Wiara Zobacz

Jezus z Bronksu

Na środku ulicy w Nowym Jorku w nocy bije się ponad 40 osób. Franciszkanin żegna się, wysiada z auta i ładuje się w sam środek bijącej się gromady. Zaczyna krzyczeć na całe gardło: „In the name of God, stopped!” („W imię Boże, przestańcie!”). I rzeczywiście, bijatyka szybko się kończy, chociaż zakonnik boi się, że sam dostanie nożem lub pięścią.

Franciszkanie Odnowy, zwani także braćmi z Bronksu, niosą Chrystusa tam, gdzie nikt nie chce iść. Sami bracia jednak uważają, że nie robią nic szczególnego. Nic ponad to, że

„głoszą Jezusa, rozdają kanapki i pracują z odrzuconymi przez społeczeństwo”.

W rzeczywistości ich praca jest bardzo niebezpieczna. Bronx to jedna z pięciu dzielnic Nowego Jorku, uważana za getto wypełnione przemocą, narkotykami, walkami gangów i brakiem nadziei.

Jest tam popełnianych więcej przestępstw niż w dzielnicach nędzy w Moskwie czy w Rio de Janeiro.

Mimo wielu zagrożeń samym zakonnikom nic się jednak nigdy nie stało. Zarówno narkomani, prostytutki, jak i handlarze narkotyków często ich pozdrawiają:

„God bless you!” („Niech Bóg wam błogosławi!”).

Początki działalności misyjnej

Franciszkanie Odnowy to wspólnota założona w 1987 roku w USA przez ośmiu kapucynów, którzy zapragnęli radykalnie żyć Ewangelią.

„Pragniecie iść za Chrystusem Ukrzyżowanym?” – zapytał ich wtedy kardynał O’Connor, arcybiskup Nowego Jorku.

Mówił dalej:

„Można modlić się do Boga na szczytach ośnieżonych gór czy nad brzegiem oceanu, ale jeśli chcecie iść za Chrystusem aż na Kalwarię, jak Święty Franciszek z Asyżu, to dlaczego nie zejść na samo dno getta?”.

Kardynał powierzył śmiałkom parafię w południowym Bronksie.

Zakonnicy rozpoczęli trudną pracę pośród narkomanów, osób bezdomnych, prostytutek, wyrzutków społecznych, dilerów narkotyków i gangsterów. Ich jedynym orężem była i jest wiara, ubóstwo oraz modlitwa.

W dawnej szkole parafialnej, znajdującej się przy klasztorze, utworzyli stowarzyszenia wzajemnej pomocy dla imigrantów, urządzili sale szkolne do nauki angielskiego i gimnazjum dla młodzieży z dzielnicy.

Już po kilku miesiącach, tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia 1987 roku, otworzyli dla bezdomnych schronisko Padre Pio. 10 lat później braci  Odnowy było już 50.

Charyzmat zakonu został zainspirowany duchowością św. Franciszka, św. matki Teresy z Kalkuty oraz św. Jana Pawła II.

Tak jeden z braci wspomina początki ich działalności w Bronksie:

„Nasze początki były niełatwe. Koło trzeciej nad ranem słychać było głuche uderzenia w ściany budynku. Czasem rozlegała się dziwaczna muzyka. Trwało to około miesiąca. Sądzę, że diabeł chciał nas wystraszyć. Uczepiliśmy się Jezusa.

Co wieczór z kijem bejsbolowym w ręku wchodziłem do każdego pomieszczenia w budynku, żeby sprawdzić, czy nie ma tam intruzów, i śpiewałem na całe gardło: »I love You, Jesus, I love You!«. Nie czułem się jednak podniesiony na duchu…”.

Matka Teresa zapytana przez braci o to, w jaki sposób zaczynać „od zera”, odpowiedziała, że podstawą jest godzina adoracji Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, każdego dnia. Franciszkanie o tym wiedzą i dlatego spędzają około pięciu godzin dziennie na modlitwie.

Raz w tygodniu mają dzień skupienia, a raz w miesiącu jeden dzień spędzają w pustelni w lesie. Mają także obowiązek spędzić w ciągu każdego roku od pięciu do ośmiu dni w ciszy pustelni.

Są przekonani, że jeśli wzrok jest skoncentrowany na Jezusie, to On rzeczywiście troszczy się o wszystko.

Ubodzy odczuwają prostotę, miłość i pokój, który promieniuje z klasztoru oraz od zakonników. Bracia mają miłość, radość i pokój, bo są napełnieni Bogiem. Również zakonnicy mówią, że nieraz budują się wiarą ludzi, którym posługują:

„Znałem sprzątaczkę, która pracowała w klinice. W ciągu pięciu dni umarła jej matka, spalił się jej dom, a jej siostra zginęła w wypadku samochodowym. A ona wciąż ufała Bogu…”.

Drogi do Chrystusa

Ojcowie i bracia z Bronksu niejednokrotnie przebyli trudną drogę powrotu do Chrystusa i odczytywania swojego powołania. Jest wśród nich Kanadyjczyk, który przed swoim nawróceniem wplątał się w narkotyki. Spędził kilka lat w sekcie Moona, aż do pewnego październikowego dnia w 1979 roku, kiedy to usłyszał przemawiającego w Waszyngtonie Jana Pawła II i wtedy się nawrócił.

Pierwszym generałem wspólnoty był franciszkanin nadający sam sobie przydomek „Brat Nędznik” i „Mnich Wariat”. Mieszka w zwykłym garażu, a jest doradcą biskupów i odpowiada za rozwój duchowy ogromnej diecezji.

Przestępców w więzieniu katechizuje ogromny Anglik, pochodzący z robotniczych przedmieść Londynu, który kiedyś był skinem. On także mógłby spędzić znaczną część swojego życia za kratami, gdyby pewnego razu nie znalazł w kabinie telefonicznej obrazka z Najświętszym Sercem Pana Jezusa. Teraz bramy więzienia forsuje z gitarą w ręku w towarzystwie sióstr misjonarek miłości.

Inny z braci marzył o zostaniu aktorem. Obecnie pracuje z ubogimi w Bronksie, wyznając zasadę:

„Im więcej kto ma, tym mniej daje; im mniej kto posiada, tym chętniej rozdaje”.

Jest też wśród braci eksmuzyk jazzowy, który nadal komponuje piosenki, aby finansować pogrzeby biedaków za dochody ze swoich płyt.

Mistrz nowicjatu to były dziennikarz, któremu nie kto inny, jak stara żebraczka pomogła zrozumieć, że celem środków masowego przekazu powinna być przemiana ludzkiego serca, a nie jedynie głoszenie problemów świata i dostarczanie rozrywki.

Posiłki przygotowuje brat, który wcześniej był barmanem i nieodpowiedzialnym motocyklistą. Dzisiaj jest on zaciekłym wrogiem aborcji i odważnie broni życia poczętych dzieci.

Są dwaj bracia, których łączy nie tylko miłość do Eucharystii, ale także miłość do majsterkowania: jeden jest Portorykańczykiem i sponiewieranym przez życie dzieckiem Bronksu, drugi – wychuchanym synkiem mieszczańskiej rodziny.

Kolejny zakonnik był protestantem sprzedającym komputery w Dallas. Pojechał do Europy, do Medjugorja, aby pomagać tym, którzy ucierpieli podczas wojny, i tam stał się katolikiem, i odkrył swoje powołanie.

Jest też we wspólnocie wysoki, dwumetrowy brat o posturze drwala. W odnalezieniu Chrystusa pomógł mu szczęśliwy biedak z Appalachów.

Wszyscy ci zakonnicy pomagają teraz innym ludziom odnaleźć się w życiu przez pokazanie im Chrystusa, który żyje, naucza i działa w sakramentach pokuty i Eucharystii. Radykalnie odrzucają oni wszelki grzech, ale z miłością przygarniają grzeszników, ukazując im, jak bardzo ich Chrystus umiłował, oddając za nich swoje życie.

Synowie Świętego Franciszka

Bracia traktują Biedaczynę z Asyżu jako swego duchowego ojca. Po swoim nawróceniu ten święty odkrył, że każdy człowiek, a szczególnie ubogi, ma nieskończoną godność i wartość, bo zjednoczony jest z nim Chrystus. Dlatego pewnego dnia ucałował spotkanego na swojej drodze trędowatego, mimo że jego wygląd był odrażający. Wcisnął mu także do ręki swoją sakiewkę.

Przed każdym z braci, wcześniej czy później, pojawia się jakiś „trędowaty” do „ucałowania” – do rozpoznania w nim obecności Chrystusa. „Trędowatym” brata Stana była bezdomna, upośledzona umysłowo kobieta. Nie odstępowała tego zakonnika ani na krok. Nigdy też nie wypowiadała ani jednego słowa.

„Wykańczała mnie, już nie byłem w stanie tego wytrzymać! […] Pewnego dnia miałem zupełnie dość, wyrzuciłem ją. Pięć minut później, oczywiście, pękało mi serce.

Na szczęście następnego dnia wróciła. Szeroko otworzyłem przed nią drzwi, rzuciłem się jej na szyję, ucałowałem ją i przeprosiłem za poprzedni dzień. A ona wtedy po raz pierwszy przemówiła… Bóg czasem posługuje się naszymi grzechami, żeby wydać swoje łaski”.

Inny zakonnik, o imieniu Michael, kiedyś urzędnik wyższego szczebla, odwiedzał chorych na AIDS w fazie terminalnej. Dom dla takich osób otworzyła św. matka Teresa z Kalkuty w nowojorskiej dzielnicy homoseksualistów. Przebywają tu ci, których nie przyjęto do szpitali, odrzuceni przez rodziny.

Pewnej nocy brat Michael zauważył mężczyznę leżącego na ziemi – wychudzony i blady szkielet, pokryty ranami. Ogarnął go wielki strach i chęć ucieczki, ale przypomniał sobie spotkanie Franciszka z trędowatym. Odsunął od siebie odrazę i delikatnie, bardzo powoli położył chorego do łóżka.

Dzisiejsi trędowaci to także takie osoby jak Gaby, sezonowa prostytutka; jak Nicolas, od 15 lat uzależniony od heroiny, na którego pokłutych ramionach nie można już znaleźć kawałka nietkniętej skóry; jak pewien Latynos, adept jakiejś sekty, którego bracia uwalniają od złego ducha, a on „odwdzięcza się” im, kradnąc wielki krucyfiks z czarnego drewna.

To także osoby chore psychicznie, które pukają do drzwi klasztoru, żeby porozmawiać z braćmi, bo inni ludzie odsuwają się od nich, kiedy monologują w metrze czy na ulicy.

Wieczorem, kiedy w klasztorze panuje względny spokój, słychać modlitwę jednego z braci:

„Panie, dziękuję Ci za łaskę, że mogę Ci służyć i Ciebie dotykać w Twoich ubogich, w tych wszystkich, którzy są nieprzyjemni, przychodzą nie w porę, nie podziękują, śmierdzą. Bez nich byłbym wydany na pastwę samego siebie i swojego egoizmu.

Wiem też, Panie, że ja sam jestem trędowaty i że muszę pokochać tę chorą część samego siebie, bo Ty kochasz ją nieskończenie. Dziękuję za tych ubogich, którzy otworzą mi bramy nieba”.

Kryzys rodziny

Bronx został boleśnie dotknięty przez rozpad rodziny. 70 procent rodzin żyje tutaj bez ojca. Najczęściej mężczyzna, który mieszka w domu, nie jest ojcem dzieci. Z powodu kryzysu ojcostwa młodzi ludzie szukają akceptacji w przynależności do gangów.

Zakonnicy są często dla tych młodych znakiem nadziei, ponieważ – zgodnie z wezwaniem św. Jana Pawła II, by się nie bać i zachęcać rodziny do życia zgodnego z katolicką nauką – pracują oni z młodzieżą i wspierają rodziny.

Okoliczni mieszkańcy to doceniają. Często nawet niekatolicy mówią im:

„dobrze, że jesteście”.

Wielu młodym franciszkanie zastępują ojców, stanowią dla nich autorytet.

Jeden z braci spotkał ośmioletniego chłopca, którego ojciec, handlarz narkotyków, wyrzucił z domu. Powiedział mu wtedy:

„Idź teraz do braci, odtąd oni są twoimi ojcami”.

Franciszkanie zajmują się takimi właśnie odrzuconymi. Starają się wcielić w życie polecenie św. matki Teresy:

„Nie pozwólcie, by ktokolwiek, kto do was przyjdzie, nie odszedł szczęśliwszy”.

Historia Luisa

Historia Luisa jest podobna do historii wielu innych chłopaków z dzielnicy. Gdy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Matka została sama z siódemką dzieci. Aby pomóc swojej matce w opłaceniu szkoły dla siebie i swojego rodzeństwa, młodziutki Luis zostaje dilerem narkotyków.

Pewnego dnia próbuje tzw. cracka i bardzo szybko sam się uzależnia. Będąc narkomanem, cały czas jednak myśli o swojej rodzinie, troszczy się o rodzeństwo.

Któregoś dnia przychodzi do fraterni i mówi zakonnikom:

„Ja już jestem stracony. Ale powierzam wam swoich braci, siostry, matkę. Nie zostawiajcie ich”.

Zakonnicy systematycznie pomagają rodzinie finansowo i modlą się za Luisa. Kiedy jego matka przychodzi odbierać torby z jedzeniem, próbują ją pocieszyć:

„Trzymaj się, Sylwia, odwagi, Luis wyjdzie z tego”.

Choć wydawało się to niemożliwe, Luis rzeczywiście wychodzi z uzależnienia. Chłopak został osadzony na trzy miesiące w więzieniu za handel narkotykami.

Siedząc za kratkami, został zmuszony do detoksu. Wydawało mu się, że  oszaleje na głodzie, ale przeszedł przez to. Po wyjściu na wolność swoje pierwsze kroki skierował do franciszkanów, błagając:

„Nie zostawiajcie mnie, bracia, jeśli znowu upadnę, to już po mnie”.

I zakonnicy pomagali mu. Zdecydował się uczestniczyć w wyjeździe ewangelizacyjnym Youth 2000, gdzie podczas adoracji dokonał się cud jego całkowitego uzdrowienia!

Kiedy kapłan stanął przed Luisem z Najświętszym Sakramentem w monstrancji, ten upadł na podłogę, szlochając.

W jednym momencie pojął, jak cenny jest w oczach Boga. Następnego dnia się wyspowiadał, zostawił za sobą swą brudną przeszłość oraz pojednał się z Bogiem i z samym sobą.

Od tego momentu Luis diametralnie zmienił swoje życie. Zerwał dawne znajomości, jeździł z franciszkanami, aby dawać świadectwo o swoim nawróceniu i o cudach, które dokonały się w jego życiu.

Jakiś czas potem Luis został zamordowany przez dilerów narkotykowych. Przed śmiercią wybaczył swoim mordercom.

Walka o życie nienarodzonych

W soboty bracia dołączają do działaczy pro-life przed nowojorskimi klinikami. Wśród obrońców życia są tutaj duchowni oraz przedstawiciele wszystkich zawodów: biskupi, magazynierzy, sprzedawcy pizzy, matki rodzin itd. Bronią tych, którzy ledwie zostali poczęci, a już grozi im egzekucja.

W ciągu jednego roku w stanie Nowy Jork dzięki takim osobom uratowano 400 dzieci. Kiedy przed kliniką stoi pokojowa demonstracja pro-life, 20 procent aborcji nie dochodzi do skutku.

Bracia wypatrują kobiet udających się do kliniki. Kilku z nich odmawia różaniec, kilku innych usiłuje nawiązać rozmowę, proponując darmową pomoc tym, które zechcą urodzić dziecko. Można wtedy usłyszeć:

Niech pani nie zabija tego maleństwa, możemy pani pomóc. Zupełnie za darmo pomożemy, niech tylko pani go nie zabija! Jezus panią kocha, cokolwiek pani zrobi!”.

Brat Konrad siedział kilka razy w więzieniu za to, że przed klinikami przekonywał kobiety do urodzenia dziecka. Niezliczoną ilość razy wysłuchiwał zwierzeń tych, które dokonały aborcji.

Jedna z nich, 28-letnia, opowiadała:

„Kiedy miałam 16 lat, przeszłam dwie aborcje. Wyrzuty sumienia będę dźwigać do samej śmierci. Słyszałam w sobie szept:

»Zobaczysz, będziesz wolna«.

Właśnie to chciałam wtedy usłyszeć. Ale kiedy wychodziłam z sali operacyjnej, głos mi powiedział:

»Zabiłaś swoje dziecko, już jest za późno!«.

Wszystkie grzechy są fałszywymi obietnicami wyzwolenia, które najpierw uwodzą, a potem zniewalają”.

Takie rozmowy pozwalały franciszkaninowi odkrywać rozmiary spustoszeń, jakich dokonuje aborcja nie tylko w wymiarze psychologicznym, ale i duchowym:

„Coraz wyraźniej pojmowałem, że aborcja nie jest przede wszystkim sporem politycznym, ale walką duchową. Szatan jest przebiegły: atakuje Boga poprzez Jego stworzenie – rykoszetem.

Dosięga Boga w Jego ojcowskim wnętrzu, niszcząc dziecko stworzone na Jego obraz wówczas, kiedy jest ono najbardziej bezbronne, również najbardziej niewinne, najsłabsze.

Posługuje się racjami pozornie najbardziej wielkodusznymi i altruistycznymi.

Aborcja to wykrzywiona parodia miłości. Jedno z imion Boga, setki razy pojawiające się w Biblii, znaczy po hebrajsku »wnętrze matki«. Bóg nosi nas w sobie jak matka. To Jego samego chce zranić Przeciwnik, niszcząc Jego dziecko”.

Zakonnik odpowiada kobietom, które dokonały aborcji, że tylko prawda może wyzwolić ich serce. Radzi im, aby wyspowiadały się z tego grzechu, bo rozgrzeszenie kapłana będzie przebaczeniem samego Boga i przebaczeniem dziecka. Prosi je o to, aby nigdy nie wątpiły w Boże miłosierdzie.

Za takie kobiety sprawował w ukryciu, w swojej więziennej celi, wynagradzającą ofiarę Mszy świętej.

Dostrzec Chrystusa w potrzebujących

Objawiając się św. matce Teresie, na początku jej posługi najbiedniejszym, Jezus smucił się z powodu tego, że w dzisiejszym świecie często zapomina się o ubogich.

Mówił, że ubodzy Go nie znają, i wyrażał wielkie pragnienie ich miłości. Powiedział do świętej:

„Idź i zanieś Mnie do tych biedaków. Idź i bądź moim światłem. Nie mogę pójść tam sam; nie znają Mnie, więc Mnie nie potrzebują. Idź więc ty i zanieś Mnie do nich. Jak bardzo pragnę wejść do ich ciemnych, smutnych domów”.

Zakonnicy, zainspirowani tymi słowami, starają się dostrzegać godność i wielkość każdego człowieka. Ich siła wypływa z mocy wiary.

W potrzebujących dostrzegają Chrystusa. Zarówno wielkich, jak i małych traktują w ten sam sposób, bo dla nich wszyscy są równi wobec siebie jako dzieci Boga. Pamiętając o słowach Jezusa:

„Wszystko, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”,

pochylają się z troską nad tymi, którzy nie widzą sensu życia. Starają się pokazać, że każdy człowiek stworzony jest z miłości i do miłości.

Jednocześnie podkreślają, że sami z siebie nic nie mogą, że to Bóg czyni wszystko i to On posługuje się nimi, aby ukazać swoją miłość.

Źródło: Luc Adrian, Bracia z Bronksu, Kraków 2009.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Droga krzyżowa ze św. Matką TeresąMatka Teresa z Kalkuty. Droga do świętościBracia z Bronksu