Rodzina Zobacz

Budujemy dom na skale

Lip 16, 2018 Świadectwo

28 kwietnia 2008 roku po raz pierwszy spotkałem się ze swoją przyszłą żoną na krakowskim Rynku.

Przyszedłem na tamtą randkę wcześniej i niecierpliwie rozglądałem się za dziewczyną, której obraz miałem w głowie na podstawie wysłanego przez nią zdjęcia. Po pewnym czasie zobaczyłem młodą, uśmiechniętą dziewczynę, która niemalże w podskokach szła w moim kierunku od strony wieży ratuszowej.

Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie – w wesołym miasteczku, które rozłożyło się na bulwarach przy Wiśle. Dokładnie pamiętam naszą przejażdżkę na wielkim, ośmioosobowym młocie, na którym siedzieliśmy przypięci metalowymi zabezpieczeniami i podziwialiśmy piękną panoramę Krakowa.

Po zejściu z karuzeli po raz pierwszy przytuliłem Różę, widząc, jak bardzo drży. Dla mnie było to naturalne w tamtym momencie, Róża jednak odebrała moje zachowanie nieco inaczej:

„Kim jest ten chłopak, że bierze mnie w ramiona?”.

Potem była jeszcze pizza, pożyczenie marynarki, ponieważ zrobiło się zimno, i odprowadzenie do autobusu. Następnie spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, a potem Róża zgodziła się zostać moją partnerką na weselu kuzyna.

Poznaliśmy się bowiem przez internet. Szukałem towarzyszki na wesele i na moją propozycję zamieszczoną w internecie odpowiedziała m.in. Róża. Po spotkaniu się z nią już nie musiałem dalej szukać…

Na wesele pojechaliśmy jako para znajomych. Wszyscy jednak uznali, że jesteśmy narzeczonymi, i cieszyli się, że wkrótce się pobierzemy. Nie było wtedy sensu o tym dyskutować. Zresztą czasem rodzina widzi więcej, warto więc mieć ten głos na uwadze.

Wesele minęło, a my nadal się spotykaliśmy. Nasz związek dojrzewał, i to dojrzewał w czystości. Nie było to łatwe, gdyż ja wynajmowałem wtedy kawalerkę niedaleko Rynku w Krakowie. Nie było żadnej kontroli oprócz samokontroli.

Jakiś czas później pojechaliśmy razem do Zakopanego. Patrząc na to z perspektywy czasu, widzę teraz, że było to nie przemyślane posunięcie. Nocowaliśmy sami w wynajętym pokoju w schronisku młodzieżowym. Wyszliśmy z tej próby zwycięsko, choć drugi raz nie zaryzykowałbym takiej eskapady. Było to niepotrzebne narażanie się na pokusy.

Inną trudną próbą były dla nas wspólnie spędzane wieczory w różnych krakowskich lokalach, które czasem wydłużały się do późnych godzin wieczornych. Czas upływał nam zawsze za szybko. Z wygody Róża zostawała potem u mnie w mieszkaniu.

Dość szybko stwierdziliśmy, że taki układ jest niedobry. Że może on stworzyć okazję do upadku, dlatego należy z tym skończyć. Pomimo późnej pory zacząłem więc odwozić Różę do jej własnego mieszkania.

Dość szybko zaplanowałem oświadczyny. Zaproponowałem Róży wyjazd do Grecji. Wynajęliśmy na miejscu auto i wraz z inną parą zwiedziliśmy całą okolicę.

To był przepiękny czas, w którym utwierdziłem się w przekonaniu, że chcę resztę swojego życia spędzić z Różą. I nie chodziło wcale o fizyczne dopasowanie, bo cały czas żyliśmy w czystości. Chodziło o dopasowanie dusz i piękne męsko-damskie uzupełnianie się.

Ostatniego dnia wybraliśmy się na długi spacer wzdłuż morza. Finałem tego spaceru były moje oświadczyny. Róża zupełnie się ich nie spodziewała, dlatego przyjęła je ze łzami w oczach.

Później nastał okres narzeczeństwa wypełniony intensywnymi przygotowaniami do ślubu i wesela. Nadszedł upragniony, cudowny dzień naszego ślubu – w niecały rok od naszego pierwszego spotkania. W obecności Boga, kapłana oraz zebranych gości przysięgaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską.

Ksiądz, który przewodniczył Eucharystii, wybrał nam czytanie o budowaniu domu na skale. Do dziś dźwięczą mi w uszach jego słowa:

„Jeżeli będziecie budować swój dom na skale, którą jest Jezus, nie macie się czego obawiać”.

Wesele się skończyło, przyszedł czas wspólnego życia. Przepiękny czas odkrywania swojej intymności.

Jakże dają się oszukać ci, którzy – idąc za głosem tego świata – przyspieszają to wszystko. Ci, dla których wejście w sakrament małżeństwa niczego nie zmienia, oprócz pojawienia się obrączki na palcu.

Pozwolę sobie tu zaapelować do Was, młodych, którzy jesteście przed tym wydarzeniem: nie pozwólcie się okraść z tych cudownych chwil poznawania swoich ciał.

Albo zrobicie to przed ślubem i Waszym towarzyszem będzie wówczas szatan, albo zrobicie to po ślubie i wtedy, będąc w stanie łaski uświęcającej, Waszym towarzyszem będzie sam Bóg. To Wy wybieracie, którą część świata duchowego zapraszacie do swojego życia. Są sprawy, których nie da się powtórzyć.

Cudowne ciało mojej żony, nigdy nie faszerowane antykoncepcyjną chemią ani nie rozregulowywane żadną inną antykoncepcją, szybko przyjęło nowe życie, którym obdarzył nas Pan Bóg. Niecały rok po ślubie urodził się nam pierwszy syn – Dawid. Po kolejnych dwóch latach pierwsza córka – Dominika. Po następnych dwóch latach druga córka – Łucja. I po kolejnych dwóch latach… Jeszcze nie znamy płci dzieciątka, które cały czas nosi pod sercem żona.

W dzisiejszych czasach rodziny mające więcej niż dwoje dzieci są stygmatyzowane, podobnie jak ci, którzy trwają w czystości przedmałżeńskiej. Gdy człowiek jest blisko Boga, to tego typu zachowania jedynie utwierdzają go w przekonaniu, że podąża właściwą ścieżką:

„Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” (Mt 7,13-14).

Pięknie jest zachowywać czystość i ofiarować ten dar drugiej osobie dopiero po zawarciu sakramentu małżeństwa. W moim przypadku tak nie było – zanim poznałem Różę, zdążyłem niestety mocno pokaleczyć swoją sferę seksualną…

Chciałbym przekazać słowa otuchy tym wszystkim, którym wydaje się, że przegrali już bitwę o dar czystego serca dla swego małżonka. W każdej chwili możesz przejść na stronę czystości, mówiąc szatanowi:

„Dość! W swojej wolności zawierzam swoją seksualność Jezusowi i od tej chwili postanawiam wytrwać w czystości, aż do ślubu”.

Jezus na pewno nie zapomni wynagrodzić Ci takiej postawy. Wyrzeczenie jest duże, ale i stawka ogromna. Pomoże Ci w tym taka wspólnota jak RCS, której członkowie wspierają się wzajemnie obecnością, słowem oraz modlitwą. Uwierz, sprawdź – to naprawdę działa!

Dwumiesięcznik „Miłujcie się!” pojawiał się wcześniej zarówno w moim życiu, jak i w życiu Róży. Niestety, nie stał się ich częścią w okresie naszego dojrzewania. Zmieniło się to po naszym poznaniu się.

Któregoś dnia przeczytałem jeden numer tego pisma i jego treść mnie zafascynowała. Z Różą było podobnie. Zaczęliśmy prenumerować to czasopismo, które powoli formowało nasze postrzeganie świata, a w szczególności otwierało nas na obecność żywego Jezusa w życiu codziennym.

W 2014 roku pojechaliśmy z swoimi dziećmi na letnie rekolekcje RCSM w Gródku. Rekolekcje te trafiły prosto do naszych serc. Poruszane tematy dotykały ważnych sfer ludzkiego życia i relacji człowiek – człowiek oraz człowiek – Bóg.

Nagrania z wykładów przygotowane przez ks. Sławka Kostrzewę do dziś rozsyłamy swoim znajomym w formie linków.

Przetrwało wiele znajomości z tamtego okresu. Młodzi z RCS byli dla nas pięknym świadectwem. Nasza rodzina z kolei była świadectwem dla nich. Na rekolekcjach pojawiła się możliwość wstąpienia do RCSM. Zapisaliśmy się bez wahania.

Także rok później pojechaliśmy na letnie rekolekcje do Gródka. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że jest nas już sześcioro.

Znów mogliśmy się umocnić, widząc osoby, które wierzą, że słowa Boga – Stwórcy człowieka – co do seksualności i czystości przedmałżeńskiej są prawdą. A jak dalej Bóg nas pokieruje? Sam nam pokaże w odpowiednim czasie.

Jak na razie, w tym roku, mamy zamiar rozpocząć regularną formację w krakowskiej grupie RCSM. Widzimy bowiem wielki potencjał w tej wspólnocie. Być może jest to ostatnia deska ratunku rzucona przez Maryję młodym ludziom żyjącym w dzisiejszym świecie…

Michał i Róża Klakowie, członkowie RCSM

Podobne treści znajdziesz w naszym sklepie:

Duchowa Pedagogia Miłości. ks. Jan KochelMały poradnik życia rodzinnegoWybierz więc życie