Historia Kościoła Zobacz

Czerwona gwiazda w walce z Krzyżem cz. 3

Sie 21, 2018 Grzegorz Kucharczyk

Komunistyczne prześladowania chrześcijaństwa w Rosji bolszewickiej były od początku dobrze znane w Watykanie. W 1924 r. wróciła do Rzymu, wysłana przez papieża Piusa XI, specjalna misja, która miała okazję przekonać się o rozmiarze represji, jakim poddawani byli chrześcijanie w Rosji.

Niejednokrotnie też w publikowanych oficjalnych dokumentach Kościoła Pius XI informował cały świat o dziejących się na Wschodzie prześladowaniach wiary chrześcijańskiej (m.in. w encyklikach Miserantissimus Redemptor z 1928, Quadragesimo anno z 1931 i Caritate Christi z 1932 r.).

W 1930 r. Ojciec Święty ogłosił powszechną krucjatę modlitw za Rosję, za wynagrodzenie okrutnego deptania praw Bożych w państwie rosyjskim. Ta papieska inicjatywa spotkała się z wielkim odzewem w całym świecie. Dołączyły się do niej również wspólnoty protestanckie.

W szczytowym okresie stalinowskiego terroru uderzającego nie tylko w Kościół, ale w całe narody (por. sztucznie wywołany przez władze sowieckie wielki głód na Ukrainie w II połowie lat 30., który pochłonął parę milionów ofiar), następca św. Piotra zdecydował się raz jeszcze, z mocą, zabrać głos w sprawie komunistycznego terroru.

W 1937 r. ujrzała światło dzienne encyklika Piusa XI Divini Redemptoris. Encyklika o bezbożnym komunizmie – jak głosił oficjalny podtytuł.

W swojej encyklice potępiającej komunizm papież postarał się sięgnąć do samych korzeni komunistycznego zła, upatrując jego genezy w błędnej ideologii, w błędnej wizji człowieka i społeczeństwa.

Wskazywał więc Ojciec Święty, że intelektualne korzenie komunizmu, a tym samym rozpętanego przezeń ludobójstwa, tkwią w materialistycznej doktrynie Karola Marksa:

„Tego rodzaju poglądy [marksistowskie – przyp. G.K.] unicestwiają oczywiście ideę odwiecznego Boga; nie dopuszczają różnicy między duchem a materią, między duszą a ciałem; nie przyjmują istnienia duszy po śmierci i jakiejkolwiek nadziei na życie pozagrobowe”.

Z tego płyną dalsze, tragiczne w swoich konsekwencjach błędy, takie jak odrzucenie wszelkiej nadrzędności i wszelkiego autorytetu ustanowionego przez Boga, także autorytetu rodziców, oraz twierdzenie, że wszelkie prawo prywatnej własności musi być, jako główne źródło niewoli gospodarczej, radykalnie wytępione.

Pius XI – jakże trafnie – dostrzegł również quasi-religijną otoczkę, w jaką przywdziewał się komunizm (pomimo że deklarował się jako ateistyczna ideologia):

„Oto, Czcigodni Bracia, owa nauka, którą głosi bolszewicki i bezbożny komunizm jakoby nową ewangelię [podkr. G.K.], jakoby ożywczą nowinę zbawienia i odkupienia ludzkości.

De facto więc walka komunizmu z Kościołem nie jest tak naprawdę walką ateizmu z wiarą chrześcijańską, ile raczej walką religii fałszywej z religią prawdziwą” (w innym miejscu swojej encykliki Pius XI nazywa komunizm sektą).

W tym więc kontekście można mówić, że walka z komunizmem była wojną religijną, a zwycięstwo, jakie ostatecznie odniósł Kościół nad tą ideologią, dokonało się na sposób religijny.

To znaczy dzięki pomocy Opatrzności, dzięki świadectwom setek tysięcy męczenników, dzięki cierpieniom Ojca Świętego (por. ujawnioną trzecią tajemnicę fatimską). Na koniec zaś dzięki mozolnej, długiej i jeszcze nie zakończonej pracy nad odzyskiwaniem ludzkich sumień.

Dodajmy również, że Ojciec Święty precyzyjnie rozróżniał między katami a ofiarami. Dostrzegał, że pierwszymi ofiarami ludobójczej komunistycznej ideologii byli Rosjanie i inne narody Związku Sowieckiego:

„Nie myślimy jednak potępiać narodów Unii Sowieckiej – pisał papież – w ich zespole, przeciwnie, żywimy dla nich uczucia najszczerszej ojcowskiej miłości. Wiemy, jak wielu z nich jęczy pod jarzmem, narzuconym im przemocą przez ludzi obojętnych na prawdziwe dobro kraju, i rozumiemy też, że wielu dało się skusić złudnym nadziejom.

Oskarżamy system, jego twórców i propagatorów, którzy Rosję uważali za najdogodniejszy teren, aby tam urzeczywistnić teorie od dziesiątków lat opracowane i stąd rozpowszechnić je po całym świecie”.

Na podkreślenie zasługuje również to, że Pius XI za sukces komunistycznej ideologii czynił odpowiedzialną nie tylko zwodniczą moc oddziaływania ideologii marksistowskiej. Na dobrą sprawę bowiem tzw. przeciętny robotnik nie miał czasu i możliwości studiować w detalach bełkotliwe pisma Karola Marksa.

Istotne było przygotowanie gruntu, atmosfery, w której wsączano chwytliwe komunistyczne hasła o równości społecznej i raju na ziemi. W tym względzie papież dostrzegał niebagatelną rolę liberalizmu, jako ideologii torującej niejako drogę dla komunizmu:

„Praca na zmiany nie pozwalała robotnikowi spełniać powinności religijnych nawet w niedzielę i święta. Nie starano się o budowę kościołów w pobliżu miejsc pracy ani nie ułatwiano zadań duszpasterzom. Co więcej, popierano zeświecczenie (laicyzm) i jego urządzenia.

Dzisiaj zbiera się owoc owych błędów, tak często piętnowanych przez Poprzedników Naszych i przez Nas samych. Dlaczego więc dziwimy się, że tyle narodów, które oddaliły się od chrześcijaństwa, popadło w komunizm i prawie w nim tonie?”.

Takie jak powyższy fragmenty encykliki nie zyskały jej sympatii w świecie liberalnym. Tym bardziej trudno było na nią liczyć, gdy Ojciec Święty wytykał w niej tzw. środowiskom opiniotwórczym (mediom, intelektualistom) faktyczne współdziałanie w ekspansji ludobójczej komunistycznej ideologii poprzez spisek milczenia w prasie. Pius XI zupełnie świadomie użył słowa „spisek”:

„bo inaczej trudno wytłumaczyć – czytamy w Divini Redemptoris – dlaczego prasa, tak skrzętnie chwytająca i notująca drobniejsze zdarzenia, mogła tak długo milczeć wobec okropnych zbrodni popełnianych w Rosji, Meksyku i w końcu w wielkiej części Hiszpanii, dlaczego stosunkowo tak mało pisze o tak rozległej organizacji światowej, jaką jest sekta komunizmu kierowana z Moskwy.

Ogólnie jednakże wiadomo, że milczenie to należy po części przypisać krótkowzroczności politycznej, ale niemniej znajduje ono poparcie u niektórych tajnych związków, które już od dawna dążą do zburzenia chrześcijańskiego ustroju społecznego”.

Dodajmy, że nie tylko był spisek milczenia. Co gorsza, nie brakowało na Zachodzie intelektualistów, którzy głośno chwalili „osiągnięcia komunizmu” w Rosji. Do takich piewców należeli m.in. George Bernard Shaw, Bertrand Russell, Louis Aragon i Romain Rolland, którzy jeździli do sowieckiej Rosji, by na miejscu przekonać się o „dobrodziejstwach” bolszewizmu.

Na miejscu, rzecz jasna, naiwniaków z Zachodu przejmowali wykwalifikowani „przewodnicy” z NKWD, którzy oprowadzali szanownych gości po nowiutkich halach fabrycznych (pucowanych na tę okazję od miesięcy), gdzie robotnikom do pracy puszczano z megafonów Mozarta i Bacha.

Żadnemu z tych podziwianych w Europie intelektualistów nie zaświtała w głowie myśl, że jest to jedna wielka inscenizacja, jedna wielka wieś potiomkinowska. Nie chcieli zobaczyć (mimo utrudnień ze strony sowieckich specsłużb, było to możliwe) czegoś na własną rękę, bez usłużnych „przewodników”.

Gdy więc po powrocie do swych wygodnych mieszkań w Paryżu i Londynie pisali peany na cześć stalinowskiego komunizmu, w tym samym czasie ukraińskie matki zjadały (tak!) z głodu swoje dzieci, a miliony „kułaków” wieziono w bydlęcych wagonach na Syberię. To była nie tyle zdrada (bo zawsze byli naiwni), ile wielka kompromitacja klerków (klerk – intelektualista).

De facto więc Ojciec Święty jako jedyny, powszechnie uznawany autorytet, zabrał zdecydowanie głos, potępiając komunizm i przypominając jego ofiary. Nieprzypadkowo również w tym samym roku, w którym została opublikowana encyklika O bezbożnym komunizmie, Pius XI wydał encyklikę Mit brennender Sorge, potępiającą ideologię hitlerowską.

Przypomnijmy, że rok później zachodni mężowie stanu na konferencji w Monachium sprzedali Hitlerowi Czechosłowację, a premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain po powrocie z monachijskiej konferencji prezentował na londyńskim lotnisku powiewający na wietrze świstek papieru z monachijskimi porozumieniami jako „pokój dla naszych czasów”.

Natomiast w 1939 r. sojusz dwóch, potępionych w tym samym czasie (tzn. w roku 1937) przez Piusa XI, totalitaryzmów umożliwił wybuch II wojny światowej poprzez wspólną sowiecko-niemiecką agresję na Polskę.

Przypomnijmy: z wysokości watykańskiego wzgórza dostrzeżono to, czego nie dostrzegli „przewidujący”, a tak naprawdę bardzo naiwni zachodni politycy i intelektualiści.

Stolica Apostolska nie ograniczała się bynajmniej tylko do potępienia bezbożnego komunizmu (i równie bezbożnego hitlerowskiego narodowego socjalizmu). Wskazywała również na środki zaradcze. Jako najważniejszy Ojciec Święty wskazał Kościołowi i całemu światu prawdę o królewskiej godności Chrystusa, o konieczności jego społecznego panowania. Temu też celowi służyć miało ustanowione w 1925 roku (encykliką Quas primas) święto Chrystusa Króla.

Następca św. Piotra zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że prawda wypowiedziana przez angielskiego pisarza katolickiego Gilberta Chestertona o tym, że dramatem naszych czasów nie tyle jest to, że ludzie przestali wierzyć, ale że są w stanie uwierzyć w cokolwiek, ma nie tylko swój wymiar indywidualny, ale dotyczyć może także całych społeczności.

Gdzie nie ma prawdziwej wiary, gdzie osłabia się prawdziwy Kościół, nie ma miejsce na próżnię lub stan jakiegoś zawieszenia. Próżnię wypełnia antyreligia, sekciarska ideologia (czy to komunistyczna, czy to narodowosocjalistyczna). Pisał o tym Pius XI w encyklice Divini Redemptoris, przytaczając słowa z jednej ze swoich wcześniejszych encyklik:

„Jaką trwałość może mieć porozumienie między ludźmi i jaką wartość mają układy tam, gdzie nie poręcza ich sumienie, gdzie nie ma żadnej wiary w Boga, żadnej bojaźni Bożej? Jeśli bowiem zburzy się ten fundament, to razem z nim upada też wszelkie prawo moralne – a wówczas nic już nie powstrzyma stopniowej, lecz nieuchronnej zguby narodów, rodzin, państwa i cywilizacji samej”.

Zniszczyć katolicyzm w Rosji

Władze bolszewickie nie ograniczały swoich represji wobec religii chrześcijańskiej tylko do wyznawców Cerkwi prawosławnej. Obiektem równie zaciekłych prześladowań był działający na terenie dawnego imperium rosyjskiego Kościół katolicki. W znakomitej większości przypadków walka z Kościołem katolickim w Rosji była równoznaczna z eksterminacją ludności polskiej, która stanowiła zdecydowaną większość katolickich wiernych i katolickiej hierarchii.

Dość wspomnieć, że do 1939 r. zniszczono w bolszewickiej Rosji wszystkie 1200 katolickich kościołów i kaplic. Większość z sakralnych budowli zamieniano na magazyny lub muzea ateizmu.

Niekiedy jednak przemyślność i zarazem nienawiść władz sowieckich do religii ujawniała się w tym, że czyniono z kościoła publiczną toaletę. Uczyniono tak m.in. z prezbiterium kościoła św. Andrzeja w Słonimiu (po wcieleniu wschodnich kresów Polski w obszar Związku Sowieckiego).

W całym Związku Sowieckim pozostawiono tylko dwa (dosłownie!) kościoły katolickie: jeden w Moskwie i drugi w Leningradzie. Sowieci zastrzegli jednak, że korzystać z nich mogą tylko członkowie zagranicznego korpusu dyplomatycznego, księża mieli pochodzić z zagranicy i nie wolno im było kontaktować się z miejscową ludnością.

Do czasu sowieckiej agresji na Polskę w 1939 r. na terenie Sowietów nie pozostał na wolności żaden ksiądz katolicki. Prześladowania zaczęły się zaraz po tym, jak bolszewicy poczuli, że na ich szalę przechyla się los wojny domowej w Rosji.

W 1919 r. aresztowano katolickiego arcybiskupa – metropolitę mohylewskiego Edwarda Roppa. Rok później aresztowany został biskup Mińska Zygmunt Łoziński. Obydwaj biskupi po interwencjach miejscowej ludności protestującej przeciw ich aresztowaniu zostali zwolnieni, ale musieli opuścić teren swoich diecezji i zostali wydaleni do Polski.

Równie ciężki los stał się udziałem następcy arcybiskupa Roppa na mohylewskiej stolicy, a pracującego w Piotrogrodzie arcybiskupa Jana Cieplaka. Został on po raz pierwszy aresztowany (pod zarzutem kierowania antysowiecką organizacją) w 1920 r.

Aresztowanie to odbiło się głośnym echem wśród miejscowej ludności. Protestowało nawet 800 marynarzy z bazy marynarki wojennej z Petersburga. Obawiając się jawnego buntu, władze sowieckie tym razem się ugięły i zwolniły z więzienia arcybiskupa Cieplaka. Na tym jednak nie koniec jego prześladowań.

W 1923 r. został ponownie aresztowany i wytoczono mu oraz 14 innym katolickim księżom z Petersburga proces – a właściwie wielki spektakl nienawiści wobec Kościoła i katolicyzmu. Dobitnie dał temu wyraz sowiecki prokurator Krylenko, który zwracając się do arcybiskupa Cieplaka na sali sądowej, deklarował:

„Pluję na waszą religię”.

Swoje zaś żądanie kary śmierci dla oskarżonych kapłanów uzasadniał „eksploatowaniem przez nich przesądów religijnych”. Na koniec nie pozostawił żadnych złudzeń:

„Nie mam dla panów odrobiny litości. Żaden papież z Watykanu nie uratuje panów. Nie ma tutaj prawa ponad prawo sowieckie i musicie ponieść śmierć”.

Żądany przez prokuratora wyrok śmierci rzeczywiście zapadł. Jednak protesty zarówno miejscowych katolików, jak i oburzenie międzynarodowej opinii publicznej skłoniły władze sowieckie do zamiany wyroku śmierci dla arcybiskupa Cieplaka na karę wieloletniego więzienia (jeszcze terror sowiecki na dobre się nie rozkręcił). W końcu deportowano go do Polski, gdzie zmarł w 1926 r. jako arcybiskup Wilna.

Mniej szczęścia miał ksiądz prałat Konstanty Budkiewicz, razem z arcybiskupem Cieplakiem skazany na karę śmierci. Z wielkim zaangażowaniem i odwagą pomagał on w czasach rosyjskiej wojny domowej Polakom – uchodźcom, którzy znaleźli się w Petersburgu.

Wielokrotnie bolszewicy grozili mu śmiercią. Gdy przyjaciele namawiali go do wyjazdu do Polski, odpowiadał:

„jestem na posterunku, nigdzie stąd nie wyjadę i umrę na posterunku”.

Został rozstrzelany w kazamatach Łubianki w nocy z Wielkiej Soboty na Wielkanoc 1923 r.

Przypomnijmy, że takich przypadków komunistycznych zbrodni i heroicznego świadectwa męczenników można wymieniać dziesiątki i setki tysięcy. Męczennicy byli zarówno duchownymi, jak i świeckimi, którzy mieli odwagę trwać przy wierze i przy Kościele.

„Czynem kontrrewolucyjnym”, za który groziła kara śmierci lub – w najlepszym wypadku – długoletnie więzienie, mogło okazać się nawet uklęknięcie w kościele.

To bowiem zarzucano współoskarżonym w procesie petersburskim księżom Rutkowskiemu i Pronckietisowi. Oto bowiem, chcąc przeszkodzić milicji w konfiskowaniu sprzętów liturgicznych z kościoła Wniebowzięcia NMP, ks. Rutkowski ukląkł w kościele i zaczął się modlić.

Według znanego już nam prokuratora Krylenki był to „czyn kontrrewolucyjny”. Podobnie jak petycja podpisana przez 650 wiernych protestująca przeciw zamknięciu przez sowieckie władze wspomnianego kościoła.

Krylenko – przypomnijmy, że uważał się on za przedstawiciela „władzy ludowej” – tak oto skomentował tę oddolną inicjatywę sowieckich obywateli:

„Pod wpływem księży masa prostaków gotowa była wystąpić przeciwko rozporządzeniom swej własnej władzy. Tego władza proletariacka darować nie może i nie daruje”.

Czyż nie słyszymy tutaj dalekiego echa słów jakobińskiego przywódcy Louisa Saint-Justa, który przy okazji krwawego tłumienia przez francuską rewolucję powstania wandejskich chłopów w obronie wiary i króla powiedział

„nie ma wolności dla wrogów wolności”?

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Listy - ks. Władysław Bukowiński (Nowe)Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (4)Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła (1-2)