Rodzina Zobacz

Dynamika małżeńska

Paź 08, 2018 Świadectwo

Mój czteroletni niegdyś syn, oglądając klasyczne bajki Walta Disneya, zauważył pewną zależność – otóż kończą się one zawsze tańcem pary bohaterów. Ponieważ zrozumiał już, że fabuła kręci się wokół dwóch zakochanych osób, przełożył to na swoje życie i często się dopraszał, by mama i tata, jako ci, którzy są w sobie zakochani, odtańczyli konieczny taniec. Ot, po prostu, tak jak robią to Piękna i Bestia czy Śpiąca Królewna i jej książę…

To prawda, że historie miłości, które znamy i które funkcjonują w naszej kulturze, to historie, gdzie akcja prowadzi nas do zejścia się dwóch osób. Obserwujemy ich zmagania i niecierpliwie wyczekujemy momentu, kiedy wreszcie się zejdą i staną na ślubnym kobiercu.

A co potem? – można by zapytać. Czy reszta historii jest już tak nieatrakcyjna, że nie warto jej filmować? Z perspektywy 12 lat małżeństwa mogę powiedzieć, że tak naprawdę to dopiero potem zaczyna się szalony taniec!

Wraz z mężem zgodnie stwierdzamy, że małżeństwo jest organizmem żyjącym, który pozostaje w ciągłym ruchu i rozwoju.

Jako młodzi ludzie mieliśmy różne pomysły na własną przyszłość, ale każde z nas usłuchało wezwania i zapragnęło tego, co umyślił sobie dla nas Pan – życia rodzinnego z tą, a nie inną osobą. I tu znajdujemy nasze szczęście, tu się realizujemy.

Każde z nas ma wewnętrzne przekonanie, że tak chciał Bóg i, co więcej, dostaje w życiu od Boga wciąż tego potwierdzenie, nawet w momentach trudnych – tak, tego chciałem, tę osobę dla ciebie wybrałem. Oczywiste więc było dla nas, że Bóg będzie do naszej rodziny zaproszony.

Postawiliśmy na sakrament i uczymy się tego, że to zaproszenie należy wciąż aktualizować. Czasem w codziennym zabieganiu łatwo o tym zapomnieć. Jak tylko zaczyna się życie na własną rękę, stawianie na własne siły, gubi się modlitwa – nasze drogi zaczynają się rozchodzić.

Bóg pragnie wchodzić w naszą wspólnotę, by ją konsolidować, i daje nam to do zrozumienia.

Młodzi ludzie, rozpoczynając swój związek, zazwyczaj skupiają się na tym, że teraz będą trwać „długo i szczęśliwie”, nie bardzo sami wiedząc, jak by to miało wyglądać.

Zazwyczaj sądzą, że będą tak trwać, zachwycając się sobą. Myślę, że we mnie też gdzieś tam funkcjonowała po trosze ta myśl.

Na szczęście wkracza w to Bóg i wprowadza ruch w ten statyczny obrazek! Jego wejście w nasz związek to niewyobrażalne ubogacenie.

Któż pisałby nam takie scenariusze, jakie pisze Bóg! Sama nie wpadłabym na to, że znajdę się z rodziną na misjach, że w ogóle będę mieć liczną rodzinę, że każde z nas będzie się nawzajem tak bardzo inspirować i wzajemnie wpływać na swój rozwój, że ja, tchórzliwe dziewczę, podejmę się tak różnych wyzwań jako matka i żona!

Nie przypuszczałam, że małżeństwo Bóg może wykorzystać do tak wielkiego rozwoju osobistego. Bardzo dobrze jednak, że na samym początku drogi nie odsłania Pan przed nami całego planu naszego powołania.

Być może wówczas wielu rzeczy byśmy się wystraszyli. Tymczasem prowadzeni jak dzieci ufające, ale nie znające etapów swojej drogi po jakimś czasie, odwracając się, widzimy, jaki spory odcinek pięknej drogi uszliśmy.

Ktoś kiedyś określił Trójcę Świętą jako cyrkulację miłości pomiędzy trzema Osobami Boskimi. Myślę, że do realizacji takiego właśnie obrazu jesteśmy wezwani. Najlepszym dowodem tego jest zaproszenie do współstwarzania nowego życia, do otwarcia się na nie.

Według lekarskich prognoz mogliśmy mieć problem z realizacją rodzicielstwa, trwaliśmy więc w pewnym zawieszeniu. Tymczasem dziś jesteśmy rodzicami czwórki dzieci. Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zdałam sobie sprawę z tego, jak wielkim zaufaniem zostaliśmy obdarzeni.

Przypomniało mi się też, że Bóg przedstawił mi kiedyś w sercu mego przyszłego męża jako dobrego ojca moich dzieci. Wstyd mi było, że zapomniałam o tej obietnicy i że zwątpiłam. To wspomnienie dało mi przekonanie, że On się troszczy o nas jako małżonków.

I tak zaczął się jeszcze większy ruch, jeszcze większa dynamika w naszym małżeństwie. Dzieci uczą nas otwarcia się i niejako wyjścia poza siebie, bo każde kolejne dziecko to wezwanie do jeszcze większej służby oraz do usuwania własnego ego na dalszy plan.

To wymazanie obrazu, że dzieci rodzą się dla naszej satysfakcji, a uświadamianie sobie, że są one, owszem, darem, ale i zadaniem, że rodzą się dla Boga. Jednocześnie to odkrywanie w sobie oraz w małżonku nowych pokładów miłości, nowych cech – matki i ojca.

Jeśli więc małżeństwo to obieg miłości, to ważny w nim jest również dialog. Kochające się osoby rozmawiają. I my tej rozmowy ze sobą, jak i wspólnej z Bogiem wciąż się uczymy.

A że jest nas dwoje, to kiedy jednemu zdarzy się nie dosłyszeć głosu Boga, bo ma „spadek mocy”, wtedy jest zawsze drugie. Pragnienie słyszenia Go włącza w nas troskę o życie sakramentalne – piękne są chwile, kiedy jedno skłania drugie czy organizuje mu czas, żeby mogło się z Bogiem spotkać na przykład w konfesjonale.

W rozmowie czy szczerej wobec siebie postawie mamy też narzędzie do zażegnywania oraz rozwiązywania swoich sporów. A kiedy bywa ciężko, zawsze można po prostu poskarżyć się Temu, który to wszystko wymyślił…

Patrząc na historię swego życia, widzę w nim Boże prowadzenie i wierzę, że jestem tam, gdzie chciał mnie widzieć Bóg. Dziwię się i zachwycam tą dynamiką małżeńską, w jaką On mnie wciągnął, a jeśli mogę powiedzieć, że jest ona piękna, to również dlatego, że nie brakowało i nie brakuje w niej trudów ani wyzwań.

12 lat to już dużo – i zarazem bardzo niewiele. Nie wiemy, jakie życie przed nami, ale to, co dotychczas z Bogiem przeżyliśmy, pozwala nam ufać, że nigdy nie przestanie On się troszczyć o naszą małą wspólnotę – jeśli tylko Mu na to pozwolimy.

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Duchowa Pedagogia Miłości. ks. Jan KochelMałżeństwo od kuchni. Ks. Mirosław MalińskiPrzymierze małżeńskie