Wiara Zobacz

Jak step zakwita

Lut 11, 2019 Teresa Tyszkiewicz

„Każdy ksiądz polski deportowany [w czasie II wojny światowej] do ZSRR stał się błogosławieństwem dla wiernych nieraz pozbawionych kapłanów od czasów rewolucji” – pisał ks. Władysław Bukowiński, który został beatyfikowany 11 września 2016 roku w Karagandzie.

Ksiądz Władysław Bukowiński urodził się 22 grudnia 1904 roku w Berdyczowie (dzis. Ukraina), w rodzinie ziemiańskiej. W 1920 roku rodzina Bukowińskich przeniosła się do Polski, a w 1921 roku Władysław rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Po ich ukończeniu wstąpił do seminarium duchownego. Po święceniach kapłańskich pracował w Rabce, a w 1936 roku ks. Bukowiński został mianowany wykładowcą w seminarium duchownym oraz proboszczem parafii katedralnej w Łucku.

Więzienia i łagry

Na tych stanowiskach zastał ks. Bukowińskiego wybuch II wojny światowej i ciężki dla tamtych stron dzień 17 września 1939 roku, w którym to wojsko sowieckie wkroczyło do Polski. Seminarium duchowne zostało zamknięte, a 22 sierpnia 1940 roku ks. Władysława aresztowało NKWD.

W więzieniu przebywał do czerwca 1941 roku, kiedy to zaczął się zbliżać front wojny niemiecko-rosyjskiej i NKWD postanowiło rozstrzelać wszystkich więźniów. Ksiądz Bukowiński cudem wówczas ocalał. Wyszedł na wolność i wrócił do parafii katedralnej.

Niemcy wkroczyli i zaczęła się okupacja niemiecka oraz ten okres w życiu księdza, który wspominał on jako najgorszy, nazywając go „okresem nienawiści” dla zilustrowania wzajemnych walk i zabijania jedni drugich. Ksiądz Bukowiński uważał później, że wszystkie więzienia i łagry, które przeżył (a spędził tam ponad 13 lat), nie były tak ciężkie dla niego jak ten okres nienawiści.

Tymczasem zmieniła się sytuacja wojenna i front radziecko-niemiecki zaczął się przesuwać na zachód. Na zdobytych terenach, dotychczas polskich, władza radziecka wprowadzała swoje porządki.

W Łucku 3 stycznia 1945 roku zaaresztowano ordynariusza bpa A. P. Szelążka, ks. Bukowińskiego oraz kilku innych księży pod zarzutem spiskowania na rzecz Watykanu i szkalowania władzy radzieckiej w rzekomych raportach dla Stolicy Apostolskiej. Zaczął się wtedy ciężki okres śledztwa i wyroków, więzień i łagrów, który dla ks. Bukowińskiego miał trwać do 1954 roku, czyli przez 10 lat!

Ksiądz Bukowiński przebywał w obozie w obwodzie czelabińskim, pracując przy wyrębie lasu, w głodzie i zimnie. Pomimo tych ciężkich warunków starał się pomagać innym więźniom, podtrzymywać ich na duchu, gromadzić ich wieczorami na wspólne rozmowy, aby odtruwać przez to atmosferę beznadziejności.

Niósł pociechę duchową swym licznym współwięźniom, w tym także wielu kapłanom. Odwiedzał chorych, gromadził chętnych na wieczorne pogawędki, a nawet wykłady z historii, filozofii i spraw społecznych. Księdzu pomagały w tym jego wrodzone talenty: łatwość nawiązywania kontaktów, szeroka wiedza, zdolności organizacyjne oraz optymizm.

W 1950 roku ks. Władysław został przeniesiony do obozu w Dżekazganie, do morderczej pracy w kopalni miedzi. Tam znajdowało się dosyć dużo Polaków i księży, więc można było kontynuować pracę apostolską według doświadczenia z poprzedniego łagru.

Kapłan w ukryciu spowiadał, katechizował Polaków, Niemców, Litwinów, Łotyszy, a także młodych Rosjan. 10 sierpnia 1954 roku ks. Bukowiński został zwolniony z obozu o pięć miesięcy wcześniej „za dobre sprawowanie” i skierowany na zesłanie do Karagandy w Kazachstanie.

Jak każdy kapłan

Po uwolnieniu i przyjeździe do Karagandy ks. Władysław zamieszkał w hotelu robotniczym i podjął pracę nocnego stróża. W każdej wolnej chwili szukał kontaktu z ludźmi, a przede wszystkim z katolikami – Polakami i Niemcami, których było wówczas w tych okolicach sporo. Chodził na cmentarz, obserwował pogrzeby i z nich wnioskował, kto jest jakiego wyznania. Nawiązywał kontakt, a jedni drugim przekazywali wiadomość, że jest ksiądz, którego tam nie mieli od prawie 20 lat.

Z czasem ks. Bukowiński opuścił hotel robotniczy, aby zamieszkać przy katolickiej rodzinie i mieć możliwość swobodniejszych rozmów i spotkań. Kapłan szukał sposobności, by wejść w kontakt z innymi księżmi i razem stworzyć sieć duszpasterską, która by objęła zwłaszcza te tereny, gdzie żadnych kapłanów nie było od lat. W Kazachstanie takich obszarów było bardzo wiele.

Po śmierci Stalina w ZSRR nastał okres tzw. odwilży (jak się okazało, stosunkowo krótki), czyli pewne złagodzenie reżimu. W 1955 roku ogłoszono prawo do repatriacji Polaków do kraju. Możliwość ta objęła też ks. Bukowińskiego, ale on odmówił i przyjął obywatelstwo radzieckie. Był to przełomowy moment w jego życiu, podyktowany obowiązkiem pasterza wobec owiec. Nie mógł ich zostawić.

Wypłyń na głębię

Przyjęcie obywatelstwa radzieckiego dawało możliwość poruszania się po całym obszarze ZSRR. W ten sposób ks. Bukowiński mógł jeździć do innych republik Związku i porozumiewać się z innymi księżmi. Pozyskiwał ich do planowanych „podróży apostolskich”.

Organizacja tych misji polegała na tym, że kapłan wyposażony w odpowiednie środki materialne i sprzęt kościelny ruszał w podróż od jednego punktu do drugiego, pozostając w jednym miejscu tyle czasu, ile było potrzeba. Taka podróż trwała od jednego do czterech miesięcy. Ksiądz wracał z niej wykończony, bo to były dnie i noce intensywnego sprawowania sakramentów (np. jednego dnia 30 ślubów i spowiedzi generalnych z całego życia) oraz głoszenia katechezy. Wszystko w warunkach konspiracyjnych, w ukryciu, w miejscach odosobnionych (w leśniczówkach, samotnie stojących domach itp.).

Najwięcej podróży odbył sam ks. Władysław, ale grono księży, których pozyskał do tych eskapad, też było bezgranicznie ofiarne. Ksiądz Władysław nie uważał tego, co robi, za coś nadzwyczajnego, ale za swe zwykłe obowiązki kapłańskie, a warunki ich sprawowania za łaskę Bożą, która towarzyszy każdemu misjonarzowi.

Ksiądz Bukowiński nie miał żadnych łask mistycznych, poza jedną, o której wspomniał. Wracał z placówki duszpasterskiej do Ałma Aty, po nocy, lichą furmanką przez step. Z tyłu pod słomą leżała ukryta walizka z przyborami liturgicznymi. Furmanka podskakiwała na nierównościach stepowej drogi, więc walizka co chwila znajdowała się na wierzchu. Ksiądz był bardzo zmęczony po wielu dniach pracy kapłańskiej, a do tego musiał od nowa zagrzebywać walizkę pod słomę. I wtedy spłynęło na niego poczucie takiego szczęścia, że step, noc, niebezpieczeństwo, zmęczenie – wszystko to zdawało mu się niczym wobec szczęścia niesienia ludziom Boga.

Znów łagier

Władzy radzieckiej podpadła aktywność ks. Bukowińskiego. Z końcem 1961 roku kapłan został aresztowany i oskarżony o prowadzenie agitacji antyradzieckiej wśród dzieci i młodzieży. Ponieważ na rozprawę sądową przybyli też jego „parafianie”, sędzia wydał stosunkowo łagodny wyrok, tzn. trzy lata obozu pracy, podczas gdy przyjaciele księdza otrzymali: ks. Drzepecki pięć lat, a ks. Kuczyński siedem lat.

Karę odbywał ks. Władysław najpierw w Czumie (obwód kirgiski), a później w obozie dla „religioznych” w Sosnówce (Republika Mołdawii). Ksiądz Bukowiński organizował tam spotkania, zapraszał wszystkich, tak by pobyt w obozie nie był dla nich tak uciążliwy.

Po uwolnieniu ks. Bukowiński wrócił do Karagandy i podjął pracę apostolską jak poprzednio. Był prawdopodobnie pierwszym, który szerzył kult Jezusa Miłosiernego w Kazachstanie i uczył wiernych Koronki do miłosierdzia Bożego. Bardzo dużo wyjeżdżał, a gdy był w domu, to drzwi się u niego nie zamykały.

Co roku składał wniosek o otwarcie kaplicy, umożliwiającej legalne sprawowanie kultu, ale co roku otrzymywał odmowę. Pozwolenie przyszło dopiero po jego śmierci.

Łyk Ojczyzny

Obywatelstwo radzieckie stwarzało również możliwość legalnego wyjazdu do Polski „dla odwiedzenia rodziny”. Ksiądz Bukowiński był bardzo przywiązany do swoich bliskich, więc wykorzystywał paszport, aby trzykrotnie przyjechać do kraju: w 1965, 1969 i 1972-73 roku.

Odwiedzał wówczas nie tylko swych krewnych, ale i przyjaciół z archidiecezji krakowskiej, kolegów ze studiów, z Odrodzenia oraz ze swoich poprzednich placówek duszpasterskich. Gromadzono się wkoło niego na długie dzienne i nocne rodaków rozmowy.

Ksiądz Bukowiński opowiadał o swojej pracy kapłańskiej na dalekim wschodzie jako o zwykłym powołaniu każdego kapłana, a warunki jego realizacji jako podobne do tego, czego doświadcza każdy misjonarz. Gdy mówił o warunkach, w jakich obywały się podróże apostolskie, padło pytanie:

„Co będzie, gdy obecni misjonarze, najczęściej schorowani po przejściu obozów i niemłodzi, już nie dadzą rady?”.

Ksiądz Władysław odpowiedział na to:

„Jeśli policzyliście już, ile mamy lat przed i za sobą, to Pan Bóg już to wcześniej uczynił. Przyśle następców!”.

Widzimy dziś, że przysłał: Kościół na dalekim wschodzie się odradza.

Ksiądz Bukowiński promieniał spokojną, rzeczową, pogodną wiarą, tak silną, że chciałoby się jej dotknąć ręką. Stale się jednak bał, że władza radziecka może wpaść na pomysł, aby go nie wpuścić z powrotem do ZSRR – „a tam czekają na mnie”. Ale wpuścili.

Póki sił starczy

Rósł natomiast inny problem – stan zdrowia księdza. Każdorazowy przyjazd do Polski był wykorzystywany, aby podratować kondycję kapłana, ale odnowiona gruźlica, chore nerki, reumatyzm, nie gojące się rany na nogach wracały po powrocie do Kazachstanu.

Ksiądz Bukowiński musiał w związku z tym, choć z wielkim wysiłkiem, zrezygnować ze swych podróży apostolskich, ale pracy mu nie brakowało. Wiedziano już dość powszechnie, że w Karagandzie jest stale kapłan katolicki, i ta wieść rozchodziła się coraz dalej, sprawiając, że wierni przybywali do niego z odległych stron.

O mieszkańcach Karagandy też nie zapominał. Ksiądz Bukowiński ochrzcił m.in. miejscową panią prokurator, za co został aresztowany. Gdy o tym dowiedziała się neofitka, pobiegła do komendy milicji, żądając natychmiastowego uwolnienia księdza.

„Tu w Karagandzie kobieta nie może spokojnie przejść przez ulicę. Kręci się pełno chuliganów, którzy zdzierają palta, a wy ich nie aresztujecie. Ale nad starym i chorym człowiekiem jak Bukowiński to się znęcać potraficie”.

Dopięła swego. Zwalniając księdza, sędzia rzekł:

„Da, da, Bukowiński, ileście dobrego narodu napsuli!”.

Podczas ostatniego pobytu w Polsce było już jasne, że stan zdrowia księdza jest coraz gorszy, ponowiono zatem prośby, by kapłan został już w kraju. Ksiądz Władysław odpowiedział na to: „Grób księdza też apostołuje”. Wrócił do Karagandy i pracował, ile mógł. Stale też myślał o potrzebach religijnych Polaków z Tadżykistanu, ale o wyjeździe tam nie było już mowy.

Jego wierny przyjaciel, ks. Józef Kuczyński, mający oficjalny kościół w Wierzbowcu na Ukrainie, zaprosił go na wakacje do siebie, gdzie dobre warunki, klimat i kontakty przyjacielskie mogły dobrze wpłynąć na chorego. Propozycja była wielką atrakcją dla ks. Władysława, gdyż nie miał on wakacji od 1936 roku. Zaczął je tak jak należy, po kapłańsku, czyli od rekolekcji, które sam sobie poprowadził. Z wakacji wrócił jednak tak słaby fizycznie, że trzeba było mu zapewnić regularną opiekę.

Za życia i po śmierci

Czuł ks. Władysław, że zbliża się jego odejście do Ojca. Był pogodny. Zostawił swym najwierniejszym parafianom szczegółowe instrukcje dotyczące pogrzebu i zabezpieczenia przedmiotów kościelnych.

„Chciałbym Wam jeszcze posłużyć”

– powiedział do swojego otoczenia podczas ostatniej Mszy św.

Ksiądz Władysław Bukowiński zmarł 3 grudnia 1974 roku. Był on pierwszym katolickim księdzem rytu łacińskiego pochowanym w Kazachstanie. Na pogrzeb zjechali się jego „parafianie” z wszystkich zakątków ZSRR. Nie starczyło miejsca w pokoju, gdzie stała trumna, więc klęczeli i modlili się nawet na ulicy.

„Kochał ludzi i prowadził ich do Boga”

– napisano na jego nagrobku.

Ciało kapłana spoczęło pierwotnie na cmentarzu, natomiast w latach 90. zostało uroczyście przeniesione do katedry. W czasie ekshumacji lekarz Franciszek Galicki ze zdumieniem stwierdził, że zwłoki nie wydzielają żadnego przykrego zapachu.

Grób ks. Bukowińskiego od początku stał się miejscem kultu, zaś do ksiąg modlitw za jego wstawiennictwem wpisało się ok. 1500 osób. Wierni przypisywali cudownej interwencji ich ojca liczne łaski: uzdrowienia, nawrócenia, wyzwolenie z nałogu pijaństwa, pojednanie w rodzinie, a także pojawienie się powołań kapłańskich i otrzymanie zgody na budowę kościoła w Karagandzie. Ludzie wierzyli, że spełnia się obietnica ks. Bukowińskiego wypowiedziana przezeń kilka tygodni przed zgonem:

„Jeśli umrę, umrę pośród nich [parafian]. A wtedy będę im z nieba pomagał”.

Ksiądz Władysław Bukowiński został ogłoszony błogosławionym 11 września 2016 roku. Uroczystość odbyła się w Karagandzie.

Źródła: T. Tyszkiewicz, Archipelag śladów Boga, Biały Dunajec 2007; Szukałem człowieka. Ksiądz Władysław Bukowiński w pamięci wiernych i przyjaciół, Biały Dunajec 2001.