Rodzina Zobacz

Dar nieba dla nas

Cze 10, 2019 Świadectwo

Myślałam wtedy: „Jak to możliwe?!”. Czułam, że serce pęknie mi z bólu. Pochowałam część siebie. Jedyne, co mogłam zrobić, to skryć się w ramionach Ojca. Tylko to dawało mi ukojenie

Mam na imię Agnieszka. Z moim mężem Markiem jesteśmy rodzicami ośmiorga dzieci, z których piątka jest już w niebie. Osiem lat naszego małżeństwa zostało naznaczone różnymi doświadczeniami. Jednak czas pokazuje, że każda sytuacja przeżyta w Bogu, prędzej czy później, staje się łaską.

Nasze pierwsze dziecko poroniłam kilka miesięcy po ślubie. Franciszek miał 12 tygodni. Trafiłam wówczas do szpitala z tzw. poronieniem w toku.

Pamiętam, że klęczałam z bólu na kolanach w korytarzu w poczekalni i nikt nie reagował… Dopiero gdy Marek kopnął w drzwi i zrobił awanturę, znalazł się dla mnie wózek. Reszta nie jest warta opisywania…

Po kilku tygodniach oczekiwania otrzymaliśmy z powrotem nasze maleństwo. Marek niósł je w zamkniętej szkatułce na cmentarz, a ja trzymałam białe tulipany. To jedyny dzidziuś, którego mogliśmy pochować.

Myślałam wtedy:

„Jak to możliwe?!”.

Czułam, że serce pęknie mi z bólu. Pochowałam część siebie. Jedyne, co mogłam zrobić, to skryć się w ramionach Ojca. Tylko to dawało mi ukojenie.

Od tej pory zaczęłam inaczej postrzegać rzeczywistość: posiadanie dziecka nie było już czymś tak oczywistym, czymś (a raczej kimś), co (raczej: kto) nam się należy. Stało się wyczekiwanym i wytęsknionym darem.

Czułam w sercu, że wraz z kolejnym maleństwem przyjdzie nam zmierzyć się z kolejnymi trudnymi wyborami. Podczas mojej następnej ciąży lekarz postawił mi następującą diagnozę: pęknięta cysta w jamie brzusznej (jak się potem okazało, była to diagnoza nietrafiona). Dwie doby bez snu, na środkach przeciwbólowych, które nie przynosiły ulgi…

Do szpitala trafiłam w ostatniej chwili, z dwoma litrami krwi w brzuchu… Praktycznie z ulicy poszłam na stół operacyjny: ciąża pozamaciczna z pękniętym jajowodem. Tak straciliśmy Karolka…

Wtedy trafiliśmy do dobrego naprotechnologa w Skoczowie. Pan Bóg przez jego osobę wziął nas pod swoje skrzydła. Odtąd czułam się bezpieczna, niezależnie od tego, co jeszcze miało nastąpić. Niedługo po tym, w ósmym tygodniu, straciliśmy Marysię…

Później nastąpił przełom – Małgosia została z nami. Cudowna ciąża, cudowny poród, cudowna mała dziewczynka. Dar nieba dla nas.

Zawsze byliśmy otwarci na życie, ale każdy dzień pokazywał nam, że życie nie jest łatwe. Jest trudne – jak wspinaczka na szczyt. I chyba musi takie być, żeby było wartościowe.

Antosia i Pawełek odeszli równie szybko, jak się pojawili. W tym czasie, na spotkaniu w Rychwałdzie z ojcem Bashoborą, usłyszałam obietnicę, która uwolniła moje serce z lęków: że kobiety tam będące, które utraciły swoje dzieci w wyniku poronień, już nigdy tego nie doświadczą.

Po czterech latach od narodzin Gosi na świat przyszła Majeczka. Jest jak uśmiech Pana Boga. Wychodząc ze szpitala, zażartowałam, że spotkamy się za półtora roku.

Pan Bóg jest bardzo dosłowny w swojej dobroci, gdyż od ośmiu tygodni pod moim sercem rozwija się kolejny maluszek. I zawitamy w szpitalu dokładnie półtora roku po narodzinach Majki…

Niektórzy nas żałują, a ja myślę, że jesteśmy największymi szczęściarzami na świecie! Połowa naszej rodziny jest już w niebie i wstawia się za nami. Bóg, posługując się nami, powołał do życia dzieci, którym ofiarował wieczność.

Trudno to sobie wyobrazić: chociaż te maluszki były z nami tak krótko – teraz mają przed sobą całą wieczność. Już nikt nie jest w stanie im tego zabrać. Te rany już nie bolą – stały się raczej kanałami łaski. To moje perły, gwiazdy świecące pośród ciemności.

Rok temu, w Dzień Dziecka Utraconego, podczas Eucharystii ofiarowaliśmy swoje dzieci Bogu Ojcu, przez ręce Maryi. Od tej chwili mam w sobie pokój i radość.

Były momenty, gdy szlochałam w czarnej nocy, a mój płacz przypominał wycie. Czułam tylko niekończące się udręczenie.

Nawet wpisałam w wyszukiwarkę internetową: „modlitwa w wielkim udręczeniu” – i wtedy Pan otworzył przede mną stronę, na której było napisane: „Obietnice Ran i Krwi Chrystusowych” (polecam każdemu, komu brakuje oddechu).

Przez kilka miesięcy Bóg dokonał w moim życiu wewnętrznym większej przemiany niż przez 35 lat całego mojego życia (a jestem osobą, która raczej czynnie działa w Kościele). To modlitwa, która „rozbraja Boga”, gdyż Ojciec niczego nie może odmówić, jeżeli prosi się przez Krew i Rany Jego Syna.

„Przyjdźcie do Ran Moich, z sercem pałającym miłością. Przez Rany Moje otrzymacie wszystko, bo zasługa Krwi Mojej jest nieskończonej ceny. Mając Moje Rany i Moje Najświętsze Serce, możecie wszystko wyjednać, Najświętsze Rany mają moc nad Sercem Boga”.

Mam głębokie przeświadczenie, że dzięki tej modlitwie trafiłam na wieczory uwielbienia do księży pallotynów, a tam Pan Bóg bardzo troszczy się o mnie. Otrzymałam łaskę codziennej Eucharystii oraz te wszystkie błogosławieństwa, od których pęcznieje mi serce.

Im mam większe zaufanie, tym więcej otrzymuję. Codzienna walka o miłość (szczególnie w małżeństwie i rodzinie) nie jest łatwa, ale perspektywa, że żywy Bóg jest razem z nami, daje wygraną już na starcie („Któż jak Bóg!”).

Nigdy nie pytałam Boga, dlaczego zabrał nasze dzieci. Po co pytać, skoro odpowiedź pojawi się sama po drugiej stronie? Poczekam.

Warto czekać, bo Bóg zawsze pięknie odpowiada. Czasami bardzo dosłownie, a czasami przez milion wydarzeń, które i tak (prędzej czy później) doprowadzą nas do Niego. A przecież o to w życiu chodzi: żeby kiedyś zobaczyć Boga twarzą w twarz. Tylko On się liczy.

Agnieszka