nie jesteś w stanie łaski uświęcającej, to wyznaj Jezusowi wszystkie swoje grzechy w sakramencie pokuty i przebacz wszystko wszystkim, aby do nikogo nie chować urazy. Jeżeli korzystałeś(-łaś) z pomocy wróżbitów, bioenergoterapeutów i innej maści okultystów, to pamiętaj, że dobrowolnie otworzyłeś(-łaś) się na działanie sił zła, łamiąc pierwsze przykazanie Boże. Niezwłocznie wyznaj ten grzech Jezusowi i  radykalnie zerwij wszelkie więzy, które Cię łączą z tymi siłami.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Święty Szarbel, przyjaciel Boga i ludziNiewidzialny klasztor Jana Pawła IIKochać, cierpieć, wynagradzać