Wiara Zobacz

Misja życia – doktor Wanda Błeńska

Wrz 17, 2018 Maria Zboralska

Pacjentów witała uśmiechem. Dotykała ich ciał bez użycia rękawiczek. A zapytana o najskuteczniejszy lek, odpowiadała, że jest nią witamina M, czyli miłość. Taka była Wanda Błeńska – polska lekarka, która poświęciła swoje życie chorym w Ugandzie.

Zaczęło się od marzeń

Narodziny Wandy Błeńskiej nie zapowiadają jej długiego, 103-letniego życia. Kiedy przychodzi na świat w 1911 roku w Poznaniu, waży zaledwie 2,25 kg i mówi się o jej rychłej śmierci. Później jest już tylko lepiej, choć filigranową budowę ciała zachowa do końca.

Jako dziecko powtarza, że w przyszłości chce zostać lekarką na misjach. To pragnienie, utwierdzone kolejnymi wyborami oraz ciężką pracą, Błeńska będzie po latach uważać za podstawę swojego powołania.

„Zawsze mówię młodzieży: jeśli macie jakieś dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich tylko dlatego, że wydają się niemożliwe czy trudne do zrealizowania. Swoje marzenia trzeba pielęgnować!”.

W 1928 roku marzenia Wandy Błeńskiej dojrzewają do tego, by zamienić się w indeks Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego. Ma wówczas niespełna 17 lat i jest najmłodszą studentką na roku.

Na studiach stara się nie opuścić żadnego wykładu, a do egzaminów przygotowuje się na cmentarzu, „bo to jedyne spokojne miejsce”. Trzyma się raczej z koleżankami, ale przez grono starszych kolegów traktowana jest z opiekuńczością.

I choć na sympatię Wandy może liczyć niejeden kawaler, to jednak ani teraz, ani później żaden nie zostanie jej mężem. Powód jest jeden: nikogo nie pokocha bardziej niż pragnienia pracy na misji. To jest jej życiowe powołanie.

Kuźnia misjologów

Od początku studiów Wanda Błeńska czuwa, by jej marzenie o byciu lekarką na misjach nie zginęło w gąszczu innych obowiązków. Już na pierwszym roku zapisuje się do Akademickiego Koła Misyjnego. Wraz z innymi jego członkami organizuje spotkania z misjonarzami, wysyła paczki do Afryki, czyta literaturę przedmiotu.

Z czasem sama głosi referaty, jeździ na sympozja, zostaje redaktorem pierwszego w Polsce pisma misyjnego „Annales Missiologicae”. Praca w Kole jest wymagająca, ale sprawia Wandeczce – jak na nią wówczas mówiono – radość i spełnienie. Po latach powie:

„Entuzjazmu do pracy nabiera się za młodu, w czasach szkolnych, w czasach studiów. Gromadzi się ten entuzjazm i powinno się go tyle nagromadzić, żeby starczyło na długie lata życia. Jeżeli z tym entuzjazmem idzie się do pracy, to jest szczęście dane od Boga”.

Młodziutka Błeńska uczestniczy też w okolicznościowych rekolekcjach, Mszach św. oraz adoracjach. Od mądrych opiekunów Koła uczy się, że misje stoją na dwóch filarach: pracy i modlitwy, i że oba są równie ważne.

Ta wiedza okaże się potem kluczowa dla skuteczności jej misji w Afryce. W trudnych chwilach nie zapomni, że jest tylko narzędziem Boga, które daje z siebie wszystko, co najlepsze, lecz wyniki pracy zależą nie tylko od niej, ale też od Boga.

Ziarno musi obumrzeć

Rok 1934 przynosi przełom w życiu Wandy Błeńskiej. Otrzymuje wówczas dyplom lekarski i… nie jedzie na misje. Dlaczego? Jest świecką, niezamężną kobietą, a takie wówczas – ze względu na trudne warunki pracy na misjach – nie są wysyłane do placówek na Czarnym Lądzie.

Przeprowadza się więc do Torunia, w którym mieszkają jej ojciec i brat (matka zmarła, kiedy Wanda miała dwa lata), i zaczyna praktykę w tamtejszym szpitalu.

Co ciekawe, Wanda nie traci nadziei, że kiedyś skończy się ciemna noc i zaświeci nad nią słońce Afryki. Już teraz rozgląda się za tymi oddziałami szpitala, które mogą się przydać na misjach. Pracuje też w laboratorium i robi dodatkowe kursy medyczne.

W 1939 roku w bieg życia Wandy ingeruje Historia. Rozpoczyna się wtedy II wojna światowa, podczas której młoda Błeńska angażuje się w działania Armii Krajowej. Jako „Grażyna” i „Szarotka” chodzi konspiracyjnie po domach i leczy chorych. Z czasem uzyskuje stopień podporucznika i zostaje komendantką oddziału kobiecego.

W dniu swoich imienin, 23 czerwca 1944 roku, Błeńska zostaje aresztowana i spędza w więzieniu trzy miesiące. Nawet tutaj się nie załamuje, lecz poleca się Bogu. Jest odważna.

„U nas było takie powiedzenie: »Tyłek nie szklanka, nie stłucze się!«. […] Zawsze trzeba w ciężkich chwilach doszukiwać się radośniejszych momentów”.

Codziennie w celi organizuje śpiew pieśni kościelnych, odmawia litanię, którą kończy pieśnią „Boże, coś Polskę…” Po wyjściu z więzienia i zakończeniu wojny pracuje w placówkach medycznych w Toruniu i Gdańsku.

Wiatr w żagle

Pod koniec lat 40. droga Wandy Błeńskiej ku realizacji jej marzeń o misjach nabiera rozpędu. Paradoksalnie służy temu pogarszający się stan zdrowia jej brata, osiadłego po wojnie w Hanowerze.

Wanda, która spiesząc mu z pomocą, przedostaje się nielegalnie przez granicę (ukryta w budce na węgiel na statku!), ma zamkniętą drogę powrotu do komunistycznej Polski. Zostaje więc na Zachodzie i kiedy zdrowie jej brata się polepsza, uczestniczy w kursach medycyny tropikalnej w Niemczech i Anglii.

Dzięki zdobytemu doświadczeniu oraz zadzierzgniętym tam znajomościom w 1950 roku upragnione misje w Afryce stają przed nią otworem!

W pamiętniku pod datą 9 lutego 1950 roku Błeńska pisze:

„Dziś po południu o godz. 16.00 wyruszyłam z Londynu. […] Oprócz fizycznego zmęczenia mam pokój w sercu i jakąś cichą, spokojną radość – jestem właściwie zupełnie szczęśliwa – jako nic nie mająca, a posiadająca wiele”.

Do Czarnego Lądu płynie ponad miesiąc. Na statku czyta książki o trądzie i spodziewa się, że w Ugandzie spędzi pięć wiosen. Zostanie tam na 43 lata.

Niełatwy start

„Najtrudniejsze były początki, pierwszych 15 lat” – wyzna prostolinijne na starość.

W Centrum Leczenia Trądu w Bulubie (wioska nad Jeziorem Wiktorii, do której ostatecznie trafia) jest sama, a pracy ma tam bez liku.

Na leczenie czekają 22 tysiące (!) chorych, dla których Błeńska jest jedynym lekarzem w okolicy. Niektórych musi operować, nie mając doświadczenia. Do tego dochodzą prymitywne warunki pracy, deficyt wyposażenia, leków i wykwalifikowanego personelu.

Wanda Błeńska nie skarży się jednak i nie zniechęca. Wie, że Afryka lat 50. to nie miejsce dla panienek z pensji.

Od początku działa bez oszczędzania siebie. Śpi po pięć godzin na dobę; poranek zaczyna od Mszy św. Pracuje cały dzień z przerwą na posiłki i 20-minutowy odpoczynek po obiedzie. Wieczorami robi badania albo czyta literaturę, najczęściej fachową.

Z czasem efektem jej pracy – poza setkami wyleczonych pacjentów – będą: nowoczesne budynki szpitalne, ośrodek szkoleniowy dla lekarzy i pielęgniarek, wykwalifikowany zespół medyczny, badania nad szczepionką na trąd…

Poczynania doktor Błeńskiej zostaną docenione, m.in. przez nadanie placówkom medycznym jej imienia oraz przyznanie jej obywatelstwa ugandyjskiego i wyróżnień papieskich. Tym jednak, czym przede wszystkim zjedna ona sobie serce mieszkańców Afryki, będzie jej niezwykły stosunek do pacjentów.

Lekarz ducha i ciała

Jeżeli chce się być dobrym lekarzem, to trzeba pokochać swoich pacjentów. To znaczy: dawać im czas, troskę, dokształcić się. Dużo trzeba w to włożyć miłości… Tak, to jest najważniejsze – stosunek do pacjenta.

A on wszędzie powinien być taki sam. Bo wszędzie człowiek cierpi i znacznie prędzej zdrowieje, jeżeli ufa lekarzowi” – powie Wanda Błeńska.

Sama ma serce dla chorych. Wita ich uśmiechem, okazuje im życzliwość, wystrzega się wobec nich wyższości czy oschłości. Stosuje nieszablonowe metody.

Dotykając trędowatych, nie nakłada rękawiczek, ażeby pokazać, że jeśli nie ma otwartej rany, zwykłe zasady higieny wystarczą, by nie doszło do zarażenia.

Pokazuje zdjęcia pacjenta sprzed kuracji i po niej, aby i w innych cierpiących wlać nadzieję, że wiele skutków trądu można całkowicie wyleczyć.

Ludzkim podejściem do pacjenta Wanda Błeńska głosi Ewangelię o godności osób chorych i starszych, o których i do których św. Jan Paweł II powie, że

„uczą nas, że słabość jest twórczą częścią ludzkiego życia i że cierpienie może być przyjęte bez zatracenia godności. Żadna choroba, żadne uszkodzenie, żadna ułomność nie mogą nigdy pozbawić was waszej godności jako dzieci Bożych, jako braci i sióstr Chrystusa”.

Doktor Błeńska leczy nie tylko sercem. Od początku dba o rozwój swoich kompetencji leprologa. Stara się pogłębiać wiedzę o trądzie, być na bieżąco z fachową literaturą, podnosić swoje kwalifikacje.

W spartańskich warunkach prowadzi badania laboratoryjne. W czasie urlopu w Polsce odwiedza oddziały szpitalne, uczy się operować i prowadzić laboratorium. Uczestniczy w kongresach międzynarodowych, wygłasza referaty, gości w ośrodkach leczenia chorych na trąd, m.in. w Indiach – w Puri u ojca Mariana Żelazka i w Kalkucie u św. matki Teresy.

Robi wszystko, by jeszcze skuteczniej leczyć chorych. Jej działania budzą podziw, zważywszy na warunki, w jakich pracuje.

Być misjonarzem

Doktor Błeńska zostaje zapamiętana w Ugandzie także jako osoba, która łączy pracę z modlitwą. Kiedy widzi, że pacjent umiera bądź że jego stan jest ciężki, prosi personel i innych chorych o modlitwę za niego. Na reakcję Afrykańczyków nie musi zresztą długo czekać – chętnie dołączają się oni do spontanicznego nabożeństwa w szpitalu.

Sama Błeńska dużo się modli, świadoma odpowiedzialności swojej pracy. Przed operacją, myjąc ręce, odmawia Litanię do Najświętszego Serca Jezusowego. Na sali operacyjnej wiesza obraz Matki Bożej Częstochowskiej, powierzając Maryi pomyślność zabiegu.

Nie boi się przy tym wyznać publicznie:

„Ja zawsze mówię: ilu wyleczyłam dobrym leczeniem, a ilu wybłagałam modlitwą, tego nie wiem. Nie będę wiedziała”.

Po latach powie, że w życiu duchowym przeszła drogę od powierzchownego wyrażania Bogu próśb bez czekania na Jego odpowiedź do bycia przy Bogu i słuchania Go. Przyzna także, że bez wiary, dającej radość, bycie misjonarzem mija się z celem.

„Ci, którzy wyjeżdżają [na misje], muszą być szczęśliwi. […] Jeżeli samemu nie odczuwa się radości, nie można się nią dzielić z innymi. Chrześcijańska radość płynie z wiary, pochodzi od Chrystusa”.

Wiara w Chrystusa rzuca też światło na tajemnicę cierpienia, z którą doktor Błeńska obcuje na co dzień:

„Krzyż Chrystusa jest najdoskonalszym objaśnieniem sensu cierpienia oraz jego wartości w życiu i historii. Krzyż jest wezwaniem do odpowiedzi miłością na miłość. Nie zawsze jesteśmy w stanie znaleźć w planach Bożych odpowiedź na pytanie, dlaczego cierpienie znaczy drogę naszego życia.

Dzięki jednak wierze możemy osiągnąć pewność, że chodzi tu o plan miłości, w którym cała ogromna gama krzyży, małych i dużych, zmierza do całkowitego złączenia się w jedynym Krzyżu” (św. Jan Paweł II).

„Biała babka” na motorze

Misja Błeńskiej nie byłaby tak owocna, gdyby nie pokochała ona całym sercem Afryki: z jej kulturą, tańcami, muzyką i śpiewem. Z chęcią uczestniczy w lokalnych zwyczajach i wydarzeniach. Żyje skromnie, ale nie skarży się na niedogodności. Mawia:

„Świadectwo życia i dzielenie losu tych, z którymi się pracuje, to są bardzo ważne aspekty misji”.

Radość sprawia jej jazda motorem, czym jako „biała babka” wzbudza sensację w okolicy. Do historii zaś przechodzi jej zdanie:

„Święty Rafale, ja wiosłuję, a ty ratuj!”,

wykrzyczane na Jeziorze Wiktorii po zderzeniu jej kajaka z agresywnym hipopotamem.

Przy całej swej miłości do Afryki Błeńska pozostaje wierna Polsce i jej ideałom. Nie zapomina języka polskiego, interesuje się wiadomościami z Ojczyzny, czyta literaturę piękną. Przyzna, że w trudnych momentach pomaga jej poezja. Nad mikroskopem recytuje z pamięci ulubione wiersze. Kiedy opuści Ugandę, zostawi po sobie 25 kufrów książek.

Pożegnanie z Afryką

„To jest ambasador misyjnego laikatu”

– tak o Wandzie Błeńskiej powie Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki do Ugandy w 1993 roku.

„Matka trędowatych” jest wzorem lekarza na misjach. Zanurzona w Bogu, przez 43 lata dzieli się swoją wiarą, wiedzą i sercem z mieszkańcami Ugandy. Definitywnie żegna się ze swoimi podopiecznymi w 1994 roku, w wieku 83 lat.

Ostatnie 20 lat życia – umiera w Poznaniu 27 listopada 2014 roku – poświęca na głoszenie prelekcji i angażowanie się w promocję misji. Służy radą, zaraża uśmiechem i pogodą ducha. Zbiera też wiele nagród i wyróżnień za swoją pracę. Na uroczystościach powtarza jednak:

„Tego, że tak pokochałam swoją pracę wśród trędowatych, nie uważam za osobistą zasługę. Jest to spełnienie moich młodzieńczych marzeń. To jest DAR, za który jestem wdzięczna BOGU”.

Jej przesłanie?

„Trzeba ufać Panu Bogu, Aniołowi Stróżowi i temu, kogo się tam ma. Później już tylko wystarczy pielęgnować swoje marzenia i nigdy nie przyjmować »NIE« za odpowiedź”.

Źródła: J. Molewska, M. Pawelec, Wanda Błeńska. Spełnione życie, Poznań 2011; A. Andrzejak, J. Różański, Medycyna i ewangelizacja. Rozmowy z Wandą Błeńską, Poznań 1996; A. Andrzejak, M. Nawrocka, A. Wąsikowska-Trawińska, Śladami Dokty, Poznań 1997.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Święty Szarbel, przyjaciel Boga i ludziJestem Przecież tylko „woźnym”Miłujcie się! nr 2-2016