Młodzież Zobacz

Heavy metal odbierał mi chęć życia

Sty 07, 2019 Świadectwo

Do napisania tych słów skłoniły mnie dwie przyczyny. Pierwsza to jedno świadectwo zamieszczone w „Miłujcie się!”, a druga to pewne moje własne doświadczenia, które przeżywałam przez parę ładnych lat.

Jestem stałą czytelniczką „Miłujcie się!” i pamiętam, że na stronach tego czasopisma pojawił się kiedyś wątek muzyki metalowej. Niewątpliwie nie powinno się ignorować tego tematu, bo problem zagrożeń ze strony muzyki jest nadal aktualny, a zło przybiera w niej różne formy. Nie tylko metal wychwalający wprost szatana jest groźny. Chcę tutaj zwrócić uwagę na hołdowanie mu w ukryty sposób.

Od najmłodszych lat uchodziłam za osobę cichą, spokojną i nieśmiałą. Ludzie często sprowadzali mnie do kategorii grzecznej, miłej, posłusznej dziewczynki. Chodziłam do kościoła, słuchałam rodziców.

W szkole podstawowej nie byłam nikim przebojowym; uczyłam się pilnie i nie było żadnych problemów z moim zachowaniem. Można by rzec, że jawiłam się w tamtym czasie jako najzwyklejsza szara myszka.

Z racji tej swojej zwykłości odstawałam od reszty i nie należałam do żadnej z grupek, na jakie podzieliła się moja klasa. Miałam wtedy tylko jedną przyjaciółkę i przez cały okres podstawówki czułam się jakby na marginesie, z dala od koleżanek i kolegów. Miałam wrażenie, że jestem nikim, i bardzo mnie to bolało.

W liceum postanowiłam to zmienić. Chciałam się wybić, być kimś liczącym się, a nie szarym tłem dla innych. Usilnie pracowałam nad swoim przyszłym wizerunkiem. Pragnęłam nadać swojej osobowości jakiś wyraz, koloryt. Po prostu uczynić sobie nową twarz.

Jednak lęk przed otoczeniem, nowa szkoła, nowi ludzie przyblokowali mnie i zamiast zrealizować to, co zamierzałam, znów ukazałam swoje prawdziwe, najzwyklejsze oblicze. Nie mogłam w tym czasie znaleźć głębszego kontaktu z rówieśnikami – najbardziej odstawałam od koleżanek. Nie kręciły mnie rozmowy o ciuchach, kosmetykach i plotkowanie.

Na początku trzymałam więc z paroma chłopakami. Jednak oni później zrezygnowali z nauki i zostałam sama. Jednak przez okres ich obecności zaczęłam jeszcze bardziej interesować się muzyką metalową. Piszę „jeszcze bardziej”, bo tak naprawdę z metalem miałam styczność już w dzieciństwie, gdyż moja starsza siostra namiętnie słuchała takiego właśnie gatunku.

Już wtedy ta muzyka mnie pociągała, ale jeszcze nie fascynowała. Na dobre rozkręciłam się właśnie w liceum. Pewnego razu, słuchając radia, natrafiłam na utwór, który był inny od prezentowanych wcześniej „kawałków”, tak inny, jak ja pragnęłam być inna.

Zainteresowałam się grupą, która go wykonywała, i pożyczałam od kolegów płyty. Można powiedzieć, że zakochałam się w tej muzyce. Kupiłam koszulki z wizerunkiem tego zespołu, a w szkole niektórzy nadawali mi ksywki pochodzące od nazwy mojej wtedy ukochanej grupy.

Wśród swoich przyjaciół i znajomych zaczęłam prowadzić swego rodzaju krucjatę. Chciałam ich zainteresować tą formacją, tak żeby moja fascynacja udzieliła się też i im. Propagowałam więc wszystko, co dotyczyło tego zespołu, w swoim otoczeniu. Później to samo czyniłam z innymi grupami, które poznawałam.

Dziś wiem, że popełniłam duży błąd, i bardzo tego żałuję. Bóg jeden wie, ilu dobrych ludzi zatrułam śmiertelnym jadem zła płynącym z muzyki, której wówczas słuchałam… Wśród nich jest moja druga ukochana przyjaciółka, za którą modlę się całym sercem, bo to ja sprowadziłam ją na złą drogę. Niech Bóg mi wybaczy!

W utworach nie zwracałam uwagi na teksty; potrzebowałam jedynie ciężkich, głośnych gitar i niskiego, mrocznego wokalu. Gdy było mi źle, zamykałam się w pokoju i słuchałam metalu. Budowałam wokół siebie taką otoczkę, żeby moja wrażliwość skostniała i by nie czuć tego bólu zwykłości.

Pocieszałam się, że chociaż jestem zwykła, to mam przynajmniej oryginalne zainteresowania. Moje koleżanki słuchały tego, co było na topie (w tamtym okresie królowało techno i disco), a ja zupełnie niemodnego wtedy metalu.

Stale szukałam czegoś odstającego od reszty, tak jak ja odstawałam. Czegoś, co mnie prawdziwie zachwyci i przyciągnie moją uwagę.

Czas płynął, a ja zagłębiałam się coraz bardziej w różnych gatunkach. Unikałam muzyki satanistycznej; zajmowałam się jedynie grupami, które w moim błędnym odczuciu nie obrażały Boga.

Później jednak, gdy tłumaczyłam teksty, a w mojej głowie zaczęła zapalać się ostrzegawcza lampka, zaczęłam samą siebie oszukiwać, że nie robię nic złego, bo przecież nie palę, nie piję ani nie biorę narkotyków…

Wtedy to do moich rąk trafił numer „Miłujcie się!”, w którym został poruszony wątek muzyki metalowej, ale wówczas byłam jeszcze głucha na zawartą tam prawdę. Wciąż tkwiłam przy swoich zespołach i nawet w ich pustych, obrzydliwych, wulgarnych utworach na siłę doszukiwałam się jakiejś głębi, której oczywiście na zdrowy rozsądek wcale tam nie było.

Żyłam w złudzeniach, myśląc, że wreszcie znalazłam ukojenie dla swojego niedowartościowania, dla swoich smutków, problemów i samotności…

Wkrótce destrukcyjny wpływ formacji, jakimi się interesowałam, i ich muzyki dał o sobie znać jeszcze mocniej w moim życiu. W niektóre noce, aż do białego rana, potrafiłam siedzieć przy radiu i nagrywać nadawane w nim utwory metalowe. W tym celu kupowałam olbrzymią ilość czystych kaset. Nocą nagrywałam, a w dzień odsłuchiwałam.

Miewałam spuchnięte, podkrążone oczy od przemęczenia i braku snu. Nie otrzeźwiły mnie nawet słowa, które pewnego razu przeczytałam na stronie internetowej jednej ze swoich ulubionych grup, że chrześcijaństwo to „plaga, która rozpanoszyła się po świecie”…

Chociaż to, czego słuchałam, było dla mnie wszystkim, nie czułam się szczęśliwa. Zamiast znaleźć lek na swój ból, cierpiałam coraz bardziej. Czasami miałam wrażenie, że nikt mnie nie kocha, że wszyscy chcą mnie zniszczyć, nawet Bóg. Nic mi się nie chciało robić i niemal każdy ranek przeklinałam, że znowu muszę zacząć nowy dzień…

Do tego wszystkiego dochodziły problemy w mojej rodzinie. Bywały chwile, że mocno pragnęłam swojej śmierci… W umyśle tworzyłam różne scenariusze swojej śmierci i przelewałam je na papier w postaci wierszy.

Wyobrażałam sobie reakcje swoich bliskich na wieść, że nie żyję. Bałam się ludzi i rzadko wychodziłam ze swojego pokoju. Prawie każdego wieczoru, gdy kładłam się spać, płakałam i budziłam się jakby odrętwiała.

Od podstawówki zmagałam się też dodatkowo z grzechem onanizmu. Nienawidziłam siebie, a szatan wciąż szeptał mi do ucha, że byłam nikim, jestem nikim i już na zawsze tak pozostanie. Byłam zupełnie samotna i zmierzałam ku nieuchronnej autodestrukcji…

Pragnę podkreślić, że choć zaniedbywałam prywatną modlitwę, ciągle jeszcze uczęszczałam wtedy na Mszę św. Można powiedzieć, że służyłam niejako dwóm panom. Trwałam też w tym najgroźniejszym dla duszy stanie: nie byłam ani zimna, ani gorąca – byłam letnia!

„Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15-16).

Bóg jednak przez cały czas walczył o mnie. To właśnie On nie miał mnie za nic. Chciał mnie uratować przed zgubą, do której się na ślepo pchałam.

Kiedy nie zareagowałam odpowiednio na artykuły w „Miłujcie się!” i kiedy wciąż pozostawałam głucha na głos swego sumienia, Jezus postawił na mej drodze człowieka, który podobnie jak ja słuchał metalu. On jednak znacznie różnił się ode mnie. Biła od niego radość i optymizm. Miał w sobie jakieś dziwne ciepło i światło.

Dowiedziałam się, że słucha metalu, ale chrześcijańskiego, tzw. christian metalu. Mój nowy znajomy z taką pasją mówił o Bogu i muzyce, której słuchał, że zaczęłam się zastanawiać nad sobą.

Podziwiałam jego głęboką wiarę i dobro, które czynił. Nie mogłam uwierzyć, że są na świecie jeszcze tacy ludzie. Właśnie poprzez niego poznałam rozległą scenę metalu z pozytywnym przesłaniem. Przynosił mi płyty grup, których nie znałam.

Gdy tylko usłyszałam pierwsze utwory, bardzo się zdziwiłam:

„To są chrześcijanie?”.

Nie spodziewałam się niczego szczególnego, a tu duże zaskoczenie. Miałam do czynienia z prawdziwą muzyką metalową na najwyższym poziomie, i to jeszcze chrześcijańską!

Zaczęłam tłumaczyć teksty tych grup. Była w nich mowa o tym, czym jest dobro, miłość, nadzieja i wiara. Padały hasła:

„Bez Boga nie ma życia”,

„Kochaj swoich wrogów”,

„Miłość jest silniejsza niż śmierć”,

„Jezu Chryste, Ty umarłeś dla mnie, Twoja krew obmywa z grzechów mą duszę”.

Po prostu osłupiałam. Niektóre teksty trafiały prosto w moje serce, tak jakby były skierowane bezpośrednio do mnie. Wydawało mi się, że to Jezus woła do mej duszy poprzez nie. Jednego wieczoru uderzyły mnie następujące słowa:

„Moje drogie dziecko, chodź do Mnie, odbuduję cię i obejmę cię swoją miłością”,

„Moje kochanie, chodź ze Mną, wszystkim, czego potrzebujesz, Ja jestem”.

Słysząc to, rozpłakałam się. Tak bardzo pragnęłam być kochana! Szukałam miłości wszędzie, lecz nie tam, gdzie było jej źródło. A teraz to Źródło daje o sobie znać – to Jezus mówi, że chce mnie odbudować na nowo i przytulić; potrzebuje tylko mojej zgody, mojego „tak”.

On wie, że tylko Jego mi trzeba, abym była szczęśliwa. On nie chce zniszczyć ani mnie, ani moich zainteresowań, pragnie mnie jedynie przekształcić, oderwać od tego, co mnie rujnuje. Tak jakby mówił:

„Lubisz słuchać metalu? Dobrze, słuchaj, ale takiego, który Mnie nie obraża i ciebie nie krzywdzi”.

W innym utworze usłyszałam:

„Uwolnij świętą moc, rozpal ogień wewnątrz […], twarz twojego życia nie potrzebuje kłamstwa”.

W jednej chwili odkryłam, że muszę zmienić swoje życie od zaraz! Bałam się tego, ale zrozumiałam, że nie mogę trwać dalej w tym wszystkim. Zapragnęłam odciąć się od swojej przeszłości.

Pobiegłam do spowiedzi i odłożyłam na bok prawie wszystkie kasety i płyty. Zostały tylko te z muzyką chrześcijańską. Spaliłam plakaty, gazety… Nie noszę już na sobie koszulek z wizerunkami swoich ulubionych do niedawna zespołów.

Teraz czuję się prawdziwie wolna. Nadal słucham christian metalu i czuję, że jest to muzyka, która mnie nie niszczy, nie dołuje, lecz dodaje mi chęci życia i radości.

Z ufnością patrzę w przyszłość. Nawet moi bliscy zauważyli, że się zmieniłam. Nauczyłam się cieszyć każdą chwilą. Nie oznacza to oczywiście, że wszystko w moim życiu stało się sielanką.

Zła przeszłość zostawiła we mnie pewne głębokie rany, które tylko przy współpracy z Jezusem mogę uleczyć, ale to wymaga czasu i siły. Szatan wciąż wynajduje na moją duszę jakieś pułapki i kusi mnie różnymi grzechami, które zdają się takie pociągające… Ja jednak trzymam się swojego Stwórcy i wierzę, że z Nim ostatecznie wygram każdą walkę.

W moich wierszach, które nadal próbuję pisać, nie ma już śmierci; pojawiło się w nich światło i nadzieja.

Kiedy jest mi źle, to rzucam się w ramiona Jezusa, który zawsze mnie rozumie. Jego miłość jest niezmienna. On pierwszy mnie umiłował. Dla Niego nie jestem zwykła. Dla Niego nie jestem nikim. On mnie kocha i akceptuje taką, jaką jestem. I to mi wystarcza.

Wreszcie zrozumiałam, że być chrześcijaninem nie oznacza być szarym człowiekiem. Wręcz przeciwnie. Jeśli głęboko wierzymy w Boga i podejmujemy trud głoszenia Radosnej Nowiny wśród innych, czyni to z nas ludzi wyjątkowych na tej ziemi.

Nie jesteśmy bezwartościowi, bo to nasze słowa i uczynki także kształtują świat wokół nas. Od nas zależy, czy będziemy wyznawać, że Chrystus jest ciągle żywy. Obyśmy tylko wytrwali złączeni z Nim.

Kończąc ten list, pragnę zwrócić się do Was, Drodzy Czytelnicy, z prośbą o modlitwę za wszystkich metalowców, którzy, tak jak ja kiedyś, są dziś zatraceni w zgubnym, destrukcyjnym wpływie kultury. Módlcie się, proszę, by odnaleźli oni drogę do Pana i tylko w Bogu szukali spełnienia.

Proszę też tych, którzy lubią „ciężkie brzmienie”: szatan nie jest wart, by poświęcać mu mocną i pełną energii muzykę, jaką jest metal. Naprawdę szkoda krzyczeć i zdzierać gardło na chwałę zła. Już tyle formacji to robiło i przegrało prawdziwe szczęście. Ty bądź inny. Graj, śpiewaj i twórz dla Najwyższego!

Metalówa

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Twoje życie. Nowe rozmowy z dziewczyną o życiu, rodzinie, małżeństwie, płciowości, miłościJaka jest prawda o znaczeniu ludzkiej seksualnościModlitewnik dla młodzieży - wydanie III