Rodzina Zobacz

Kto służy życiu?

Zawsze doznaję głębokiego wzruszenia, kiedy od pary, którą się opiekuję, otrzymuję wiadomość: „Pani doktor! Wyszły dwie kreski, jestem w ciąży! Czy to dzieje się naprawdę?”.

Wtedy wiem, że od dwóch tygodni jest z nimi nowa istota, która daje znać: „Oto jestem!”. I oni, i ja wiemy: pojawił się nowy człowiek.

Najważniejsza misja

Od tego momentu moim oraz rodziców zadaniem jest doprowadzić do drugiego wspaniałego momentu – do szczęśliwego i zdrowego urodzenia. Ja muszę pilnować stanu zdrowia matki i dziecka, strzec przed powikłaniami, ustalać dawki leków, a rodzice muszą zmieniać całe swoje dotychczasowe życie.

Nowa mama wchodzi do „złotej klatki”. Nie może już ciężko pracować, niedosypiać, niedojadać, zapominać o lekach. Nie będzie sprzątać, robić ciężkich zakupów – te obowiązki przejmuje mąż. Zmienia się ich relacja, bo dla bezpieczeństwa powinni powstrzymać się od stosunków seksualnych.

Ważne jednak jest, aby mąż zapewnił ochronę, troskę i czułość żonie. Mężowie moich pacjentek w niesamowicie piękny sposób opiekują się swoimi żonami. Bardzo często towarzyszą im podczas wizyt, dbają o dom, pożywienie, są wyrozumiali, bardzo się troszczą o dziecko i o jego mamę. Jest to piękna małżeńska miłość.

Co kilka dni patrzymy na malucha, czy dobrze rośnie, czy jego serduszko odpowiednio bije, i dobieramy dawki leków według stanu dzieciątka. Każde jest mi bardzo drogie – z radością patrzę, jak z tygodnia na tydzień się powiększa:

4.-5. tydzień – widzimy malutką kropeczkę z pęcherzykiem żółtkowym, 5.-6. tydzień – bije serduszko. W 8.-9. tygodniu widać rączki i nóżki, maluszek wykonuje pierwsze ruchy, a potem już jest coraz większy i większy. W 14.-15. tygodniu rodzice mogą dotknąć bobasa przez brzuch i poczuć go, a potem, zazwyczaj w 18.-20. tygodniu, pierwsze ruchy czuje sama matka.

Kiedy zbliżamy się do narodzin i kiedy nadchodzi ten moment, mamy świadomość wykonanej porządnej pracy. Za nami setki SMS-ów, rozmów telefonicznych, wizyt, aby mieć pewność, że wszystko jest pod kontrolą. Cały nasz zespół przez dziewięć miesięcy czuwa, aby finał był szczęśliwy.

Czasami jest inaczej. Nie każde maleństwo może się szczęśliwie narodzić, czasami jego życie kończy się zbyt szybko… I ból jest zawsze taki sam, niezależnie od tego, ile dziecko urosło i ile czasu było z rodzicami.

Ważne dla mnie jest być przez cały czas z małżonkami, towarzyszyć im podczas tych trudnych momentów, a przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się stało i czy możemy w kolejnych ciążach temu zapobiec? Taka odpowiedź jest potrzebna, aby praca nad zaburzeniami prokreacji oraz zagrożonymi ciążami była prawdziwą służbą życiu.

Od kiedy zaczyna się życie?

Kiedy nie znano jeszcze aparatów USG i nie było mikroskopów, bardzo często uznawano, że człowieczeństwo rozpoczyna się w momencie narodzin. Wraz z rozwojem nauki, gdy wzrastała wiedza o okresie życia prenatalnego, zdefiniowano początek życia.

Wydawać by się mogło, że naturalne jest otoczenie szacunkiem człowieka od poczęcia. W definicji określającej rozpoczęcie istnienia człowieka według WHO [Światowej Organizacji Zdrowia – przyp. red.] uznaje się ten kluczowy moment, jakim jest zapłodnienie – powstanie zygoty, czyli komórki zarodkowej zawierającej komplet genów (po połowie od plemnika i komórki jajowej).

Zygota powstaje po wniknięciu główki plemnika do komórki jajowej i połączeniu się jąder komórkowych. Ma ona niezmienny garnitur chromosomów określających cechy osobnicze, budowę i płeć nowego człowieka.

Dla lekarzy zajmujących się zdrowiem prokreacyjnym ten fakt jest bardzo ważny. Z jednej strony w dyskusjach dotyczących aborcji uznanie człowieczeństwa od momentu poczęcia jasno definiuje ten proceder jako morderstwo z premedytacją (niezależnie od czasu trwania ciąży), a z drugiej podczas interpretacji metod wspomaganego rozrodu [in vitro – przyp. red.], gdzie życie na samym jego początku jest bardzo zagrożone.

Zatrważające statystyki

Niedawno – mówiąc do naukowców – podawałam statystyki dotyczące liczby utraconych w procedurach in vitro zarodków. Z przerażeniem odkryłam, że śmiertelność jest olbrzymia – to nie tylko 4% zdrowych urodzeń (w najlepszych ośrodkach maksymalnie 10%), bo do tej puli liczone są transfery zarodków, liczba ciąż i zdrowych urodzeń.

Przykładowo: 600 par podchodzi do procedury in vitro, 150 kobiet zachodzi w ciążę, a rodzi się tylko 6 dzieci. Takie są dane i taki jest „sukces”. Każda para może mieć dwa do czterech, albo i więcej zarodków.

Część z zygot może dalej być „wykorzystana”, ale reszta podczas badań naukowych zostanie zniszczona w ciekłym azocie jako niepełnowartościowy materiał biologiczny. Kiedy o tym mówię, podnoszą się głosy oburzenia:

„Nie możemy tak uważać! Zarodki nie mają praw, żadnych praw, jak śmiem mówić o zarodkach jako o dzieciach, jak mogę uznawać ich człowieczeństwo?!”.

Ile razy trzeba powtarzać kłamstwa, aby przyzwyczaić się do nich i nie czuć wstydu za procedury, które są oficjalnie wykonywane? Za to, że zamiast pomóc niepłodnym parom, daje się im często złudną nadzieję, że rodzicielstwo za wszelką cenę będzie dla nich nieustającym szczęściem, i za stwierdzenia, że te zarodki, ich dzieci, to jeszcze nie ludzie, którym należy się szacunek.

Matka jednak nie zapomni, że tam gdzieś są jej dzieci… Często ta myśl powraca w bezsenne noce… Ile dzieci musi zginąć, aby jedno mogło się narodzić? Oby o tym pomyślały pary przygotowujące się do in vitro.

To nie jest leczenie!

In vitro to nie leczenie! Potrzebna jest diagnoza i leczenie choroby. Niezbędna jest praca naukowców, całych sztabów ludzi różnych specjalności, aby leczyć zespół problemów powodujących niepłodność, a nie omijać je i „zrobić” dziecko. Dziecko, które być może nie będzie uszkodzone, jeśli wcześniej nie dojdzie do poronienia (przecież jego matka nie została wyleczona, bo nad tym się jeszcze nikt nie pochylił).

Może nikt nie wyda wyroku – jak teraz się mówi – terminacji ciąży… Jak ma się do tego procederu przysięga lekarska – etyczne zasady obowiązujące od starożytności:

„Przyjmuję […] nadany mi tytuł lekarza i przyrzekam służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu […]”?

To dlatego chorzy ufają nam, lekarzom, i powierzają w nasze ręce życie swoje oraz swoich dzieci.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Miłujcie się! nr 1-2019Wobec in vitro. Genetyczne, moralne, filozoficzne, teologiczne i prawne aspekty zapłodnienia pozaustrojowegoWybierz więc życie