Herman-Cohen.jpg
Nawrócenia Nowości

Herman Cohen – żydowski pianista i karmelita

Mar 14, 2016 Katarzyna Czarnecka

Oto krótka historia nawrócenia Hermana Cohena, wybitnego pianisty pochodzenia żydowskiego, żyjącego w latach 1820-1871. Herman Cohen należał do paryskiej śmietanki towarzyskiej okresu romantyzmu, był podziwianym wirtuozem i przez kilka lat korzystał ze swej pozycji, hulając i pozwalając sobie na każdy kaprys. Przyjaźnił się z Franciszkiem Lisztem, spotykał się z George Sand. 28 sierpnia 1847 roku przyjął chrzest przybierając imiona: Maria Augustyn Henryk. Od tego dnia rozpoczął nowe życie…

Boże dotknięcie

Był maj 1847 roku. Paryż, jak zawsze, wydawał się miastem magicznym – już sama jego nazwa była dla niektórych obietnicą szczęścia. Tysiące ludzi spodziewało się znaleźć tu bogactwo, przyjemności, beztroskie chwile, a może sukces. W salonach gromadzili się politycy i artyści, arystokraci, wolnomyśliciele, poszukiwacze sławy. Pewnego piątkowego wieczoru książę Moskowa szukał dyrygenta, który zechciałby poprowadzić chór w kościele pod wezwaniem św. Walerii. Propozycję przyjął uzdolniony pianista, pochodzący z Niemiec syn bankiera – Herman Cohen.

Wywodzący się z zamożnej żydowskiej rodziny Herman Cohen nie zastanawiał się długo nad możliwością koncertowania w katolickiej świątyni. Interesowała go muzyka – dobrze przygotowani śpiewacy, a także przychylność księcia. Chór miał uświetnić piątkowe nabożeństwo ku czci Matki Bożej. Herman spokojnie obserwował zgromadzonych wiernych. Pociągało go ich skupienie. Gdy obrzędy zdawały się zbliżać do końca, muzyk dostrzegł coś niezrozumiałego. Oto na przybranym kwiatami i świecami ołtarzu kapłan z namaszczeniem postawił złocisty przedmiot, a potem ukląkł przed nim z widoczną czcią. Po chwili, powstawszy, ksiądz podniósł ową drogocenną rzecz i nakreślił nią krzyż ponad głowami ludzi… Cohen nie rozumiał jeszcze gestu błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Doświadczył jednak wewnętrznego poruszenia, porównywalnego do delikatnego przymusu. Uczucie to trwało mimo upływu dni. W kolejny piątek ponownie zaszedł do tego samego kościoła. Scena błogosławieństwa powtórzyła się. Głęboko wzruszony Herman zapłakał. Patrząc na Hostię doświadczył obecności kochającego Boga.

Cudowne dziecko

Herman Cohen, urodzony w Hamburgu 10 listopada 1820 roku, wychowywany był początkowo w tradycji religii żydowskiej. Jako mały chłopiec odczuwał tęsknotę do tajemnicy – lubił modlitwy w synagodze. Posłany przez ojca do dobrego protestanckiego kolegium, zdobył życzliwość rówieśników miłym obejściem i bezkonfliktowością. Był świetnym uczniem i zdawał sobie sprawę z własnych zdolności. Gdy miał zaledwie cztery i pół roku, wymógł na rodzicach zgodę na pobieranie lekcji fortepianu – dzięki szybkim postępom z satysfakcją prześcignął starszego brata. Ze względu na kłopoty zdrowotne przez pewien czas kształcił się w domu. Skierowano go na lekcje muzyki u znanego profesora – ten lubił polowania, konie, i hazard, słowem: światowe życie, i tym zaczął imponować chłopcu. Jakakolwiek formacja religijna odeszła w cień.

Otoczenie fascynowało się muzykalnością Hermana, którego uznano za małego geniusza. Obsypywany pochwałami dziesięciolatek nie znosił sprzeciwu, umiał wymuszać na rodzinie spełnianie kaprysów. W przekonaniu o własnej nieprzeciętności utwierdziła go podróż do Frankfurtu, gdzie był entuzjastycznie przyjmowany na dworach książęcych. Marzył jednak o Paryżu. Uzyskawszy wreszcie odpowiednie poparcie, wyjechał do Francji. Miał wtedy 12 lat.

Pod okiem mistrza

Na początku lat trzydziestych XIX wieku w Paryżu działali znakomici artyści. Jednym z nich był dwudziestodwuletni wówczas Franciszek Liszt, cieszący się opinią dobrego, cnotliwego człowieka. Początkowo wzbraniał się przed przyjęciem nowego ucznia, lecz po przesłuchaniu zmienił zdanie. Herman został jego ulubieńcem, pociągał talentem i urodą, towarzyszył Lisztowi w salonach, akompaniował. Już wkrótce zyskał sławę – jego nazwisko pojawiało się w gazetach. Szczycił się znajomością z George Sand, która wspominała o nim w swych publikacjach. Paryż przeżywał nową sensację, cieszył się wirtuozerią Cohena. Sukcesy wywierały nie najlepszy wpływ na osobowość Hermana: tyranizował matkę i brata, oddawał się wszelkim przyjemnościom, nie myśląc o ich ocenie. Dumny, wręcz pyszny, nawet zepsuty, wiele czasu spędzał w złym towarzystwie. Duchową pustkę zdradzała jednak trudna do ukrycia melancholia. Pogłębił ją wyjazd Liszta. Po kilku miesiącach Cohen mógł wreszcie dołączyć do mistrza. Znalazł się w Genewie, gdzie wpadł w nałóg gier hazardowych. Przez następne lata wiódł niespokojne życie, podróżując po Europie. Trafił do Anglii i Włoch, wreszcie powrócił do Francji.

Czas przemiany

Propozycja zaopiekowania się paryskim chórem kościelnym okazała się przełomem w życiu Hermana Cohena. Spotkanie z Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie zadecydowało o losach muzyka. Pianista wielokrotnie wracał do kościoła przy ulicy Bourgogne. Pewnego wieczora ukląkł, nie wiedząc jeszcze, przed kim. Uczestniczył, niczym zafascynowany obserwator, we Mszy św.

Po jakimś czasie poprosił pewną księżną o pomoc – chciał spotkać się z kapłanem, zrozumieć tajemnicę. Ksiądz okazał się mądrym, doświadczonym człowiekiem, jakże odmiennym od postaci duchownych, opisywanych w modnych wówczas paszkwilach. Wkrótce Herman wyjechał do Niemiec – tam również mógł się spotykać z poleconym mu kapłanem. Pod wpływem rozmów zdecydował się na uporządkowanie życia. Wspominając skruchę, która ogarnęła go pewnego dnia podczas Mszy św., napisał później: gdy opuszczałem kościół w Ems, byłem chrześcijaninem, jeżeli tak można nazwać osobę, która nie przyjęła dotąd chrztu. Doświadczenie to porównywał do generalnej spowiedzi odbytej przed samym Bogiem. Coraz bardziej tęsknił do spotkania z Jezusem w Komunii św. – przemianę życia jednoznacznie przypisywał Chrystusowi w Eucharystii. Kolejnym silnym przeżyciem było uczestnictwo w nabożeństwie, podczas którego ochrzczono kilka kobiet, wyznających dotąd judaizm. Herman odczytał bardzo osobiście słowa śpiewanej wówczas pieśni: “Jezusie z Nazaretu, Królu żydowski, zmiłuj się nad dziećmi Izraela! Jezusie, boski Mesjaszu, którego oczekiwali Żydzi, zmiłuj się nad dziećmi Izraela! Jezusie, wytęskniony przez narody, Ty, który leczyłeś głuchych, niewidomych i niemych, miej miłosierdzie nad dziećmi Izraela!”

Nowe życie

Nadszedł upragniony moment. Po odbyciu w milczeniu i samotności dziewięciodniowych rekolekcji, 28 sierpnia 1847 roku, „drżący, a jednak zdecydowany” Herman przyjął chrzest, przybierając imiona: Maria Augustyn Henryk. Wybierając patronów, pragnął w szczególny sposób uczcić Matkę Bożą – to przecież Jej święto wymagało oprawy muzycznej, to dlatego swego czasu Herman trafił do katolickiej świątyni. Równie starannie zaplanowano datę chrztu – dzień, w którym Kościół wspomina świętego Augustyna, wielkiego nawróconego.

Otoczenie natychmiast dostrzegło wyraźną przemianę w życiu dotychczasowego lekkoducha. Nie było już hulaki, bawidamka, utracjusza brylującego w towarzystwie, podziwianego wirtuoza, który może sobie pozwalać na każdy kaprys. Herman najchętniej uciekłby od świata, wycofał się do klasztoru. Nie było to jednak możliwe chociażby ze względu na kolosalne długi. Przez dwa lata koncertował, zapracowując w ten sposób na spłatę dawnych zobowiązań. Jednocześnie pogłębiał nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, zaczął rozumieć potrzebę pracy apostolskiej. Coraz częściej zarzucano mu, że zbyt wiele mówi o sprawach religijnych: „Damy ubolewały, że z powodu mojej pobożności jestem stracony dla świata. Kpiono z mojej świętości!” Niewtajemniczoną rodzinę nękano anonimami; ktoś przypuszczał, że Herman przeszedł na katolicyzm po to tylko, by uzyskać intratną posadę nauczyciela muzyki w katolickiej szkole. Powoli przygotowywał się do kolejnych wielkich spotkań z Bogiem, przyjął I Komunię św., następnie bierzmowanie. Często modlił się przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie. Z praktyką tą wiąże się istotny epizod: pewnego wieczoru Herman poczuł się skrzywdzony, gdy poproszono go, jako mężczyznę, o opuszczenie kaplicy adoracji, w której na nocną modlitwę miały pozostać kobiety. Po pewnym czasie założył więc krąg mężczyzn pragnących oddawać się czuwaniu przed Bogiem w Eucharystii, wyjednał u władz kościelnych niezbędną aprobatę. Szedł coraz dalej. Przed ołtarzem Matki Bożej złożył ślub – pragnął poświęcić się służbie kapłańskiej, a konkretnie: zostać karmelitą.

Bramy Karmelu

„Święta Teresa będzie moją matką, szkaplerz moją szatą, moim światem będzie cela szeroka na 8 stóp” – pisał Herman. Realizacja tak odczytanego powołania nie była łatwa. Niedawno nawrócony muzyk musiał starać się o specjalne pozwolenia. W roku 1848 mógł już napisać do matki i rodzeństwa: „jestem w nowicjacie zakonu Matki Bożej z góry Karmel, słynącego w historii ze swej surowości, pokuty i miłości Boga”. 6 października 1849 roku,

podczas obłóczyn, obrał imię „Augustyn Maria od Najświętszego Sakramentu”. 19 kwietnia 1851 roku został wyświęcony na kapłana. Rozpoczął bardzo aktywną działalność apostolską. Bardzo troszczył się o nawrócenie swych bliskich; po kilku latach mógł się cieszyć chrztem własnej siostry. Wkrótce na katolicyzm przeszedł też, ku wściekłości ojca, jedenastoletni siostrzeniec – i on został pociągnięty przez Jezusa w Hostii, ujrzanego podczas procesji Bożego Ciała. Mały Georg zdołał później nawrócić kolejną osobę.

Zasadnicza przemiana życia Hermana, obecnie już zakonnika, odbiła się głośnym echem w Paryżu. Przykład nawróconego mógł pomóc wahającym się, z drugiej jednak strony sława bywała uciążliwa. Ojciec Augustyn Maria chętnie przyjął więc zadania, wiążące się z dalszymi podróżami. Posługiwał jako kaznodzieja, zakładał klasztory we Francji, otaczał opieką powstałe wcześniej Stowarzyszenie Najświętszego Sakramentu. Wiele uwagi przykładał do posłannictwa świeckich: „W naszym stuleciu świeccy mają na serca ludzi większy wpływ niż księża. Znam wiele przykładów nawrócenia, spowodowanego przez świeckich”. Niektórzy dawni znajomi chętnie słuchali głoszonego przez karmelitę Słowa Bożego (m.in. Liszt), inni poprzestawali na kpinach. Wkrótce, zaopatrzony w błogosławieństwo papieża Piusa IX, wyjechał z misją do Anglii.

Cud w Lourdes, cud przebaczenia

Wieloletnia intensywna praca uniemożliwiała spełnienie wielkiej tęsknoty – życia w pustelni. Kolejną trudnością stała się pogłębiająca się choroba oczu. Ojciec Augustyn zapadł na jaskrę, uniemożliwiającą nie tylko czytanie. W dniu Archanioła Rafała, który – jak uczy Pismo święte – doprowadził do uzdrowienia ślepego Tobiasza, rozpoczął więc nowennę do Matki Bożej z Lourdes, zakończoną pielgrzymką do cudownego źródła. Powolna poprawa zakończyła się gwałtownym ustąpieniem choroby. Uzdrowiony karmelita miał też możliwość spotkania z Bernadettą; cieszył się później jej wstąpieniem do klasztoru, sądząc, że ta decyzja uchroni młodą dziewczynę od złych skutków sławy.

Wielką łaską było także spotkanie z umierającym ojcem, którego Cohen nie widział od momentu wstąpienia do zakonu. Rodzic, który wcześniej wyklął i wydziedziczył Hermana – odstępcę, pragnął go teraz ujrzeć. Na łożu śmierci powiedział do niego: „Przebaczam ci trzy wielkie błędy twojego życia: że zostałeś katolikiem, że nawróciłeś na katolicyzm twoją siostrę i że ochrzciłeś siostrzeńca”.

Eucharystia jest szczęściem

Ojciec Augustyn Maria pełnił funkcję mistrza nowicjatu, zastępował także prowincjała. Na krótko wycofał się do pustelni. Początek lat siedemdziesiątych XIX wieku przyniósł polityczną zawieruchę. W obliczu wojny między Francją a Prusami znalazł się w niezręcznej sytuacji – jako Żyd niemieckiego pochodzenia, nie był mile widziany przez Francuzów. Zdecydował się zatem na wyjazd do Szwajcarii. W Genewie podjął się opieki duszpasterskiej nad uciekinierami.

W połowie grudnia 1870 roku ojciec Augustyn Maria został wezwany do biskupa. Okazało się, że w Prusach przebywa wielu jeńców francuskich, władze państwowe nie wyraziły jednak zgody na wjazd francuskich kapłanów, którzy mogliby tam posługiwać. Pojawiła się szansa na to, że pozwolenie takie otrzyma zakonnik urodzony w niemieckiej rodzinie. Cohen przyjął zadanie. Wyjeżdżając, 24 listopada 1870 roku oświadczył: „Niemcy będą moim grobem”.

Praca kapelana polowego w podberlińskim Spandau obejmowała troskę o potrzeby duchowe i materialne kilku tysięcy jeńców. Panowała sroga zima, trzeba było starać się o środki do życia, godzinami trwały spowiedzi w zimnych pomieszczeniach lazaretu. Herman Cohen – ofiarny karmelita podupadał na zdrowiu. Świadom ciężkiej choroby, powiedział: „Niech się dzieje wola Boża. Jeśli wyzdrowieję, zobaczę wiele smutnych wydarzeń. Ale chętnie pracowałbym jeszcze, by ratować dusze”.

Odszedł do Pana w piątek, 20 stycznia 1871 roku. W pismach, które zostawił znajduje się wspaniały fragment mówiący o jego poszukiwaniu szczęścia:

Przebiegłem ten świat, zobaczyłem świat, widziałem świat! I tylko jednego nauczyłem się w świecie: nie można w nim znaleźć szczęścia. Szczęście! Aby je znaleźć, przebyłem miasta i królestwa (…). Szukałem w bogactwie, w podnieceniu grą, w pomysłach literatury romantycznej, w przygodach życia, w zaspokojeniu nieumiarkowanej ambicji. Szukałem szczęścia w sławie artysty, w towarzystwie znanych ludzi, we wszelkich przyjemnościach zmysłów i ducha. Wreszcie szukałem w wierności przyjaciół – mój Boże, gdzież ja szukałem! (…) Posłuchajcie! Znalazłem to szczęście! Posiadłem je. Z mojego serca przelewa się radość. Na czym polega szczęście? Tylko sam Bóg może ukoić tęsknotę ludzkiego serca. Maryja ofiarowała mi tajemnicę Eucharystii. I poznałem: Eucharystia jest życiem, jest szczęściem!

Nie mam już żadnej innej matki niż Matka Pięknej Miłości, Matka Eucharystii. To Ona podarowała mi Eucharystię – i Ona skradła mi serce.

Wiecie, dlaczego zostaje się mnichem? Żeby oddać tę zapoznaną miłość!

 

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

dlaczego_kosciol_218x310.jpgod-niewiary-audio_218x310.jpg