Miłosierdzie Boże Zobacz

Druga operacja nie była potrzebna!

Mar 04, 2019 Świadectwo

18 lipca 2016 roku zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałam pełen strachu i paniki głos mojej mamy: „Coś się dzieje z tatą! Przez chwilę przestał mnie rozpoznawać i nie wiedział, co mówi!”. Dwa dni wcześniej tata trafił do szpitala na rutynowy zabieg usunięcia przepukliny i w dniu wypisu dostał dziwnego ataku, który okazał się efektem krwiaka, zajmującego już 1/3 półkuli mózgowej.

Nastał czas ogólnej paniki. Żadne z nas nie mogło uwierzyć, że ten zdrowy, silny mężczyzna musi natychmiast trafić na stół operacyjny, gdzie będzie miał trepanowaną czaszkę. Pomimo strachu modliliśmy się i uwielbialiśmy Boga za to cierpienie.

Po kilku godzinach tata znalazł się na sali operacyjnej. Cała rodzina, łącznie z moim niespełna rocznym synkiem – ulubieńcem taty, czekała pod salą na szczęśliwe zakończenie tego strasznego dnia. Wszyscy się modliliśmy, staraliśmy się zachować ufność i zawierzyć wszystko Jezusowi, powtarzając wciąż słowa:

„Jezu, ufam Tobie!”.

Kiedy lekarz podszedł do nas, okazało się, że wszystko poszło zgodnie z planem i tata jest w tej chwili wybudzany. Po dwóch godzinach zobaczyliśmy go wreszcie, a on na widok wnuka zawołał:

„Stasiu!”

i uśmiechnął się. Wiedzieliśmy więc, że nas poznaje i mówi – to było bardzo ważne.

Kolejne dni mijały spokojnie, a tata wracał do zdrowia. Mama we wszystkim mu pomagała i opiekowała się nim tak troskliwie, że w szpitalu dostał przydomek „Hrabia”. Cała rodzina otoczyła tatę miłością i opieką.

Niestety, po czterech dniach do organizmu naszego taty wdarła się groźna infekcja; pojawiła się prawie 40-stopniowa gorączka, ogromny ból i zapowiedź kolejnej operacji. Tata dostał potężną dawkę antybiotyku i znów sytuacja została w miarę opanowana. Kiedy już wszyscy mieliśmy nadzieję na powrót taty do domu, nagle przestał on mówić.

Koszmar rozpoczął się na nowo. Raz było lepiej, raz gorzej. Lekarze zapowiedzieli kolejną operację, obarczoną tym razem znacznie większym ryzykiem niż poprzednio.

Jadąc do szpitala za karetką, błagałam Boga, by uzdrowił naszego tatusia, by pozwolił mu żyć; mówiłam Panu Bogu, jak drogi jest nasz tata dla nas, i że bez niego nasze życie będzie trudne. Opowiadałam Mu o wszystkim, co tata dla mnie zrobił i co robi wciąż dla trójki swoich dzieci, jak wspaniałym i oddanym jest ojcem, a przede wszystkim o tym, że zawdzięczamy mu to, że nauczył nas kochać, bo nie bał się okazywać uczuć – i wszyscy wiedzieliśmy, że jesteśmy przez niego bardzo kochani.

Gdy dojechałam do szpitala, okazało się, że operacji nie będzie. Lekarz stwierdził, że trzeba poczekać, poobserwować i podjąć decyzję za kilka dni. Po tygodniu tata zastał wypisany do domu, ale mówił bardzo niewyraźnie; myliły mu się słowa, ucinał w połowie krótkiego zdania, nie potrafił dokończyć myśli.

Nadeszła sobota. Około godz. 14 mama zadzwoniła, że z tatą jest źle. Pojechałam. Tata przestał mówić, lewa strona jego ciała stała się prawie całkowicie bezwładna. Wypicie herbaty stało się niemożliwe, bo wyciekała z lewego kącika ust, a ręka nie trafiała do nosa, tylko krążyła gdzieś bezwładnie koło głowy.

Wtedy zaproponowałam, byśmy odmówili koronkę – była akurat godz. 15. Uklękliśmy wszyscy i zaczęliśmy się modlić najgorliwiej, jak tylko potrafiliśmy; tata też się modlił, choć bardzo niewyraźnie.

Po modlitwie podjęłyśmy decyzję, że nie ma sensu jechać do szpitala, bo tam też każą nam czekać. Powierzyliśmy się całkowicie Bożej opatrzności, zawierzając życie taty Jezusowi Miłosiernemu. Powiedziałyśmy Mu z mamą, że naszym największym pragnieniem jest, by tata żył, ale jeśli wola Pana jest inna, przyjmiemy ją. I wielbiłyśmy Boga za to, co chce dla nas uczynić.

Poszłam do domu. Mama została z tatą, położyła się koło niego, wzięła do rąk figurkę Matki Bożej Fatimskiej i modliła się:

„Matuchno, przez sakrament małżeństwa, którym jesteśmy złączeni, proszę, uzdrów mojego męża”;

tata płakał. Po półgodzinnej modlitwie wstał, poszedł do kuchni, wypił herbatę i zaczął lepiej mówić.

Po kilku dniach wszystkie objawy afazji minęły. Tydzień temu tata był na kontroli u lekarza operującego, a on stwierdził:

„Zaliczam pana do zdrowych ludzi”.

Wczoraj tata pomagał mi przycinać drzewa w ogrodzie i wciąż powtarzał, że to jest cud, że żyje. Chwała Panu!!!

Córka Magdalena

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

W strumieniach miłosierdziaCuda Miłosierdzia BożegoMatka Speranza