Młodzież Zobacz

Miłość sama mnie znalazła

Cze 03, 2019 Świadectwo

Dlaczego miałby wybrać właśnie mnie? Słabą, grzeszną, z wątpliwościami, tysiącem pytań na minutę i nieraz słomianym zapałem do różnych rzeczy

Kiedy na początku liceum ktoś mówił mi z przekąsem, że zostanę siostrą zakonną, śmiałam się pod nosem. Uwierzyłabym szybciej, że zostanę pilotem samolotów niż zakonnicą, tym bardziej że czekałam na swojego księcia na białym rumaku. A jednak – Pan Bóg tak pokierował moimi krokami, że dziś jestem najszczęśliwszą na świecie siostrą klauzurową.

Dar i tajemnica

Szukając własnej drogi w życiu, walczyłam ze sobą ładnych parę lat. Ja i zakonnica? Było coś, co mnie ciągnęło do habitu, ale wypierałam to, jak tylko mogłam. Poza tym byłam zwyczajnie zakochana, a że zawsze marzyłam o swoim księciu z bajki, gromadce dzieci i domu na wsi ze stadniną koni, życie konsekrowane nie wchodziło w grę.

Pan Jezus jednak coraz bardziej przyciągał mnie do siebie i dawał mi delikatne sygnały, które na początku bagatelizowałam.

„Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16).

Ale dlaczego miałby wybrać właśnie mnie? Słabą, grzeszną, z wątpliwościami, z tysiącem pytań na minutę i nieraz ze słomianym zapałem do różnych rzeczy.

Wydawało mi się, że przecież jestem małą owieczką, ziarenkiem piasku na pustyni, kropelką wody w oceanie… I chociaż słowa „Pójdź za Mną” przyprawiały mnie o szybsze bicie serca, myślałam sobie, że to nie może być prawda. Czułam się jak Jonasz, który słyszy głos Pana, ale ucieka, pewny, że da radę ukryć się przed powołaniem.

Zagubiona owca

Wszystko byłoby może prostsze, gdyby nie fakt, że przechodziłam okres buntu i zamiast słuchać Jezusowego głosu, jak owca, która zapragnęła „wolności”, oddalałam się od Niego z każdą chwilą, szukając w świecie tego, czego on dać mi nie mógł. Szukałam kogoś, na kim mogłabym polegać, oprzeć się – i nie przychodziło mi na myśl, że On, Jezus, czeka na mnie z utęsknieniem.

Błądziłam, upadałam, a Pan Bóg mnie podnosił, prowadził i czuwał nade mną, bym nie poszła o krok za daleko. Na pieszej pielgrzymce do Częstochowy, dzięki siostrze zakonnej, która wędrowała z nami, pojawiły się u mnie pierwsze poważne myśli o życiu zakonnym. Jej radość życia i błysk w oczach, gdy mówiła o swym Oblubieńcu, sprawiały, że pragnienia ukryte na dnie mojego serca zaczęły wypływać na wierzch.

Na początku nie chciałam uwierzyć, że to mogłaby być moja droga, ale zaczęłam zbliżać się do Jezusa, bo coś ciągnęło mnie niewyobrażalnie mocno w Jego kierunku. Częstsze uczestnictwo w Mszach św., szczególnie w środy, gdy odmawiana była Nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, sprawiało, że zaczęła się moja prawdziwa przemiana. Dziś wiem, że Duch Święty pracował wówczas nieustannie…

Kochana do szaleństwa

W tym czasie pojawił się też w moim życiu Ruch Czystych Serc – prawdziwa klinika dla mojego serca. Słowa Modlitwy zawierzenia stawały się moją codziennością, motywacją w trudnych chwilach i punktem zaczepienia. RCS uczył mnie szybkiego powstawania z upadków, szukania pomocy u samego Jezusa w sakramencie pokuty oraz ufności w Boże miłosierdzie.

Pan Bóg podarował mi też wtedy przyjaźń, stawiając na mojej drodze osobę, poprzez którą dał mi poznać swoją miłość, przekonując mnie, że jestem akceptowana i kochana taka, jaka jestem, ze wszystkimi moimi porażkami i słabościami, które raz przebaczone przestają mieć znaczenie w dalszej drodze.

„Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości”

– te słowa z Księgi Ozeasza (Oz 11,4) stały się moją rzeczywistością, bo Bóg ukochał mnie miłością bez granic, miłością aż po krzyż, która w swym szaleństwie ukryła się w Eucharystii, ażeby być ze mną zawsze.

Moje życie się zmieniało, a moje niespokojne serce coraz bardziej otwierało się na tajemnicę powołania do życia zakonnego. Przestało mi wystarczać życie zwykłego chrześcijanina – moje serce pragnęło czegoś więcej.

Żyć już nie dla siebie

Żyć dla Boga i innych ludzi, by służyć, kochać bezwarunkowo, oddać się całkowicie, żyć Miłością i dla Miłości – tego pragnęło moje serce. Każde spotkanie z siostrą zakonną przyprawiało mnie o szybsze bicie serca i wywoływało na mojej twarzy ogromny uśmiech. Szukałam więc zgromadzenia, do którego miałabym wstąpić.

Musiało minąć trochę czasu, bym dojrzała, by słowa „bądź wola Twoja” wypływały prawdziwie z serca. Bym przestała robić Jezusowi listę życzeń i pragnień, które On miałby spełnić, a dała Mu „czystą kartkę” ze swoim podpisem, otwierając się na to, co miało nadejść.

Był to pierwszy krok do prawdziwego zaufania, które chwiało się między miłością do Jezusa a moją niecierpliwością i wewnętrznym niepokojem, gdyż sama nie wiedziałam, w którą stronę pójść.

On nauczył mnie czekać. Po wielu burzach i wątpliwościach, w czasie pielgrzymki do Włoch, poznałam klauzurową wspólnotę sióstr Zakonu Najświętszego Odkupiciela (redemptorystki) w Magliano Sabina, niezwykle zjednoczoną i żyjącą miłością, na kształt pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej, promieniującą światłem i radością, co ogromnie mnie urzekło.

Tu zaczął się problem. Ja i klauzura? Nie wiedząc jeszcze, że pełnia całkowitego oddania się Bogu i ludziom, do którego rwało się moje serce, ukrywa się właśnie w zakonie kontemplacyjnym, walczyłam ze sobą aż do momentu, w którym naprawdę i w pełni powierzyłam się w Boże ręce.

Pamiętam dobrze moment swej osobistej modlitwy zaufania, w której powiedziałam Jezusowi swoje „tak” na każdą ewentualność:

„Gdziekolwiek mnie chcesz, jakkolwiek mam wypełnić swoje powołanie, jak Maryja mówię »tak«, daj mi tylko poznać Twoją wolę, poprowadź”.

Na owoce tej modlitwy nie musiałam długo czekać – odtąd w moim sercu zagościły radość i prawdziwy pokój. Pozornie nic się nie zmieniło. Nadal byłam pewna tylko jednego: że chcę być cała Jezusa, bo czułam niewyobrażalnie mocno i głęboko, że On tego właśnie chce.

To, w jaki sposób mam wypełnić swoje powołanie, nadal pozostawało niewiadomą, ale nie mąciło już mojego spokoju. Byłam przekonana, że Jezus mnie poprowadzi – i się nie zawiodłam.

Tęsknota serca

Pamiętam dobrze jeden z momentów, który w sposób oczywisty pokazywał mi drogę. Przechodząc przez miasto, wstąpiłam do naszego parafialnego kościoła, w którym akurat restaurowany był ołtarz główny i tabernakulum zmieniło swoje miejsce, co dawało możliwość zatrzymania się bliżej niego niż normalnie.

Miał być to moment modlitwy, jak zazwyczaj, a ja klęczałam nieruchoma, przeniknięta jakimś niewytłumaczalnym współczuciem, myśląc o samotności i odosobnieniu Jezusa w wielu kościołach świata.

W moim sercu rodziło się ogromne pragnienie, by trwać przy Jezusie nieprzerwanie, by Mu towarzyszyć, by wynagrodzić Mu wszystkie dni i noce opuszczenia. Jeden krótki moment, a chciałoby się rzec, że już jasno i dobitnie widziałam drogę, na którą Jezus mnie zapraszał.

Mimo to na początku próbowałam odepchnąć myśli o życiu kontemplacyjnym. Część mnie płonęła, tęskniąc za szczególną intymnością z Bogiem, a pozostała część jak strażak próbowała gasić ten ogień.

Przekonywałam jeszcze sama siebie, że to, co odczuwałam, można zrealizować w jakiś inny sposób. Co więcej, próbowałam przekonać nawet samego Jezusa, że to wszystko jakaś pomyłka, że może poszuka sobie kogoś innego, kto by się bardziej nadawał, i szukałam jakiegoś innego wyjścia z tej sytuacji, ale na szczęście to On odnalazł mnie pierwszy.

Jak kropla w morzu

Za natchnieniem Ducha Świętego i radą kapłana pojechałam do Włoch, by poznać lepiej wspólnotę sióstr redemptorystek i dotknąć tego, do czego Jezus mnie zapraszał.

Po dwóch dniach z mojego serca przepełnionego radością popłynęła modlitwa, która, jak się później okazało, była parafrazą słów naszej założycielki M. Celeste Crostarosy, beatyfikowanej w czerwcu ubiegłego roku, która zapisała:

„Ukazujesz mi podczas Komunii Świętej, że jesteś rozległym morzem doskonałego i bezgranicznego dobra, a ja jestem jak kropla wody, która wpada w Ciebie i zamienia się w to rozległe morze, gdzie gubiąc swój byt, widzę, że stałam się oceanem wszelkiego dobra”.

Czując się jak ta mała kropla, pragnęłam już z całego serca zatopić się w swoim Morzu, w tej konkretnej wspólnocie, w tym konkretnym zakonie, by rozpłynąć się zupełnie w Oceanie Dobra i Miłości.

Jako że wcześniej nie miałam styczności z pismami Crostarosy, modlitwa ta tylko utwierdziła mnie w mojej decyzji, pokazując mi, że moje serce współgra z sercem tej, bez której rodzina Najświętszego Odkupiciela dziś by nie istniała.

Najlepsza cząstka – dar powołania klauzurowego

I tak oto ponad dwa lata temu znalazłam się w Magliano Sabina, we wspólnocie, która emanuje radością. Szukałam miłości, a Miłość sama mnie znalazła. Odpowiedziałam „tak” na powołanie do życia kontemplacyjnego i jestem przekonana, że wybrałam swoją „najlepszą cząstkę”: życie w pełnej wolności – czystość miłości, ubóstwo, które ubogaca, prawdziwą siłę w posłuszeństwie, głęboką pokorę i najwyższą miłość, doskonałą radość, gdyż naszą najważniejszą regułą jest Osoba-Jezus.

Od lat zakochana, dziś już zaślubiona na wieki, jestem najszczęśliwsza na świecie, starając się żyć Miłością i dla Miłości na większą chwałę Niebieskiego Taty i dla zbawienia dusz.

Siostra Anna Maria,
Redemptorystka

Monache Redentoriste
Magliano Sabina (RI), Italia
e-mail: redentoristemagliano@gmail.com

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Alicja Lenczewska. BiografiaEliasz. Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego - Debora SianożęckaAutobiografia. bł. Matka Maria Teresa od św. Józefa